wtorek, 5 stycznia 2016

Moje zdanie w sprawie sześciolatków!

Stało się! Marzenie wszystkich rodziców i ich dzieci zostało spełnione. Błędy zostały naprawione. Odtąd dzieciństwo będzie tak długie jak być powinno, odtąd żadne dziecko nie przekroczy progu szkoły nieprzygotowane. Cieszycie się? My nie.

Tosia nie może się doczekać dnia, w którym rozpocznie naukę w szkole. Uwielbia swoje przedszkole, ale szkoła wywołuje w niej bardzo pozytywne uczucia (nie wiem dlaczego, bo wśród bliskich nam rodzin jest tylko jeden uczeń). Jednym z powodów jest zapewne to, że szkołę wybudowano tuż obok naszego domu i przez cały czas budowy regularnie ją odwiedzaliśmy, a Tosia od początku wiedziała, że tu budują jej szkołę. Drugi powód to zapewne brak negatywnych historii i czarnych wizji związanych z edukacją, które moglibyśmy jej zaserwować. Ja wspominam szkołę bardzo dobrze, lubiłam się uczyć, wiedza w zasadzie sama wchodziła mi do głowy, lubiłam koleżanki, kolegów i nauczycieli, lato zawsze niemiłosiernie się dłużyło i odliczałam dni do 1 września. Mąż również złego słowa o swojej ścieżce edukacyjnej nigdy nie powiedział. Tacy z nas szczęściarze. Uczniowie elitarnych, kameralnych szkół podstawowych? Ależ skąd. Chodziliśmy do dwóch różnych szkół, w niegdyś robotniczej dzielnicy, w klasach mieliśmy dzieci z rodzin kierowców, sprzedawców, raczej nie było dzieci z rodzin profesorskich, niewielu rodziców miało skończone studia, byli za uczniowie z rozbitych rodzin, którzy nigdy nie spotkali własnego ojca, były dzieci z pobliskiego domu dziecka. Trudno więc mówić o izolowaniu od problemów, o cieplarnianych warunkach. Mimo wszystko było fajnie! Do dziś utrzymujemy kontakt z ludźmi, których poznaliśmy w podstawówce. Liceum wybieraliśmy już świadomiej, więc mąż pozostał w robotniczej dzielnicy, a ja uciekłam do centrum, do szkoły, która świetnie wypadła w rankingach. I znowu - żadne z nas nie przeżyło traumy, daliśmy radę, zdaliśmy maturę, a potem egzaminy na studia. Trudno więc oczekiwać od nas żebyśmy zaczęli Tosię straszyć szkołą, po prostu nie mamy takich doświadczeń.

Bez żadnych oporów przyjęliśmy decyzję poprzedniego rządu o obniżeniu wieku rozpoczęcia edukacji. Nie pojmowaliśmy tego ani jako kary, ani jako wielkiej szansy. Niech idzie, dzieci teraz są bystrzejsze, szybciej dojrzewają, szybciej poznają świat. Chodzą na angielski, na judo, na basen. Potrafią obsługiwać tablet i znaleźć odpowiednią aplikację na smartfonie rodziców. Czym więc może im grozić pójście do szkoły? Poza tym teraz często dzieci z jednego przedszkola kontynuują naukę w tej samej klasie w podstawówce. Nie baliśmy się tego, że pójdzie do szkoły w wieku sześciu lat, przeciwnie! Cieszyło nas to. Nie martwiliśmy się wakacjami, feriami, przerwami świątecznymi. Wyszliśmy z założenia, że nasi rodzice jakoś ogarniali ten temat, nam udało się nie podpalić domów rodzinnych, więc i z Tosią sobie poradzimy. Nie martwiła nas konieczność odrabiania z dzieckiem lekcji, bo sami odrabialiśmy je ponad dwadzieścia lat temu, więc i ona będzie to robić. W zasadzie wszystko mieliśmy ułożone w głowach, panie z przedszkola sugerowały, że Tosia jest zdolna, mądra i rozgarnięta.
 Obaw nie było, ale teraz już są.
Bo jak te nowe-stare szkoły z siedmiolatkami w pierwszych klasach będą wyglądać? W tym roku pójdzie do szkół pewnie połowa (a może i więcej) sześciolatków, do tego siedmiolatki odroczone rok temu. A potem? Tylko siedmiolatki, a młodsi jak kiedyś, tylko ci zdolniejsi i chętni. Rozumiem. Pani minister wspominała coś o zerówce dla młodszych, których rodzice będą pewni tego że ich dzieci pójdą do szkoły rok wcześniej. A kto to zorganizuje? Przedszkole? Podzielą grupę Tosi na dwie? Jedna - zdolniejsza/ambitniejsza będzie uczyć się literek, a druga bawić się na dywanie? Czyli więcej pań zatrudnią? A może dzieci, która mają iść do szkoły będą na czas zajęć prowadzić do starszej grupy i tam pani będzie prowadzić edukację w grupie trzydziestoosobowej? A może to ci nadambitni rodzice sami będą edukować dzieci w domach?

A co zrobią szkoły? Jak podzielą dzieci? Zrobią specjalną klasę dla dzieci sześcioletnich, czy rozdzielą sześciolatki do innych klas? I jak podzielą te klasy? Według daty urodzenia? Tosia (urodzona we wrześniu) trafiłaby do klasy z dziećmi z końca roku, czy może tymi z początku (różniłyby ich niemal dwa lata)? Pytania się mnożą i coraz bardziej przeraża nas ten bałagan, który funduje nam rząd. Robią to podobno na prośbę rodziców, którzy nie chcą odbierać swoim dzieciom dzieciństwa i, którzy najlepiej wiedzą co jest dobre dla ich pociech. Na pewno? Czy dzieciństwo kończy się w dniu przekroczenia po raz pierwszy progu szkoły? Czy dawanie dzieciom tabletów, zamiast rozmowy albo wspólnej zabawy to jest ta "najlepsza" forma spędzania czasu z dzieckiem?
Znam wielu rodziców, większość pozytywnie podchodziła do pomysłu sześciolatków w szkołach, ci którzy byli temu przeciwni rzadko mówili o niedojrzałości dzieci, zawsze jednak wspominali o dwumiesięcznych wakacjach i własnej wygodzie, którą daje otwarte niemal cały rok przedszkole.

Czy nie lepiej byłoby zamiast odwoływać całą reformę, doinwestować szkoły, zmusić nauczycieli do nieustannej edukacji? Czy rodzice naprawdę myślą że jeśli nauczyciel nie radzi sobie z sześciolatkami (albo nie umie/nie chce uczyć tych maluchów), to lepiej będzie radził sobie z siedmiolatkami? Zły, znudzony albo zniechęcony nauczyciel nigdy nie trafi do uczniów, bez względu na to ile oni będą mieli lat. Nauczyciel, który nie lubi uczyć albo nie lubi uczniów nigdy nie rozbudzi w nich pasji zdobywania wiedzy!
Po raz kolejny okazało się jednak, że najlepiej wszystko zburzyć, zniszczyć i nie oglądać się na to co myślą wszyscy, tylko na to co krzyczą ci najgłośniejsi. Sama widzę na wielu blogach i forach wpisy rodziców, którzy wysłali sześciolatka do szkoły i choć początkowo mieli obawy (myślę, że ma je każdy rodzic, kiedy jego dziecko idzie do nowej szkoły, także do liceum), teraz cieszą się z tego, że mają w domu ucznia. Zadowoleni są rodzice - zadowolone są dzieci.
A tu zmiana... 
Kto na niej ucierpi najbardziej?

10 komentarzy:

  1. Nie przemyśleli tej zmiany, bez planu, bez przygotowania podpisali ustawę i teraz będzie cyrk. Nas też to jeszcze nie dotyczy bezpośrednio, ale wiem, że jeśli tylko mała będzie gotowa to do szkoły pójdzie w wieku 6 lat, już ja to załatwię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byle zrobić na złość tym, którzy byli przed nimi.

      Usuń
  2. nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy o tym myślę. Nasza córa zapewne pójdzie do szkoły w wieku 6 lat, jesli się uda. Bardzo bym nie chciała, by siedziała przez 3 lata w zerówce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byłam w szoku, kiedy policzyłam, że idąc do szkoły w wieku 7 lat, Tosia byłaby po niemal pięciu latach w przedszkolu.

      Usuń
  3. Zdania są niestety podzielone... Nigdy nie będzie takiego co każdemu dogodzi! Ja uważam obiektywnie, że każdy rodzić powinien mieć w tej kwestii wybór..., ze względu na dojrzałość emocjonalną dziecka. Szczerze, ja bym nie chciała by mój Oliwier poszedł do szkoły w wieku 6 lat, ponieważ jest z 26 grudnia, czyli z końca roku, co oznacza, że od dzieci ze swojego rocznika, urodzonych w styczniu jest tak na prawdę rok młodszy...;/Przepaść rozwojowa przeogromna, nie ukrywam! Tym bardziej, że jest wcześniakiem...Dal jednych jest to decyzja krzwdząca, dla innych ratunek, dlatego jestem za tym, że powinniśmy sami decydować...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt rodzicom prawa do decydowania nie odebrał, znam dzieci, których rodzice (z różnych powodów) bez problemu odroczyli.

      Usuń
  4. Zawsze można posłać dziecko rok wcześniej, nie ma problemu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Najgorszy jest ten brak stabilizacji. Co chwilę jakieś zmiany.

    OdpowiedzUsuń