wtorek, 18 września 2018

Widnokrąg i książki dla przedszkolaków!

Nie jestem zwolenniczką ciągłego mówienia do niemowlaków. Nie urządzałam sobie z Tosią wielogodzinnych pogaduszek, w których stroną mówiącą byłam ja. Oczywiście, zagadywałam ją na spacerach i w trakcie codziennych czynności, ale o długich monologach nie było mowy. Co innego, kiedy miałam w ręce książkę, czytać mogłam (i nadal mogę) jej godzinami... Bo o ile monologi o gotowaniu zupy wydawały mi się bezcelowe, to w mówieniu o książkach i pokazywaniu jej ilustracji sens widziałam. I widzę nadal!


Zwłaszcza, kiedy w moje ręce trafiają książki podobne do tych. Trzy kartonowe nowości z wydawnictwa Widnokrąg. Dwa trzy cztery to kontynuacja lubianej przez wielu serii "Raz, dwa, trzy". Pierwsze tomy rozwijały wzrok, słuch i mowę. Te pokazują otaczający nas świat i uczą przez zabawę. Najpierw Joanna Bartosik zabierze najmłodszych na spacer. Będą przyglądać się kwitnącym kwiatom i kretom wyglądającym ze swoich kopców, zajrzą na plac zabaw i na wybieg dla psów. Odwiedzą sklep mięsny i stragan z owocami. Zajrzą na dworzec, odwiedzą kino i bibliotekę. Na jednej z rozkładówek zobaczą nawet cmentarz i groby, które ludzi przygotowują na dzień Wszystkich Świętych. Nie ma w tej książce ani jednego słowa, mimo to przygód nie brakuje. O tym, co dzieje się na tych obrazkach można opowiadać godzinami! Można na ich podstawie tworzyć własne historie, bo inspiracji ta niewielka książeczka dostarcza naprawdę wielu.




Jednak książki Joanny Bartosik nie tylko rozwijają wyobraźnię, ale również uczą. Czego? Liter i liczb! Robi to w bardzo interesujący i atrakcyjny dla małych czytelników sposób. Na przykład w książce o liczbach spodziewałam się znaleźć na każdej stronie kolejne liczby. Zdziwiłam się, kiedy okazało się, że liczby są przypadkowo rozsiane po całej książce. Trzeba dokładnie przyjrzeć się ilustracjom i wyszukać na nich różne liczby. Gdzie one się ukryły? Na drzwiach domów, na tablicach rejestracyjnych samochodów, na przyciskach w windzie i na koszulkach zawodników drużyny siatkarskiej. Dzieci muszą je odnaleźć, dzięki temu uświadamiają sobie, że liczby są wokół nas, że możemy spotkać je na każdym kroku. 




Otaczają nas również litery. Książka o nich wygląda jednak klasycznie. Każdą stronę poświęcono jednej literze. Są na nich więc akrobatka Agata i brzuchate bobry, jest flaming, który wącha fiołki i leniwy lis. Na innym obrazku motyl macha do muchy, jest również taki, na którym ryba rozmawia z robakiem. Tak więc koncept pozornie wydaje się dość klasyczny, ale kiedy przyjrzymy się książce bliżej od razu zauważymy, że każda litera została opisana dokładniej, niż jednym rozpoczynającym się nią wyrazem. Słowa pojawiające się w książce są niebanalne, niektóre są rzadko spotykane, a to znakomicie wzbogaca słownictwo małych czytelników. 




Książki ze sztywnymi kartkami pojawiają się w naszym domu rzadko. Tosia jest już duża, małych dzieci w rodzinie mamy coraz mniej, nie mamy ich dla kogo kupować. Są jednak takie książki, które chcę mieć i zostawiać dla wnuków;) Te zdecydowanie się do nich zaliczają. Ba! One zachwycą nie tylko niemowlaka i przedszkolaka. One spodobały się nawet Tosi. Byłam zdziwiona tym, jak długo je oglądała i jak pozytywne emocje u niej wzbudziły. Jeśli siedmiolatka piszczała z zachwytu i zaśmiewała się do łez, to co zrobi czterolatek, a może nawet jego nieco młodszy kolega? A oni nie tylko będą się przy tych książkach dobrze bawić, ale również czegoś się z nich nauczą. Takie oczekiwania stawiają książkom rodzice, a ta seria je spełnia. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami!


Dwa, trzy, cztery - wspólne spacery
Dwa, trzy, cztery - cyfry i numery   
Dwa, trzy, cztery - słowa i litery

Joanna Bartosik
Wydawnictwo Widnokrąg, 2018
wiek 4+ 

poniedziałek, 17 września 2018

"Tabletki na dorosłość" (Wydawnictwo Adamada)

Tak to już jest, że dzieci marzą o tym, żeby jak najszybciej dorosnąć. Dorośli nie muszą chodzić do szkoły, nie muszą nikogo prosić o pieniądze. Dorośli o wszystkim decydują sami, jeśli nie chcą czegoś robić, to nie muszą. Jeśli nie chcą z kimś rozmawiać, to po prostu nie rozmawiają. Dzieci są przekonane, że dorosłość wygląda właśnie tak. Dorośli próbują ich wyprowadzać z błędu, ale rzadko bywają wysłuchani.


Marek, uczeń siódmej klasy szkoły podstawowej, dorosłości nie mógł się doczekać. Marzył o tym, żeby przestał mu dokuczać klasowy osiłek, żeby rodzice mieli mniejszy wpływ na jego życie (oraz żeby ojciec, podstarzały rockman, w końcu dojrzał) i, żeby zakochała się w nim dużo starsza od niego dziewczyna. Nie wiedział jednak jak mógłby to zrobić, pozostało więc jedynie niecierpliwe oczekiwanie. Czekając na dorosłość Marek postanowił założyć bloga. Wymyślił sobie, że stworzy tak dobry internetowy pamiętnik, że wkrótce zostanie on nagrodzony tytułem "Blogaska roku". Tak się jednak nie stało. Wejść na stronę było niewiele, komentarzy również. Niewiele brakowało, a Marek przestałby pisać, jednak pewnego dnia jego wpis skomentował Magik. Komentarz był dość enigmatyczny, ale jego autor proponował Markowi zamówienie "tabletek na dorosłość". Chłopak nie wiedział o co chodzi, nie miał ochoty kontaktować się z Magikiem. To doradzali mu również jego koledzy, skąd przecież mogli wiedzieć kim jest Magik i jakie ma zamiary. Jednak w ostatnim dniu dostępności tajemniczych tabletek w Marku coś pękło, chłopak postanowił skorzystać z propozycji Magika i kupić pastylki, które miały zapewnić mu dorosłość. 



Marek nie do końca wierzył w to, że połknięcie otrzymanych od Magika tabletek może sprawić, że stanie się dorosły. Wiedział jednak, że jeśli ich nie połknie może tego żałować do końca życia. Ich działanie postanowił wypróbować na psie nielubianego kolegi, kiedy już poznał ich działanie, mógł połknąć swoją porcję. Tak naprawdę nie wiedział ile tabletek powinien wziąć, ulotka sugerowała jedną, chłopak dostał dwie. Pół oddał psu, zostało mu półtora... Czy to nie za dużo? Być może, ale dzięki temu tabletka powinna działać dłużej. W końcu połknął wszystko co miał. Nic się jednak nie stało, nie nastąpiły żadne spektakularne zmiany. Okazało się jednak, że musiał po prostu trochę odczekać. Marek stał się dorosły, ale nie do końca wiedział jak tę dorosłość wykorzystać. Wkrótce miało się jednak okazać, że nie to jest jego największym zmartwieniem. Chłopak wziął za dużo tabletek i musiał ponieść konsekwencje ich przedawkowania. A te okazały się nieprzewidywalne. Marek zmieniał się w dorosłego w najmniej oczekiwanych momentach. Musiał uciekać z klasy, chować się w krzakach i cały czas nosić ze sobą zapasowe ubrania. Nie wiedział jak wyplątać się z całej sytuacji, Magik wciągnął go w jakąś tajemniczą grę...

Z tego zaczęły się rodzić nowe wpisy na blogu Marka. Chłopak opisywał w nich swoje życie i problemy, które dotknęły go po zażyciu tabletek. Nadał tam sobie inne imię, ale jeśli ktoś wiedziałby o jego problemach i znał relacje łączące go z rówieśnikami, mógłby go bez kłopotów zdemaskować. Jednak koledzy komentowali tak, jak byłaby to najlepsza powieść fantastyczna, jaką mieli okazję czytać. A Marek? Marek zyskał w ten sposób szansę na kontaktowanie się z Magikiem. Ten jednak zamiast dać mu jednoznaczną odpowiedź i poradzić, co powinien zrobić, wciągnął go w dziwną grę...

Przeczytałam tę książkę z ogromnym zainteresowaniem. Zaskoczył mnie pomysł na połączenie rzeczywistości z baśniową opowieścią o tajemniczych tabletkach, które zmieniły nastolatka w dorosłego. Wciągnął mnie pomysł na połączenie opowieści fabularnej z blogiem pisanym przez nastolatka oraz komentarzami umieszczanymi na nim przez czytelników. Zachwyciły mnie ilustracje Marty Ruszkowskiej. Wyraziste, niezbyt kolorowe, zapadające w pamięć. Interesująca jest cała oprawa graficzna książki. Często zmienia się rodzaj i wielkość czcionki, to dodatkowo umila i uatrakcyjnia i tak już ciekawą lekturę. Czytając pierwsze strony myślałam, że to opowieść bardziej dla chłopaków. Sugerowała to postać głównego bohatera, ale po zapoznaniu się z całą historią uważam, że to książka dla wszystkich, którzy mają ochotę na interesującą lekturę, na niebanalną historię, która nie tylko bawi ale również skłania do refleksji. Lektura dla rówieśników Marka i dla równolatków jego rodziców. Oni również znajdą tu coś dla siebie...



Tabletki na dorosłość
Dorota Suwalska
ilustracje Marta Ruszkowska
Wydawnictwo ADAMADA, 2018
wiek 12+

piątek, 14 września 2018

Gra(my) w piątki: Polska Luxtorpeda. Odjazd (Egmont)

Ile gier macie w domu? Pewnie sporo. One w jakiś magiczny sposób mnożą się w domach, w których są dzieci. Potem zalegają na półkach i w szafkach. Czasem ktoś po nie sięgnie, zagra raz i znowu odkłada w kąt. Na perełki, w które można grać cały czas trafia się rzadko, ale i z perełkami jest pewien kłopot...

Polega on na tym, że po kilkudziesięciu rozgrywkach znamy na pamięć zasady, robimy wszystko, żeby uniknąć stawania na kłopotliwych polach, znamy odpowiedzi na wszystkie pytania pojawiające się w grze. Zabawa nadal jest dobra, ale jednak nie tak emocjonująca jak na początku. Wtedy każdemu przechodzi przez myśl pomysł, że byłoby dobrze, gdyby do takiej gry ktoś stworzył dodatkową talię pytań albo nieco zmodyfikował zasady. W naszych głowach ten pomysł pojawiał się często przy okazji gry w Polską Luxtorpedę (KLIK). To zdecydowanie jedna z ulubionych gier Tosi, chętnie po nią sięga i proponuje granie w nią wszystkim, którzy nas odwiedzają. My również bardzo ją lubimy i doceniamy, że jej autorzy tak zgrabnie połączyli w niej walor rozrywkowy z edukacyjnym. Początkowo graliśmy korzystając z kart z talii podstawowej, potem dołączyliśmy do niej talię z kartami dodatkowymi. W końcu opanowaliśmy symbole ze wszystkich kart i zabawa przestała być aż tak bardzo atrakcyjna, więc po grę sięgaliśmy nieco rzadziej. Aż do dnia, w którym dowiedzieliśmy się, ze wydawnictwo EGMONT planuje nową wersję tej gry. 


Znaleźć się w niej miały nowe karty, nowe kategorie i nowe ciekawostki dotyczące naszego kraju. Sama rozgrywka niewiele różni się od pierwszej wersji. To znaczy, że musimy rozłożyć na stole albo podłodze karty kategorii. Pod nimi kładziemy po jednej karcie obiektu. Pozostałe odkładamy na stosik obok. Wszyscy gracze (a tych musi być przynajmniej dwóch) starają się zapamiętać jakie karty obiektu znajdują się na stole. Następnie odwracamy je wszystkie i wyciągamy jedną kartę ze stosu. Gracze muszą jak najszybciej odgadnąć jaka karta z tej kategorii jest obecnie odwrócona. Kto pierwszy odgadnie zabiera tę kartę, a na jej miejsce kładzie kartę wyciągniętą przed chwilą ze stosu. Gramy tak długo aż odkryjemy wszystkie karty. Wygrywa oczywiście ten, kto zgromadził najwięcej kart.



W talii podstawowej znajduje się siedem kategorii:
  • grzyby,
  • owady,
  • sztuka ludowa,
  • wiersze dla dzieci,
  • drzewa,
  • zawody,
  • przysłowia.
Jest jeszcze talia dodatkowa (dla starszych lub nieco bardziej wprawionych graczy). W niej znajdziemy kolejne sześć kategorii:
  • wojsko,
  • wynalazki,
  • Polska w kosmosie,
  • literatura,
  • sąsiedzi,
  • piosenki
Są też, czego nie było w pierwszej wersji gry, karty z Luxtorpedą, dają one dodatkowy punkt, który podnosi ogólny wynik gracza przy końcowym liczeniu kart. 



Obiekty znajdujące się na kartach ściśle wiążą z polską historią, kulturą, przyrodą. W instrukcji gry znajduje się krótkie wyjaśnienie obiektów, które można na niej zobaczyć. Pierwsza wersja Polskiej Luxtorpedy pochłonęła nas na długi czas. Drugą dopiero poznajemy, ale już jesteśmy przekonani, że nadchodzącą jesień i zimę spędzimy właśnie z nią! Dzięki niej Tosia lepiej pozna polskie zwyczaje, polską historię i kulturę. Odkrywanie kolejnych kart stanie się świetną okazją do rozmów o polskich zwyczajach, krajobrazach, charakterystycznych miejscach i zjawiskach. Właśnie dlatego tak bardzo lubimy Polską Luxtorpedę. Z tą grą naprawdę nie można się nudzić! Z nią można, a nawet trzeba świetnie się bawić!





Polska Luxtorpeda. Odjazd
autor gry Rainer Knizia
ilustracje Robert Konrad
liczba graczy 2-8
czas gry 20 minut
wiek graczy 5-105 lat
EGMONT, 2018