sobota, 21 lipca 2018

Z dzieckiem w Łodzi po raz drugi

To był mój trzeci wyjazd do Łodzi. Drugi w towarzystwie Tosi. Rok temu udało nam się zwiedzić Se-Ma-For i pospacerować po słynnej Piotrkowskiej (KLIK). Na więcej nie pozwolił czas, plany zweryfikowała pogoda. Czułam niedosyt, chciałam Łódź poznać lepiej i zobaczyć inne, zapewne równie ciekawe miejsca. Długo myślałam, że w tym roku nie uda się odwiedzić tego miasta ponownie, ale życie lubi zaskakiwać!


Celem wyjazdu do Łodzi było Centrum Nauki i Techniki EC1. Mieści się ono w budynku dawnej elektrociepłowni, która jeszcze do 2001 roku służyła miastu i jego mieszkańcom. Od jej zamknięcia minęło niemal 18 lat, a elektrociepłownia zamiast niszczeć, tętni życiem i zachwyca. Moją uwagę EC1 zwróciło już rok temu, kiedy szliśmy w stronę dworca Łódź Fabryczna, zabrakło jednak czasu, żeby podejść bliżej i zobaczyć coś więcej. Teraz czasu było wystarczająco dużo. A naprawdę jest tam co oglądać.
EC1 zachwyca wyglądem, jest pięknie odrestaurowany, a teren między poszczególnymi budynkami zachęca do spacerowania miedzy nimi i podziwiania pięknej architektury. Wewnątrz jest jeszcze ciekawiej. Bo oto po przekroczeniu drzwi trafiamy do prawdziwej elektrociepłowni. Możemy zobaczyć maszyny, które jeszcze niedawno były wykorzystywane do pracy. 



Centrum Nauki i Techniki zajmuje pięć pięter, na każdym z nich czekają na zwiedzających ciekawostki z różnych dziedzin wiedzy. Tam dowiemy się nie tylko jak działają elektrociepłownie, poznamy lepiej również wielkich polskich uczonych, sprawdzimy jak działa magnes, zaznajomimy się z nanotechnologią i przypomnimy sobie pierwiastki. Nudzić nie będzie się nikt, bo stanowisk jest w EC1 sporo, każde z nich jest inne i każde wzbudzi zainteresowanie zwiedzających.





Muszę się przyznać, mnie takie techniczne nowinki nie kręcą. Rzadko zastanawiam się dlaczego coś działa, mi wystarczy, że działa i już. Ale odwiedzam centra nauki i techniki z Tosią, bo wiem, że jej wizyty w nich sprawiają ogromną frajdę. Tu było tak samo. Może i nie rozumie jeszcze wielu stanowisk i czasem bardziej cieszy ją możliwość wciskania guzików, niż zdobywanie wiedzy. Jest jeszcze dzieckiem i poznaje świat na własny sposób. Coś jednak jej w głowie zostaje. W EC1 najbardziej spodobała jej się część chemiczna. Spodobały jej się również warsztaty, w których mogła uczestniczyć. Przygotowała  na nich musującą kulę do kąpieli, która obecnie wysycha w domu, a Tosia niecierpliwie czeka na dzień, kiedy w końcu będzie mogła wrzucić ją do wanny. Ogromne brawa należą się wspaniałym animatorkom, które z anielską cierpliwością i uśmiechem na ustach tłumaczyły kolejne etapy pracy, potem pomogły zapakować kule do woreczków i jeszcze nagrodziły dzieci dyplomami. Brawo! 




W ogóle młodzi pracownicy EC1, którzy przechadzają się po wszystkich salach, to ogromny atut tego miejsca. Sami podchodzą do zwiedzających, tłumaczą działanie poszczególnych stanowisk, dzielą się swoją wiedzą. Tosia słuchała chętnie i myślę, że właśnie dzięki temu tak wiele z tej wizyty zapamiętała.

Będąc w EC1 odwiedziłyśmy również kino sferyczne i planetarium. Dla Tosi była to pierwsza wizyta w tego typu miejscach, czyli takich, gdzie filmy wyświetla się na suficie. Jak jej się podobało? Była zachwycona! Co prawda były momenty, w których filmu (wyświetlanego w planetarium) trochę się wystraszyła, ale kiedy emocje opadły, stwierdziła, że chętnie poszłaby tam znowu. Film opowiadał o marzeniu, które od zawsze towarzyszyło ludziom, czyli oczywiście o chęci latania. Zawarto w nim naprawdę wiele interesujących informacji, a całość ubrano w tak piękną formę, że myślę, że każdy oglądający go był zachwycony. Przed projekcją wysłuchaliśmy również mini wykładu na temat nieba. Teraz nie pozostaje nam nic innego jak jeszcze uważniej się w nie wpatrywać, bo wiemy, co dokładnie możemy na nim zobaczyć:)

Podsumowując, polecam wizytę w EC1 wszystkim rodzinom z dziećmi, ale i dorosłym, którzy dzieci nie mają albo mają już pociechy w wieku nastoletnim. Chodząc po budynku spotykaliśmy ludzi w bardzo różnym wieku, od dzieci młodszych od Tosi aż po osoby w starszym wieku. Każdy z nich przyglądał się ekspozycji z zainteresowaniem, więc jest to najlepszy dowód na jego uniwersalność. Naprawdę warto je odwiedzić. Ceny, jeśli porównać z innymi tego typu miejscami, są atrakcyjne, są różne opcje biletów rodzinnych i zniżki dla dużych rodzin (wszystkiego dowiecie się ze strony www). Na każdym piętrze znajdują się miejsca, w których można odpocząć, są również stoliki, przy których usiąść mogą najmłodsi. W budynku nie brakuje również toalet, te także znajdziecie na każdym piętrze, są pokoje dla rodziców z małymi dziećmi. Jest winda, którą można przemieszczać się między poszczególnymi piętrami. Nic, tylko jechać!


A kiedy już przyjedziecie do Łodzi, zajrzyjcie koniecznie na Piotrkowską. Przysiądźcie koło Tuwima i Reymonta, porozmawiajcie z Misiem Uszatkiem (i odnajdźcie rozsiane po całym mieście pomniki bajkowych postaci). My znowu miałyśmy za mało czasu na odwiedzenie wszystkich ciekawych miejsc. W związku z tym planujemy kolejny wyjazd do Łodzi, tym razem dłuższy i spokojniejszy. Musimy w końcu przyjrzeć się dokładniej (a nie przez okna samochodu) pałacowi Izraela Poznańskiego, musimy dotrzeć do pomnika małego pingwina Pik-Poka, chcemy pójść na cmentarz żydowski. Do tego EC1 na 2019 planuje otwarcie strefy dla dzieci, więc i tam zajrzymy. Wrócimy do Łodzi, bo poznać trzeba ją lepiej! Jesteśmy pewni, że warto!





piątek, 20 lipca 2018

Kolejne książki z serii "Żubr Pompik. Wyprawy" (Media Rodzina)

Bardzo lubię podróżować po Polsce. Chętnie odwiedzam nowe miejsca i po raz kolejny zaglądam do tych, które już widziałam. Miłością do podróżowania udało mi się zarazić Tosię, która widziała już sporo i cały czas poznaje coś nowego. Dokąd najbardziej lubimy jeździć? Najłatwiej byłoby powiedzieć, że wszędzie, bo taką samą przyjemność sprawia nam i zwiedzanie miast, i spacery po lesie.


Właśnie dlatego tak bardzo spodobała nam się nowa seria o Żubrze Pompiku. Samego bohatera znamy od dawna, przeczytałyśmy wszystkie tomy jego przygód. Przeczytałyśmy również pierwsze trzy części nowej serii autorstwa Tomasza Samojlika, w której żubrza rodzina podróżuje po polskich parkach narodowych. Do tej pory odwiedzili Narwiański, Biebrzańki i Wigierski Park Narodowy (przeczytacie o nich TUTAJ). Teraz przyszedł czas na kolejne. Na początek Kampinos. Tu ciekawe świata żubry poznają łosia! Ale nie tylko jego, bo na drzewie dostrzegają również muchołówkę małą i dzięcioła czarnego. Udaje im się poznać rodzinę borsuków. Nowi przyjaciele czekają na Pompika i jego rodzinę także w Borach Tucholskich. Pierwszy na ich drodze stanie jeleń. To od niego żubry dowiadują się o istnieniu strasznego drapieżnika, zwanego rzęsorkiem! Miła do ucha nazwa, prawda? Sam drapieżnik również okazuje się sympatycznym i niegroźnym (zwłaszcza dla żubrów) zwierzęciem. Nieco inaczej zaczęła się znajomość z mewą, którą Pompik i Polinka spotkali w Słowińskim Parku Narodowym. Ptak porwał małża, który leżał przez żuberkami. Nie było to ani ładne, ani miłe zachowanie, dlatego Pompik i jego siostra zupełnie tego nie rozumieli. Jak skończyła się każda z tych historii dowiecie się z tych niedługich, wspaniale napisanych i świetnie zilustrowanych książeczek.







Seria "Żubr Pompik. Wyprawy" to doskonała propozycja dla miłośników zwierząt i podróży. W każdej książce, oprócz ciekawej historii, znaleźć można również mnóstwo ciekawostek dotyczących opisywanych gatunków. Stąd dzieci (a pewnie i rodzice) dowiedzą się po co żółwiom pancerzyki, sprawdzą gdzie gniazda robią muchołówki i poznają sekret sztywnych włosków na ogonie rzęsorka. Informacje przekazane są w zrozumiały i interesujący dla dzieci sposób, więc z ich zapamiętaniem nikt nie powinien mieć problemów. Poza tym, wszystkie opisywane przez Tomasza Samojlika miejsca znajdują się w Polsce, więc książki mogą posłużyć nam za przewodniki i stać się pretekstem do odwiedzania nowych, interesujących miejsc. Co powiecie na podróże po śladach Pompika? My jesteśmy na tak!






seria "Żubr Pompik. Wyprawy"
Rodzina borsuków
Najstraszniejszy drapieżnik
Zachłanna mewa

Tomasz Samojlik
Media Rodzina, 2018


wtorek, 17 lipca 2018

"Śpiewamy z Fasolkami przeboje Taty i Mamy" (Wydawnictwo Literatura)

W latach 80. i 90. ich piosenki rozbrzmiewały w każdym polskim domu. Śpiewaliśmy je wszyscy w domu, w przedszkolu i na spacerze. Znaliśmy na pamięć wszystkie teksty i z zapartym tchem oglądaliśmy teledyski nakręcone do naszych ukochanych przebojów. Potem na kilkanaście lat o nich zapomnieliśmy i teraz do nich wracamy... Do czego? Do piosenek Fasolek oczywiście!


Każdy ma jakiegoś bzika, Witaminki i Bursztynek to tylko trzy, z wielu przebojów uwielbianego przez dzieci zespołu. Melodie szybko wpadają w ucho, świetne teksty łatwo zapadają w pamięć. Od powstania Fasolek minęło właśnie 35 lat, więc ich największe przeboje mają 20 lub 30 lat! Sporo, prawda? Ale jak to mówią klasyka się nie starzeje i w tym przypadku się to sprawdza. Śpiewaliśmy te piosenki my, śpiewają je nasze dzieci. A czy zastanawialiście się kiedyś jaka była ich geneza? Ja przyznaję, że nie. Wszystko zmieniło się, kiedy w moje ręce trafiła jedna z nowości Wydawnictwa Literatura. Jej bohaterem jest zespół Fasolki. Troje twórców zespołu, czyli Ewa Chotomska, Andrzej Marek Grabowski i Krzysztof Marzec. Wszyscy oni snują opowieści o piosenkach, które nucą i nuciły polskie dzieci.





I tak z książki Śpiewam z Fasolkami przeboje Taty i Mamy dowiedziałyśmy się, że chudziutki Jaś z piosenki Witaminki dla chłopczyka i dziewczynki istniał naprawdę. Naprawdę nie lubił warzyw, miał problem z graniem w piłkę i zainspirował Andrzeja Marka Grabowskiego do napisania piosenki o witaminach zawartych w owocach i warzywach. Dowiemy się, co zainspirowało Ewę Chotomską do stworzenia piosenki Mop Rock. Poznamy lepiej Zmorę z telewizora i historię ulubieńca najmłodszych, czyli Zająca Poziomki. Tu znajdziemy przepis na sałatkę z rzepki, nawiązującą do kolejnej piosenki Fasolek.  Ale z tej książki dowiemy się, jak poszczególne piosenki powstawały. Możemy je również usłyszeć i oczywiście zaśpiewać. Do książki dołączona została płyta z największymi przebojami Fasolek. Coś w sam raz do słuchania w domu i w podróży, a że wakacyjne wojaże trwają, więc będziecie mieli świetny podkład muzyczny! I oczywiście również znakomitą lekturę.



Książka o Fasolkach przeniosła mnie do czasów dzieciństwa, a w tej podróży towarzyszyło mi moje dziecko. Razem czytałyśmy rozdziały poświęcone poszczególnym piosenkom, razem słuchałyśmy płyty. I zarówno mi, jak i jej sprawiło to ogromną przyjemność. Bo to książka dla całych rodzin. Krótkie rozdziały, teksty piosenek, o których opowiadają i znakomite ilustracje Kasi Kołodziej, to wszystko sprawia, że od Fasolek trudno się oderwać. Mimo tego, że nie jest to książka snująca opowieść o tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Bohaterami są piosenki, ich twórcy i wykonawcy, wszyscy, którzy bawili i bawią najmłodszych słuchaczy. I oby bawili jeszcze długo!


 Śpiewamy z Fasolkami przeboje Taty i Mamy
Ewa Chotomska
Andrzej Marek Grabowski
Krzysztof Marzec
ilustracje Kasia Kołodziej
Wydawnictwo Literatura, 2018