środa, 24 września 2014

Młodzi rodzice=młodzi dziadkowie, czyli kiedy zdecydować się na dziecko...

Ponieważ od poniedziałku leżę chora w domu, mam czas na oglądanie telewizji śniadaniowej. W poniedziałek obejrzałam rozmowę z autorką blogu Mamalla dotyczącą młodych matek (cały materiał możecie zobaczyć tutaj). 
Według przyjętych tam kryteriów rodząc dziecko nie byłam już młodą mamą albo nie byłam już tak młoda. Miałam 26 lat, kiedy Tosia pojawiła się na świecie. Instynkt macierzyński miałam już dużo wcześniej, realizowałam się opiekując się dziećmi, prowadząc dziecięcą grupę teatralną, jeżdżąc na kolonie i pracując na półkoloniach. Skończyłam studia, wyszłam za mąż. Plan był taki - jak najszybciej ma się pojawić w naszym życiu dziecko. Udało się, bo w pierwszą rocznicę ślubu miałam już bardzo duży brzuch i dwa miesiące później byliśmy już we troje. Czy to było za wcześnie, czy za późno? Dla nas akurat. Oboje mieliśmy pracę, skończone studia, w pierszym trymestrze załatwiliśmy wszystkie formalności związane z kredytem i zakupem mieszkania. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do starej pracy. W zasadzie niewiele się zmieniło, oprócz tego, że raz na jakiś czas muszę brać opiekę, żeby zostać z chorą Tosią w domu. Ona na szczęście nie choruje ciężko, raz przytrafiła się angina, co w przypadku dziecka chodzącego najpierw do żłobka, a teraz do przedszkola jest niezłym wynikiem. Antybiotyki, które zostały jej przepisane można policzyć na palcach jednej ręki. Najczęściej ma po prostu niemożliwy do opanowania katar i profilaktycznie zostaje kilka dni w domu. Od początku 2014 roku moja mama jest emerytką, pomaga na więc w takich sytuacjach i mus brania opieki został ograniczony do minimum. Wcześniej jednak zdarzało mi się brać dzień wolny, żeby zostać z Tosią w domu, kiedy wydawała nam się chora, a potem kilkudniowej opieki. Teraz może z nią zostać babcia. Babcia przez jeden tydzień w miesiącu odbiera ją też z przedszkola, bo ja nie zdążyłabym dojechać, a mąż jest wtedy w pracy (Tosia jest w przedszkolu między 7 a 15). Ponieważ pracowała stosunkowo blisko naszego domu odbierała ją również, kiedy chodziła jeszcze do pracy. I wiem, ile kosztowało ją to sił i czasu. Od początku roku jest trochę łatwiej i lżej. Najchętniej zwolnilibyśmy ją z tego obowiązku (bo niech mi nikt nie mówi, że to dla niej tylko przyjemność, musi dojechać, odebrać Tosię, odprowadzić do domu i spędzić tam jakieś dwie godziny, bez względu na pogodę i samopoczucie), ale na razie logistycznie jest to niemożliwe.
Nie uważam, że głównym obowiązkiem dziadków było opieka nad wnukami. Ze swojego dzieciństwa pamiętam, że babcia odbierała mnie z przedszkola rzadko, czasem przyjeżdżała po mnie do szkoły. Pewnie nie było takiej potrzeby. Druga babcia mieszkała w innym mieście, więc do niej jeździłam na wakacje. Obie były na emeryturze, ale żadna nie spędzała ze mną całego tygodnia. Mąż mieszkał z babcią, więc to zupełnie inna sytuacja. Czy Tosia poszłaby do żłobka, gdyby moja mama była na emeryturze w momencie, kiedy wracałam do pracy? Zdecydowanie tak, choć może trochę później. Nasi rodzice nie są starzy, ale czy dzięki temu mają dla Tosi więcej czasu i sił? Nie wiem, do niedawna wszyscy pracowali. Uwielbiany przez Tosię dziadek od parowozów pracuje nadal, więc nie może przyjść po nią do przedszkola, choć pewnie wnuczka byłaby wtedy najszczęśliwsza na świecie. Spędza z nią czas głównie w weekendy, kiedy przyjeżdżamy w odwiedziny, widać wtedy ile ma dla niej czasu cierpliwości, jak bardzo jej imponuje i jak bardzo się kochają.
A, czy my, rodzice, jeszcze przez chwilę przed trzydziestką mamy dla Tosi więcej czasu i sił? I tak, i nie. Codziennie chodzimy do pracy, więc choćby z tego powodu nie, ale nie ona jedna chodzi do przedszkola. Po powrocie do domu bywa różnie, czasem bawimy się do wieczora, czasem Tosia woli oglądać bajki albo bawić się sama. Jeśli jest ładna pogoda wychodzimy na plac zabaw, jeśli nie, najczęściej czytamy książki i układamy puzzle. O 19 Tosia się kąpie i idzie spać. W ciągu tygodnia nie spędzamy razem zbyt wiele czasu, nadrabiamy w weekend i wtedy staramy się, jak najwięcej czasu spędzić razem. 
Mimo wszystko chyba nie zdecydowałabym się na dziecko wcześniej. Wydaje mi się, że nie dałabym rady pogodzić macierzyństwa ze studiowaniem na dwóch kierunkach. Łatwiej jest być rodzicem mieszkając samemu, nie wyobrażam sobie dzielić mieszkania ze rodzicami lub teściami. Praca do której mogłam wrócić dawała poczucie stabilizacji. 
Czy matki, które rodząc swoje dzieci mając 20 lat są gorsze? Na pewno nie, pamiętam ze szkoły podstawowej dzieci młodych rodziców. Te, których mamy miały 27 lat wysyłając dziecko do pierwszej klasy, miały takie same oceny jak dzieci czterdziestolatków. Nie różniły się niczym. Często (a może zawsze) decyduje los. Trzeba choćby znaleźć odpowiedniego partnera. Jedni poznają go już w przedszkolu, inni dopiero w trzecim miejscu pracy. Na pewno najlepiej jest urodzić pierwsze dziecko przed trzydziestką, ale życie często podejmuje inne decyzje. Leżąc w szpitalu po urodzeniu Tosi byłam najmłodsza wśród chyba dziesięciu dziewczyn (kobiet), które przyszło mi poznać. A dla wielu z nich, tak jak i dla mnie było to pierwsze dziecko.
Najważniejsze to bez względu na wiek być dobrym rodzicem i wspierającym, a nie oceniającym dziadkiem lub babcią. Banał, ale coś w nim jest.
Czujne ręce Babci i Dziadka :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz