piątek, 5 lutego 2016

Rodzicu, pomyśl za dziecko!

Zdarza mi się obserwować sytuacje, które nie powinny się zdarzyć, w których na plecach cierpnie skóra, a w głowie kołacze się pytanie: "Jak tak można zrobić?" Co to za sytuacje? Takie, w których rodzic pozwolił dziecku robić co chce, a dziecko często robi rzeczy niebezpieczne...

Pamiętam zasady, które wpajał mi w dzieciństwie mój tata: "Nie jedz gofrów z bitą śmietaną" (w domyśle: żebyś nie zatruła się w budce, w której nie dba się odpowiednio o produkty; z tego powodu pierwszego gofra ze śmietaną zjadłam mając lat 23), "Nie zawiązuj sznurowadeł przy krawędzi ulicy" (w domyśle: żeby żaden rozpędzony samochód w ciebie nie wpadł), "W tramwaju siadaj zawsze z przodu, blisko motorniczego, zwłaszcza kiedy wracasz sama późnym wieczorem" (tak mi mówił, a mojej głowie ta zasada nadal tkwi, w jego nie, bo ostatnio umówiliśmy się w tramwaju i szukał mnie na końcu, a ja karnie siedziałam zaraz za motorniczym). Tata miał pewnie traumę po wypadku, któremu uległyśmy z mamą. Kiedy miałam rok rozpędzony motocyklista wpadł na chodnik i obie wylądowałyśmy w dość poważnym stanie w szpitalu. Myślę jednak, że po prostu mój tata był (w czasach kiedy byłam dzieckiem) i jest (teraz, jako dziadek) rozsądny, rozważny i przewidujący. Też staram się taka być, próbuję przewidzieć jak najwięcej sytuacji, które mogą mieć przykre lub tragiczne konsekwencje. Uważam, żeby dziecko nie bawiło się w pobliżu deski do prasowania, żeby nie dotykało płyty, na której gotuję obiad, żeby samo nie otwierało piekarnika. Kiedy idziemy chodnikiem, pilnuję żeby szła ze mną za rękę, żeby nie szła przy krawędzi chodnika. W autobusie nie pozwalam jej wstawać, kiedy wsiadamy wybiera sobie miejsce i na nim musi spędzić całą podróż - innej opcji nie ma. Nie przewidziałam raz, że dziecko wyjęte z wanny, spróbuje pójść gdzieś samo i uderzy głową o płytki. Na szczęście skończyło się tylko na strachu. 

Ten przydługi wstęp był po to, żeby przytoczyć kilka sytuacji, które zdarzyło mi się obserwować. Wszystkie miały miejsce na tej samej drodze. Po wyjściu z naszego osiedla, żeby dostać się na przystanek musimy około 150 metrów przejść ulicą bez chodnika. Kierowcy zachowują się tam bardzo różnie, jedni zwalniają, inni wchodzą w zakręt jak szaleni, jedni przezornie poczekają aż przejedzie samochód nadciągający z drugiej strony, inni na siłę będą próbowali przejechać. Na pieszych uwagi nie zwracają tak samo rodzice, jak i osoby bezdzietne (trochę się w końcu tych ludzi już zna i kojarzy).

Sytuacja nr 1 

Okolice godziny 8, z naszego osiedla wyjeżdżają kolejne samochody, wszyscy spieszą się do pracy, do szkoły albo do przedszkola. Mama pcha wózek, za nią, w odległości dwóch-trzech kroków idzie starsza pociecha i ogląda gazetkę dla dzieci. Chłopiec w ogóle nie zwraca uwagi na to co dzieje się wokół niego, mama ma wzrok skierowany na wózek. A za nimi i przed nimi samochody. Nic się nie stało, ale mogłoby, gdyby maluch zaaferowany tym, co zobaczył w gazetce stracił równowagę albo nagle chciał pokazać coś mamie i ruszyłby do niej...

Sytuacja nr 2

Późne popołudnie, listopad. Wracamy z baletu, czyli jest około godziny 19. Na przystanku mijamy tatę z trzylatkiem na rowerze biegowym. Chłopiec radzi sobie świetnie. Jesteśmy w połowie tej drogi bez chodnika i nagle słyszę za sobą krzyk tego taty, odwracam się, a młody śmiga slalomem po całej szerokości jezdni. Tata krzyczy, ale nie wpada na pomysł, żeby zabrać rower, wziąć syna ze rękę i przejść te kilkadziesiąt metrów. Robi tak wielu innych rodziców i robimy tak my, bo kierowców-szaleńców naprawdę nie brakuje. Tosia początkowo buntowała się, kiedy zabieraliśmy jej wózek/hulajnogę/rower, ale zrozumiała (chyba), że robimy to dla jej bezpieczeństwa.

Sytuacja nr 3

Godzina 17, szczyt powrotów z pracy. Dwóch ojców rozmawia stojąc na chodniku. Wokół nich biega dwóch chłopców, raz wybiegną na ulicę, innym razem krążą wokół rozdzielni prądu z wiele mówiącym napisem: Nie dotykać, niebezpieczne dla życia. Dzieci co jakiś czas zatrzymują się przy tym małym, betonowym domku skrywającym prąd i próbują zajrzeć do środka. Wiem, wybuch takiego transformatora byłby nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, ale jednak jakieś niebezpieczeństwo istnieje. Poza tym trzeba najmłodszych na takie miejsca uczulać. Żeby potem nie żałować.

Każdy z nas robi głupoty, każdemu zdarza się popełniać błędy, nikt nie jest idealny. Ale od dnia, w którym zostajemy rodzicami, odpowiedzialni jesteśmy nie tylko za siebie, ale też za te małe skarby, które pojawiły się w naszym życiu. 
Nie ma co popadać w fatalizm i zaprzestać wychodzenia z domu, ale warto myśleć, także za dziecko, ono naprawdę wielu rzeczy nie potrafi przewidzieć. Może czasem zanim wyjmiemy spokojnego roczniaka z wózka w jadącym autobusie, zastanowimy się, czy to na pewno niezbędne, bo co w sytuacji, kiedy autobus gwałtownie zahamuje, a maluch uderzy głową w jakąś rurę (a taką sytuację niestety widziałam). A może czasem warto chwycić malca za rękę, kiedy idziemy przy ruchliwej ulicy? Może warto go ostrzegać przed nieodpowiedzialnymi kierowcami? Uświadamiać jakie niebezpieczeństwo na niego może czekać. Dziś najczęściej przemieszczamy się samochodami, zapominając o tym, jak to jest chodzić pieszo albo jeździć komunikacją miejską, a przecież za kilka lat nasze pociechy wsiądą same do tramwaju albo będą wracać same ze szkoły. Niech się uczą od małego, że o własne bezpieczeństwo warto dbać, a najlepszym wzorem będziemy dla nich my!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz