wtorek, 6 września 2016

Jak to Duch Gór zaprosił nas w Karkonosze!


Karpacz i Karkonosze to dla mnie miejsce wyjątkowe. To tutaj spędzałam niemal każde wakacje, tutaj zakochałam się w górach. Kiedy dorosłam pojechałam tam ze swoim ówczesnym chłopakiem, który po jakimś czasie stał się narzeczonym, a w końcu mężem. W podróż poślubną pojechaliśmy oczywiście do Karpacza. Tam też spędziliśmy pierwsze wakacje z Tosią, a także wakacje 2015 r. W tym roku (zgodnie z umową zawartą przed ślubem) mieliśmy jechać nad morze, a góry zaplanowaliśmy na kolejny rok. Jednak los zdecydował za nas. Jak było i w ogóle, jak to się stało, że tam pojechaliśmy? Czytajcie, a się dowiecie!

NIEDZIELA (28.08.2016)

Wyjechaliśmy przed 7 rano. Po pierwsze, zapowiadał się niesamowicie gorący dzień, po drugie, zaplanowaliśmy po drodze dwa postoje. Najpierw zatrzymaliśmy się w Parku Wrocławskim w Lubinie, o tym mogliście przeczytać tutaj. Kolejny postój zaplanowaliśmy w miejscowości Wieściszowice, kilka tygodni temu dowiedziałam się, że znajdują się tam Kolorowe Jeziorka i wiedziałam, że muszę je zobaczyć! Posłużę się opisem ze strony internetowej:

Położone w Rudawskim Parku Krajobrazowym, na terenie wsi Wieściszowice (gmina Marciszów, powiat kamiennogórski) od lat przyciągają turystów nie tylko z kraju, ale także z Europy. Cztery jeziorka: żółte, purpurowe, błękitne i czarne leżą na zboczu Wielkiej Kopy. Zabarwienie wody w akwenach związane jest ze składem chemicznym ścian i dna wyrobisk. Na początku XVIII w. ówcześni mieszkańcy Rohnau (obecnie Wieściszowice) zaczęli wydobywać łupki pirytonośne, w które obfituje tutejsza gleba. Powstała tu kopalnia pirytu, który był następnie przerabiany na kwas siarkowy. Gdy na początki XX w. zniknęła kopalnia do głosu doszła natura. Woda wypełniła wyrobiska pokopalniane, tworząc zjawiskowe jeziorka.

To naprawdę magiczne miejsce. Zachwycają nie tylko różne kolory wody, ale także całe otoczenie. Las, skały, małe groty i jaskinie. To raj dla większych i mniejszych turystów. Trzeba jednak pamiętać o jednej rzeczy - odpowiednie buty. Kolorowe Jeziorka znajdują się na terenie parku krajobrazowego. Różnica wysokości między kolejnymi jeziorkami to niespełna 200 metrów, ktoś może powiedzieć, że to niewiele, ale teraz jest typowo górski. Łatwo nie jest! Były, co prawda, panie w balerinach, japonkach, zdarzyła się jedna w butach na obcasie, była i taka w koturnach. Były, weszły, zeszły (choć ta w japonkach się na końcu przewróciła). Można, więc wejść tam w każdych butach, ale po co się dodatkowo męczyć, prawda? Polecam, więc pełne albo nawet typowo górskie buty:) Wtedy będziecie się mogli skupić na podziwianiu przyrody, a o to przecież w tym wszystkim chodzi. 
Na koniec jeszcze kilka informacji technicznych. Przy Kolorowych Jeziorkach znajduje się parking, przy wjeździe zapłacicie 10 zł i możecie tam spędzić cały dzień. Wstęp do samych jeziorek jest bezpłatny. 
Opuszczaliśmy to miejsce przekonani o tym, że jeszcze tam wrócimy. Tak pięknego miejsca nie widuje się codziennie;)
                              






Z Wieściszowic ruszyliśmy do Karpacza, zameldowaliśmy się w hotelu, zjedliśmy obiad i ruszyliśmy w miasto. Plac zabaw, tor saneczkowy, lody, oscypki - wszystko na co Tosia miała ochotę (w granicach rozsądku oczywiście). A po powrocie - basen. Wstyd się przyznać, ale Tosia była na basenie pierwszy raz w życiu. Nie jestem stworem wodolubnym, Tata Tosi ma do basenów stosunek raczej obojętny. Nie wiemy, więc w kogo wrodziło się nasze dziecko, ale na basenie mogłaby spędzać długie godziny. Rozpoczęliśmy już poszukiwania kursów pływania dla przedszkolaków, niech się dziecko uczy, póki chce.

PONIEDZIAŁEK (29.08.2016)

Obudziła nas burza. Postawiła ona pod znakiem zapytania nasze plany na ten dzień. Chcieliśmy iść w góry, a dzień zapowiadał się chłodny i pochmurny. Na dodatek prognozowano kolejną burzę. Trochę się wahaliśmy, aż w końcu zdecydowaliśmy się wyjść. I dobrze zrobiliśmy, bo zza chmur wyszło słońce. Postanowiliśmy wybrać się do Schroniska "Nad Łomniczką", Tosia upierała się przy Samotni, ale przekonaliśmy ją wizją naleśników z jagodami. Szlak prowadzący do schroniska opisywałam już rok temu tutaj. Nic się nie zmieniło, droga nadal jest łagodna i wygodna, dostępna dla wózków i małych nóżek. Polecam ten szlak wszystkim rodzinom z dziećmi. Tosia szła dzielnie, niemal nie narzekała. Jej uwagę skupiały rosnące w lesie grzyby. Szliśmy bardzo spokojnym tempem, robiąc dwa-trzy krótkie postoje, a i tak dotarliśmy do schroniska szybciej, niż wskazywał przewodnik.
Na miejscu naleśniki, chwila napawania się górskimi widokami i powrót do centrum Karpacza. A na dole, znowu tor saneczkowy, lody dla dzielnej turystki i powrót do hotelu. Tam obiad, zabawa na placu zabaw, potem animacje dla najmłodszych gości hotelowych i, oczywiście, basen.   

 




WTOREK (30.08.2016)

Ostatni dzień pobytu w Karpaczu. Leniwe (ale i obfite) śniadanie, zabawa w hotelowym pokoju zabaw, pakowanie i w drogę. Ale nie do domu. Samochód zaparkowaliśmy w centrum Karpacza, sami przesiedliśmy się do busa i pojechaliśmy do górnej części miasta. Stamtąd spokojnym, spacerowym tempem schodziliśmy do centrum miasta. Po drodze był czas na frytki, zabawę na placu zabaw i kolejny zjazd rynną saneczkową. A na koniec odwiedziliśmy Muzeum Zabawek, byliśmy tam już rok temu, ale Tosia chciała iść tam znowu, więc nie protestowaliśmy. Tym razem uwagę Tosi skupiły szopki krakowskie i czarny ołtarz z wawelskiej katedry, który postanowiła kilka dni później zobaczyć w oryginale. Czy jej się udało? O tym przeczytacie już niedługo.




Podsumowując, ten niespodziewany wyjazd do Karpacza wykorzystaliśmy na 100%. Udało się zrobić wszystko, co sobie zaplanowaliśmy. A jak to się stało, że jednak pojechaliśmy do Karpacza? Wygraliśmy ten wyjazd w konkursie organizowany na FB przez "Mam w sobie ducha gór". Jest to wspólna inicjatywa Miasta Jelenia Góra, Starostwa Powiatowego w Jeleniej Górze i 9 sąsiednich gmin. Celem projektu jest stworzenie silnej, rozpoznawalnej marki Karkonosze, podkreślenie znaczenia historii i tradycji regionu oraz przygotowanie kompleksowej oferty turystycznej dla ludzi w każdym wieku. Śledzę ich fanpage od dawna, bo daje mi szansę, żeby wiedzieć, co aktualnie dzieje się w Karkonoszach i trochę koi tęsknotę za tym, tak lubianym przez całą naszą rodzinę miejscem.


Wracam jednak do konkursu, w którym spontanicznie wzięłam udział i, który udało mi się wygrać. Zadanie było następujące: Karkonosze to miejsce, gdzie można spotkać swoją drugą połówkę <3 To też miejsce umocnienia przyjaźni i koleżeństwa. Podzielcie się z nami Waszymi karkonoskimi doświadczeniami. Najciekawszą wypowiedź nagrodzimy naprawdę atrakcyjną nagrodą do zrealizowania jeszcze w sierpniu! Napisałam, więc to, co mi w duszy grało i gra, czyli pierwszy raz przyjechałam w Karkonosze mając 4 lata, czas mijał, a ja każde wakacje spędzałam właśnie tam. Kiedy dorosłam przyjechałam tam po raz kolejny, tym razem z moim chłopakiem, potem chłopak stał się narzeczonym i znowu przyjechaliśmy w Karkonosze. Jako miejsce podróży poślubnej wybraliśmy Karkonosze. Pierwsze wakacje z córką również spędziliśmy tam, maleńkie niespełna dwuletnie nogi po raz pierwszy stąpały po górskich ścieżkach. Dwa lata później, kiedy małe nóżki nieco urosły, zdobywały dzielnie kolejne szczyty i schroniska. Dotarły nawet, ku naszemu olbrzymiemu zdziwieniu, na Śnieżkę. Kolejne wspólne zdobywanie szczytów przed nami! Do opisu dołączyłam zdjęcie.


I wygrałam! A nagroda była naprawdę wspaniałą niespodzianką, bo jak zauważyliście w zadaniu konkursowym, określono ją mianem "atrakcyjnej", ale co to dokładnie jest nie wiedziałam. A był to weekendowy pobyt dla dwóch osób w Hotelu Artus. Grzechem byłoby nie wykorzystać takiej nagrody, prawda? Dlatego wykorzystaliśmy i kilka zdań poświęcę jeszcze hotelowi.

Hotel zachwycił nas absolutnie. Przemiła obsługa, piękny, duży i wygodny pokój, w którym niczego nie brakowało. Obfite śniadania, które przyprawiały o zawrót głowy mnogością i różnorodnością serwowanych potraw. Przepyszne obiadokolacje i totalnie zaskakująca zupa, która skradła moje serce w dniu przyjazdu, czyli moja ukochana szczawiowa. Nie brakowało przysmaków, które najbardziej lubią dzieci. Były naleśniki, ryż z jabłkami, kakao do śniadania, frytki do obiadu. A do tego ciasto, które Tosia zjadła ze smakiem, a ona ciast domowych z zasady nie jada!
Kameralny kompleks basenowy z brodzikiem dla dzieci, zjeżdżalnią w kształcie słonia, którą zachwyciła się Tosia, dużą zjeżdżalnią, z której odważyła się (oczywiście w naszym towarzystwie) zjechać i dwoma torami pływackimi o długości 18 metrów, z których korzystał Tata Tosi oraz jacuzzi, z którego największą przyjemność czerpałam ja. W hotelu są dwie sale zabaw dla najmłodszych oraz zewnętrzny plac zabaw. Tosia korzystała ze wszystkiego i piszczała z zachwytu. Kto śledzi naszego FB wie, jakie wymagania postawiła mi zaraz po powrocie znad morza odnośnie hotelu na kolejne wakacje. Muszę znaleźć taki, w którym będzie trampolina, basen (koniecznie pod gołym niebem, ten był pod dachem, co nie przeszkadzało jej absolutnie), hamak (ewentualnie zadowoli się dużym leżakiem, leżaki były w ilości przekraczającej jej zapotrzebowanie), ogród pełen kwiatów (teren wokół hotelu był tak zadbany, że o kwiatach nie wspomniała, zachwycając się rosnącą na drzewach jarzębiną), domek na drzewie (tego nie było, ale był mały domek na placu zabaw). Udało się Tosi skorzystać z hotelowych animacji, które do dziś wspomina z uśmiechem na twarzy. To były dwa bardzo intensywne i niezwykle udane dni! Na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy:)






Zdjęcia pochodzą ze strony

2 komentarze:

  1. Nad tym jeziorem nigdy nie byłam :( Duch gór jednak niejednokrotnie gościł nas w Karkonoszach! Hotek piekny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie jedźcie tam przy okazji najbliższej wizyty:)

      Usuń