poniedziałek, 29 grudnia 2014

Co roku to samo... czyli kilka słów o Świętach Bożego Narodzenia

Od dnia narodzin Tosi o każdym Bożym Narodzeniu mówimy, że jest/było wyjątkowe.

Rok 2011
Jej pierwsze Święta, malutka choinka (bo w naszej kawalerce było wtedy niemal wszystko, co niezbędne do wykończenia mieszkania, od farb po płytę elektryczną), nie wyjęliśmy nawet naszej eleganckiej zastawy, bo nie było szans, żeby zrobić to bez niemałego przestawiania wszystkiego, co napotkać mogliśmy na swojej drodze. 
Święta upłynęły nam pod znakiem trzech wyjątkowo silnych kolek... Mimo wszystko było w nich coś magicznego, choć Tosia na pewno ich nie pamięta i pamiętać nie będzie, w końcu miała wtedy 3,5 miesiąca. Kolejne Boże Narodzenie mieliśmy już spędzić na swoim.


Rok 2012
I spędziliśmy. Była duża choinka, prezenty, na które Tosia reagowała i, z których się cieszyła. Wigilię spędziliśmy we troje. Następnego dnia wybraliśmy się na spacer i oglądaliśmy szopki w kościołach. Wydaje mi się, że dla Tosi był to spacer, jak każdy inny, zresztą dużą jego część przespała. 
Było inaczej, niż rok wcześniej i wmawialiśmy sobie, że to takie jej pierwsze świadome Święta, ale nawet specjalnie nie interesowała jej choinka, więc żeby je wspominać będzie musiała posiłkować się zdjęciami.

Rok 2013
Tosia miała wtedy ponad dwa lata. Imponujących rozmiarów choinka zainteresowała ją dopiero kilka dni po Świętach (wcześniej zaliczyła spektakularny upadek i straciliśmy kilka ulubionych bombek). Za to chętnie pomagała w przygotowaniach.
Wigilia upłynęła nam pod znakiem żołądkowych sensacji Tosi, sprzątania samochodu po podróży do moich rodziców i zastanawiania się, czy konieczna będzie wizyta u lekarza. Prezenty były wtedy prawdziwą atrakcją, Duplo pochłonęło ją na kilka długich godzin, liczydło fascynowało małymi kuleczkami, które można było przesuwać, ale większej ilości prezentów przypomnieć sobie nie mogę. Tradycyjne oglądanie szopek odbyło się w towarzystwie o dwa lata starszego kuzyna, a zakończyło drzemką w wózku. Większą atrakcją od małego Jezusa były jednak stojące przed Urzędem Miasta koziołki w stroju Mikołaja. 

Rok 2014
Dopiero trzyletnia Tosia w pełni cieszyła się Świętami i potrafiła tę radość zwerbalizować. Tydzień przed Wigilią wyjęłam trochę świątecznych ozdób, już wtedy chciał ubierać choinkę, której jeszcze nie było w domu;) Śpiewała kolędy, czekała na Gwiazdora. Pomogła mi piec ciasteczka, choć nie wiem, czy większa nie była jej pomoc w ich zjadaniu. Choinkę ubrała w zasadzie sama, najważniejsza była gwiazda, którą z pomocą taty zawiesiła na czubku drzewka. Kręciła się po kuchni i doglądała garnków. Pomogła nakryć do stołu, liczyła talerze i sztućce. Wiedziała czym jest opłatek i świadomie się nim dzieliła mówiąc: Wesołych Świąt. Zjadła uszka, choć nie lubi pierogów. Zdziwiła się zobaczywszy w drzwiach prawdziwego Gwiazdora. Najpierw nieśmiało odebrała jedną paczkę, przybiła "piątkę", wyrecytowała wierszyk i usiadła mu na kolanach! Dzielna dziewczyna do dziś wspomina te odwiedziny. Zasnęła zmęczona nadmiarem atrakcji przed 20, tuląc otrzymaną od Gwiazdora lalkę, swoją córeczkę Zosię.
Następnego dnia w kościele wyglądała małego Jezusa w żłóbku i sprawdzała, czy na pewno są z Nim Maryja i św. Józef. Z radością wrzucała monetę do kiwającego główką aniołka stojącego przy szopce (od teraz zbieram złotówki, bo gdzie tylko napotka taką skarbonkę musi coś do niej wrzucić). Szybko nauczyła się, żeby nie ciągnąć aniołka za główkę i nawet, kiedy wczoraj proboszcz pozwolił to robić, bo aniołek niezbyt chętnie mówi: "Bóg zapłać" nie odważyła się i zadowoliła schyleniem główki. W kościele pięknie śpiewa znane jej kolędy i smuci się, kiedy pojawiają się te, których nie zna. 
Coroczny spacer był dla niej prawdziwą atrakcją. Największy żłóbek w Europie, który zbudowali poznańscy franciszkanie zrobił na niej ogromne wrażenie, ale nie tylko rozmach jej się podoba, karmelici postawili na skromność, na sianie leży Jezus, to również Tosia zapamiętała i do dziś martwi się, gdzie byli Jego rodzicie i dlaczego leżał sam. Na koniec dosiadła koziołki przed Urzędem Miasta.
Następnego dnia, spacerując i korzystając z pięknego słońca, życzyła Wesołych Świąt kotom, które napotkała na swojej drodze i konikom na placu zabaw.




Każdy dzień minionych Świąt był dla niej pełen atrakcji, każdy przynosił jakąś niespodziankę. Było pięknie, spokojnie i wyjątkowo! Wszystko odbyło się bez pośpiechu, bez nerwów, mimo tego, że organizowaliśmy wigilijną kolację u nas. Za rok też chciałabym tak zrobić, zobaczymy co z tego wyjdzie ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz