"Wszechmrok" (Wydawnictwo Wilga)

Można czytać jedynie książki obyczajowe, można wybierać tylko literaturę faktu albo książki popularnonaukowe. Można wybierać jedynie książki fantasy albo biografie. Można. Tylko po co? Czy nie jest lepiej czytać książki reprezentujące różne gatunki? Zarówno, kiedy jest się dorosłym człowiekiem, jak i wtedy kiedy jest się dzieckiem. Z tą różnicą, że dzieciom trzeba pozwalać czytać różne gatunki literackie, trzeba odciąć się od własnych preferencji i uprzedzeń i zapoznawać je nawet z takimi książkami, które nam wydają się nieciekawe. Kto wie, może nasze dzieci, będą nimi zachwycone.


Gdybym ja wybierała książki dla Tosi patrząc jedynie na to, co sama lubię czytać, ona czytałaby jedynie reportaże, trochę biografii i powieści. Mnie naprawdę trudno zachęcić do przeczytania książki z elementami fantasy. Nie przeczytam kryminału. Oczywiście tego napisanego dla dorosłych, bo te adresowane do dzieci pochłaniam z Tosią na kilogramy. Z wspomnianymi wcześniej reprezentantami gatunku fantasy jest dokładnie tak samo. Czytamy je razem i każda z nas czerpie z tego przyjemność. Wszechmrok Abi Elphinstone to kolejna książka, która zachwyci i mamę, i córkę (syna i tatę być może również). To opowieść o świecie, w którym całkiem zwyczajni ludzie, robią rzeczy niezwykłe. Dzięki czemu? Dzięki sile charakteru, odwadze, dzięki bohaterstwu i otwartemu umysłowi. Główna bohaterka tej książki, dziewczynka o imieniu Plamka, chyba nawet nie podejrzewała siebie o takie wyjątkowe przymioty. Przez dotychczasowe jedenaście lat swojego życia była całkiem zwyczajną dziewczynką, niczym specjalnym się nie wyróżniała. Jednak to ona będzie musiała ratować Nieodkryte Królestwa. Region, w którym wszyscy wyczekują wyjątkowych wydarzeń, które mają niedługo nastąpić. Ale nie nastąpią. W ich świecie pojawi się zamiast tego harpia Morga. Ma ona tylko jeden cel - zagarnąć wszelką magię. Czy komuś uda się ją powstrzymać? Jedyna nadzieja w Plamce i jej towarzyszce małpce Bartolomeo. To one udadzą się do krainy Wszechmroku. Czy wrócą z niej szczęśliwie? Czy uratują swoją krainę? Tego dowiedzieć można się z książki.

Wszechmrok wciąga i fascynuje. To literacka uczta dla miłośników książek wypełnionych magią, pełnych ciekawych bohaterów, niebanalnych wydarzeń. Czy godnych naśladowania? Na to pytanie każdy musi sam sobie odpowiedzieć. Jednych na pewno naśladować warto, inni będą dla czytelników przestrogą. Pewne jest też to, że Wszechmrok żadnego czytelnika nie pozostawi obojętnym. Wszystkich zelektryzują opisywane wydarzenia, perypetie bohaterów. Będą się cieszyć ich sukcesami, będą się martwić, kiedy coś pójdzie nie tak. Nudzić przy czytaniu na pewno się nie będą.


Wszechmrok
Abi Elphinstone
tłumaczenie Agnieszka i Karol Stefańczykowie
Wydawnictwo Wilga 2020


"Tosia i przygoda na plaży" (Wydawnictwo Dwie Siostry)

Z Tosiami nie ma łatwego życia. Wiem o tym doskonale, bo z jedną mieszkam pod jednym dachem. Jak Tosie coś postanowią, to musi tak właśnie być. Wiem o tym nie tylko z własnego doświadczenia, ale również z wielu rozmów przeprowadzonych z rodzicami innych dziewczynek noszących to imię. Takich całkiem małych i tych już całkiem dorosłych. Rodzice tych ostatnich pocieszają mnie zawsze, że po niełatwych czasach dzieciństwa, przychodzi całkiem przyjemna dorosłość. I podobno z tych niesfornych Tosiek wyrastają wspaniałe Antoniny:)


Tosia, bohaterka książki Magdaleny Miecznickiej, również doskonale wie czego chce i lubi stawiać na swoim. Na przykład w czasie wakacji, zamiast cieszyć się czasem beztroski, stawia przed sobą zadanie naprawdę trudne do wykonania. Razem z swoimi najlepszymi przyjaciółkami postanawia, że latem będą zupełnie inne niż są normalnie. Tosia na całe lato rezygnuje ze swojej bujnej wyobraźni, nie będzie niczego ulepszać, upiększać i dopowiadać. Wszystko w tym czasie będzie dokładnie takie jak jest. Zadanie nie jest łatwe, dlatego zarówno Tosia, jak i jej przyjaciółki, trochę pozwalają sobie na bycie sobą. Robią to dzięki swoim notesom. Każda z nich zwykłym długopisem opisuje swoje "nowe" życie. W tym samym notesie, sympatycznym atramentem, mogą pisać to, co myślą naprawdę. Czy z tej możliwości korzystają? Tosia na pewno! Opisuje wszystko, co ją spotyka, czego doświadcza i to, co rodzi się w jej głowie. Wydarzeń do opisywania nie brakuje, bo dziewczynka trafia w sam środek zagadki kryminalnej do rozwiązania. Musi uratować kogoś, kto ma być porwany! Kogo? Tego początkowo nie wie, ale się dowie, bo nie byłaby sobą, gdyby nie rozwiązała kolejnej zagadki.





Skąd wiem, że kolejnej? Bo to nie jest pierwsza książka o przygodach Tosi, jaką miałyśmy przyjemność czytać. Po raz pierwszy spotkałyśmy tę bohaterkę jesienią zeszłego roku, kiedy próbowała rozwikłać zagadkę pewnego geodety (KLIK). Tym razem książka jest absolutnie wakacyjna, bo rzecz dzieje się nad morzem. Tam Tosia i jej bliscy spędzają wakacje. Tam dziewczynka poznaje nową koleżankę i razem z nią przeżywa wielką przygodę! Czytelnik może śledzić ich losy i świetnie się przy tym bawić. To doskonała lektura na lato i wakacje (nie tylko te spędzane nad morzem). Niebanalna historia, ciekawi bohaterowie, zaskakujące zwroty akcji i wspaniały humor. Za to polubiłyśmy tę historię jesienią. Teraz po raz kolejny chętnie spotkałyśmy tych bohaterów i świetnie bawiłyśmy się przy ich przygodach! Jeśli Wy ich jeszcze nie znacie i szukacie ciekawej lektury na lato, to gorąco rekomenduję Wam przygody Tosi. Miły czas (nie tylko na plaży) spędzony na lekturze gwarantowany!





Tosia i przygoda na plaży
Magdalena Miecznicka
ilustracje Weronika Tarka
Dwie Siostry 2020
wiek 6+


"Tru. Love story" (Wydawnictwo Media Rodzina)

Z książkami ilustrowanymi przez Emilię Dziubak jest tak, że nawet jeśli treść Was zawiedzie, to ilustracje zrekompensują wszystkie ewentualne braki. W tym przypadku historia nas nie zawiodła, więc oprawa graficzna stanowi jej najlepsze i najpiękniejsze uzupełnienie.




Zająca Tru poznaliśmy już cztery lata temu (KLIK). Historia szaraka-wynalazcy i konstruktora niezwykłych przyrządów ułatwiających życie od razu przypadła Tosi do gustu. Nie odkryła wtedy jeszcze jej drugiego dna, na którym znaleźć można było wątki będące nawiązaniem do naszej rzeczywistości. W drugiej części przygód Tru jest tak samo. Jego wojująca mama-feministka i aktywistka nie ustaje w swoich działaniach, nadal uczestniczy w różnych protestach i angażuje się w ważne społecznie akcje. Niestety, jej rodzinę dotykają szykany ze strony tych, którzy uważają się za prawdziwsze zające od innych. Wypisują oni obraźliwe hasła na domach tych, których uważają za gorszych od siebie. Sprawa jest poważna i smuci wszystkich tych, którzy są niesprawiedliwie oceniani przez innych. Mama Tru próbuje z tym walczyć. A co robi Tru? Nie mogę powiedzieć, że nie przejmuje się całą sytuacją, bo to nie byłaby prawda. Jednak nasz bohater ma dwa zmartwienia, które równie mocno zaprzątają jego głowę. Po pierwsze po uzyskaniu stypendium wynalazczego do głowy trochę uderzyła mu woda sodowa i nieco zaniedbał swój warsztat. Tworzenie nowych wynalazków nie jest dla niego takie łatwe i musi się bardzo wysilić, żeby stworzyć coś ciekawego, nowego i użytecznego. Po drugie, serce Tru zaczyna mocniej bić na widok Słodkiej Dzidzi. I to właśnie nowe uczucie, którego doświadcza Tru, ma ogromny wpływ na fabułę tej książki.




Po przeczytaniu drugiego tomu przygód zająca-wynalazcy nasze uczucia do niego nie tylko nie osłabły, ale jeszcze się wzmogły. Tru. Love story to opowieść dla wszystkich. Doskonała zabawa dla dzieci i dorosłych. Gratka dla tych, którzy lubią książki, przy których można się świetnie bawić. A także dla tych, którzy od książek oczekują czegoś więcej. Tych, którzy szukają lektur skłaniających do refleksji. Tru. Love story bawi i prowokuje do rozmyślań. O naszym świecie, bo choć bohaterami tej książki są zające, to ich przygody są bardzo bliskie temu, co dzieje się w naszym życiu. I nie mogę wspomnieć raz jeszcze o ilustracjach. Pięknych, klimatycznych i absolutnie wyjątkowych. Piękniejszego uzupełnienia przygody Tru wymarzyć sobie nie mogły!




Tru. Love story
Barbara Kosmowska
ilustracje Emilia Dziubak
Media Rodzina 2020

"Albercie, ty złodzieju!" (Wydawnictwo Zakamarki)

Uwielbiamy przypinać łatki innym ludziom. Bez wahania oceniamy ich, próbujemy klasyfikować i wartościować. Czy dobrze robimy? Najczęściej nie. Oceniamy pochopnie, przykładamy nieodpowiednie miary, wyciągamy niewłaściwe wnioski. Często robimy w ten sposób krzywdę innym. Jednocześnie zupełnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak swoim zachowaniem ranimy innych. Świadomie lub nie tego samego uczymy nasze dzieci. Nie przejmujemy się do czasu, kiedy to one oceniają innych. Zupełnie inaczej podchodzimy do sytuacji, kiedy to nasze dzieci są oceniane przez innych, kiedy ktoś przypina im łatki, ocenia i w ten sposób bardzo rani.


Albertowi również przypięto łatkę. Uznano go za złodzieja. Oskarżono o kradzież klucza. On dobrze wie, że tego nie zrobił. Koleżanki i koledzy mają pewność, że to właśnie on jest odpowiedzialny za zniknięcie klucza. Słowo przeciwko słowu. Może próbować się bronić, jednak jego tłumaczenia nikogo nie interesują. Nie ma klucza, Albert widział go jako jeden z ostatnich, więc to on musi być odpowiedzialny za jego zniknięcie. Chłopiec jest zły, smutny i coraz bardziej zrezygnowany. Ma wrażenie, że wszyscy, którzy go otaczają myślą o nim jak o złodzieju. Nawet, kiedy klucz zostanie już znaleziony, on ciągle nie czuje się dobrze, ma przekonanie, że są tacy, dla których nadal jest złodziejem.



Albercie, ty złodzieju! to książka, która budzi w czytelnikach duże emocje. Patrząc na tytuł byłam pewna, że będzie to opowieść uświadamiająca dzieciom, że nie można kraść. Myliłam się, bo podejmuje ona temat nie tyle kradzieży, co niesłusznych oskarżeń i zbyt pochopnego oceniania. Myślę, że prędzej czy później ten problem dotknie (niestety) każdego dziecka, więc warto o tej książce pamiętać. Czytelnicy szybko zidentyfikują się z głównym bohaterem opowieści, podzielą i zrozumieją jego emocje. 



Do tej pory serię książek o Albercie Albertsonie znałam tylko z widzenia. Tosia jest już na nią trochę za duża, mimo to przeczytała tę książkę z zainteresowaniem. Mam nadzieję, że dzięki temu nigdy nie będzie zachowywać jak koledzy Alberta. Czy nigdy nie poczuje się jak Albert? Tego nie wiem, mogę jedynie apelować do wszystkich rodziców, żeby przeczytali tę książkę swoim dzieciom. Dzięki temu świat, w którym wzrastają i żyją nasze pociechy może być lepszy i szczęśliwszy. A o to przecież nam wszystkim chodzi, prawda?



Albercie, ty złodzieju!
 Gunilla Bergstorm
tłumaczenie Katarzyna Skalska
Zakamarki 2019

"Teatr niewidzialnych dzieci" (Instytut Wydawniczy Latarnik)

Lato w pełni, upał nie do wytrzymania, a my czytamy książkę, z której wieje chłodem. Tytuł książki był mi znany od dawna, ale wydawało mi się, że jest to lektura dla Tosi zdecydowanie za trudna, więc wstrzymywałam się z jej kupowaniem. Aż do dnia, w którym, w czasie wirtualnego spotkania autorskiego, jej fragmenty przeczytał autor, czyli bardzo przez nas lubiany Marcin Szczygielski. Historia wydała się Tosi na tyle interesująca, że od razu chciała przeczytać całość. Przeczytałyśmy ją razem i odbyłyśmy dzięki niej niezwykłą podróż w czasie.



Moje wspomnienia z lat 80. są blade i nieliczne. Urodziłam się dokładnie w ich połowie, więc choć pamiętam jak moja mama robiła zakupy używając do tego kartek i mam przebłyski z wyborów z 1989 roku, to narodzin "Solidarności" i stanu wojennego pamiętać nie mam prawa. Właśnie te wydarzenia są tłem opowieści snutej przez Marcina Szczygielskiego w Teatrze niewidzialnych dzieci. Głównym bohaterem jest Michał. Rodzice chłopca zmarli, kiedy był mały, przez jakiś czas opiekowała się nim babcia. Po jej śmierci Michał trafił do domu dziecka. Miejsce, w którym mieszka jest ogromne i mało przytulne. Grupy są duże, wszystkie dzieci z jednej grupy mieszkają w tym samym pokoju. Trudno tu o prywatność, wszystko dzieje się według ustalonego planu. Chłopiec jest bardzo wrażliwy i często wykazuje się dużą empatią w stosunku do innych. Uczy się przeciętnie, nie ma jednak problemów z przechodzeniem do kolejnych klas, a najlepsze oceny ma z języka polskiego. Lubi pisać wypracowania i nauczycielka bardzo często chwali go za to, co napisał. Ma w "Młodym Lesie" (tak nazywa się dom dziecka, w którym mieszka) jednego bardzo dobrego kolegę. Kiwaczek nie chodzi do szkoły, bo jest opóźniony w rozwoju i ma indywidualną ścieżkę nauczania. Drugą bliską chłopcu osobą jest jedna z wychowawczyń. Ciocia Jola bardzo lubi Michała, a Michał tę sympatię odwzajemnia. Niestety, pewnego dnia okazuje się, że i ciocia Jola, i Kiwaczek odeszli z "Młodego Lasu". Ona rozpoczęła pracę w innym domu dziecka, on wrócił do matki. Michał nie akceptuje tej sytuacji, zamyka się w sobie i przechodzi załamanie nerwowe. Z pomocą przychodzi mu ciocia Jola, której los chłopaka nie jest obojętny. Załatwia mu miejsce w, prowadzonym przez jej koleżankę Lucynę, domu dziecka "Dębowy Las". Michał przenosi się ze Śląska w okolice Lublina i trafia do miejsca, które od "Młodego Lasu" różni wszystko. Mieszka w nim niewielu wychowanków, każdy ma swój własny pokój, a z opiekunami łączą ich bardzo przyjacielskie relacje. Michał niedługo jest najmłodszym stażem mieszkańcem "Dębowego Lasu", wkrótce po nim pojawia się tam Sylwia. Charakterna, ciekawa, barwna postać, która na zawsze zmieni życia Michała. Dziewczyna zacznie przygotowywać bożonarodzeniowe przedstawienie, zamarzy jej się, że zobaczą je nie tylko osoby zaprzyjaźnione z "Dębowym Lasem", ale także mieszkańcy Lublina. Niestety, premiera nie dojdzie do skutku. Zaplanowano ją na 13 grudnia 1981 roku. W nocy zniknie ciocia Lucyna (prawdopodobnie została aresztowana za działalność opozycyjną), dzieci zostaną same... Sylwia nie zgodzi się na odwołanie premiery i namówi całą grupę na to, żeby ruszyli do Lublina i wystawili spektakl na jednym z tamtejszych placów. To, co tam się stanie zmieni życie wszystkich mieszkańców "Dębowego Lasu".






Zdradziłam Wam sporo elementów fabuły, ale to i tak niewielka część tego, co znajdziecie w tej książce. Teatr niewidzialnych dzieci to niesamowita książka o czasach, których nie tylko nie znają nasze dzieci, ale i których często my nie pamiętamy. Lata 80. kolejki w sklepach, wspomnienia epoki Edwarda Gierka, rządy Wojciecha Jaruzelskiego, "Solidarność", stan wojenny. Bohaterowie tamtych czasów. Lech Wałęsa i uwielbiany przez Michała Mirosław Hermaszewski. Nazwiska ich wszystkich pojawiają się na stronach książki Marcina Szczygielskiego. Są samochody jeżdżące po polskich drogach na początku lat 80., są podziemne gazety i ludzie zaangażowani w działalność opozycyjną. To wszystko składa się na fascynująca opowieść o czasach, które minęły, ale o których nie można zapominać. Teatr niewidzialnych dzieci w naszym domu stał się pretekstem do długich rozmów o historii Polski. W ten sposób stała się jedną z najważniejszych książek przeczytanych przez nas nie tylko w tym roku, ale w ogóle przez nas przeczytanych!




Teatr niewidzialnych dzieci
Marcin Szczygielski
Instytut Wydawniczy Latarnik 2016
wiek 9+

"Kiedy nie możemy się przytulić" (Wydawnictwo Mamania)

Pamiętacie jeszcze, co działo się w marcu tego roku? Jak bardzo zmieniło się nasze życie? Jak mocno musieliśmy wszystko przeorganizować? Ja coraz częściej mam wrażenie, że już nie pamiętamy. Jakieś ograniczenia niby wciąż obowiązują, ale ludzie coraz rzadziej ich przestrzegają i wszystko, znacznie szybciej niż mogliśmy podejrzewać, wraca do normy. A jeszcze niedawno wszystko było inaczej. Nie odwiedzaliśmy bliskich, nie chodziliśmy na zakupy. Przestaliśmy jeździć nie tylko po świecie, ale również po najbliższej okolicy. Przestaliśmy się przytulać. Nie mogliśmy tego robić, jeśli chcieliśmy chronić naszych bliskich.


Bohaterowie książki Eoin McLaughlin też nie mogli się przytulać. Mieli pełną świadomość, że w ten sposób okazują sobie uczucia. Niestety, musieli znaleźć inne sposoby, bo tego najprostszego nie mogli wykorzystać. Dlatego zaczęli do siebie machać i obdarzać się uśmiechami. Robili zabawne miny, które wywoływały uśmiech na twarzy przyjaciela. Śpiewali dla siebie, wysyłali sobie buziaki, malowali obrazki. Robili naprawdę wiele, żeby żaden z nich nie poczuł się niekochany. I nie czuł, bo okazywanie sobie uczuć to nie tylko przytulanie. Nie trzeba być bardzo blisko siebie, nie trzeba być razem, żeby być czyimś przyjacielem, żeby dawać komuś radość, spokój i szczęście.





Zakończenie roku szkolnego często oznacza zmiany. Przeprowadzamy się, nasze dzieci zmieniają szkoły albo przedszkola. Czasem na końcu pewnego etapu edukacji rozchodzą się drogi naszych dzieci i ich najlepszych koleżanek i kolegów. Czy da się je utrzymać? Czy pójście do innych szkół oznacza ich definitywne zakończenie? Bywa różnie. Żeby przyjaźnić się na odległość trzeba przyjaźń bardzo szanować i każdego dnia troszczyć się o jej rozwój. Ta książka tego uczy, pokazuje jak być razem, kiedy nie można być blisko. Żółw i Jeż co prawda się widzieli, ale ich przygody i sposoby na utrzymanie przyjaźni, można przełożyć na własne życie. Ta książka to doskonały prezent dla wszystkich dzieci, które dotknęła rozłąka z przyjacielem. Będzie to jednak dobra i wartościowa lektura dla tych, którzy na razie tego nie doświadczyli. Jeż i Żółw dają piękny przykład i warto ich naśladować!





Kiedy nie możemy się przytulić
Eoin McLaughlin
ilustracje Polly Dunbar
tłumaczenie Zofia Raczek
Mamania 2020


"Dziewczynka, która wypiła księżyc" (Wydawnictwo Literackie)

Tosia zapytała mnie ostatnio, czy zauważyłam, że czytamy coraz więcej książek, w których w ogóle nie ma ilustracji. Zauważyłam, bo trudno byłoby tego nie zauważyć. Może nie była to jakaś wielka rewolucja, dochodziłyśmy do takiego stanu przez jakiś czas. Teraz cieszą nas długie powieści, w których historia rozwija się powoli, opisy są długie, fascynujące i pobudzające wyobraźnię.


Taką książką jest Dziewczynka, która wypiła księżyc Kelly Barnhill. Wiem, że nie jest to nowość i może wielu z Was już ją zna. Ja jej okładkę znam od dawna, wiedziałam (z grubsza) o czym opowiada. Tosi okładka i tytuł również nie były obce, sama kilkukrotnie pytała mnie, czy możemy ją kupić. W końcu kupiłyśmy i szybko zabrałyśmy się do wspólnej lektury. Pierwsze rozdziały wpędziły mnie w pewne zakłopotanie. Opisy wydawały mi się zbyt rozbudowane, a historia nieco za ciężka, jak dla Tosi. Okazało się jednak, że nie do końca zna moje dziecko, bo jej opowieść o czarownicy Xan, mieszkającym z nią smoku i potworze z bagna błyskawicznie przypadła do gustu. Zainteresowała ją tytułowa bohaterka, nie znudziła nawet opowieść o specyficznym, rządzony twardą ręką i fałszywymi opowieściami społeczeństwie. Wszystko opiera się na podaniu, które mówi, że raz w roku, mieszkańcy Protektoratu, muszą zanieść najmłodsze spośród dzieci do lasu i tam zostawić. Zabierze je wiedźma. Nikt nie wie, co dokładnie zrobi z tym dzieckiem, ale pewne jest to, że nikt więcej go nie zobaczy. Świadkiem jednej z takich procesji w kierunku lasu jest Antain. Świadkiem i uczestnikiem, bo chłopak urodził się w rodzinie, z której pochodzą rządzący Protektoratem. Uczestniczył w niej raz i to wydarzenie położyło się cieniem na całym jego życiu. Nie mógł wymazać z pamięci zrozpaczonej matki, która musiała oddać córkę. Co stało się z dzieckiem? Tą konkretną dziewczynką zaopiekowała się wiedźma. Nie zrobiła z nią tego, co ze wszystkimi innymi. Nie zdradzę, co robiła do tej pory, ale żadnemu z nich nie stała się krzywda. Wiedźma Xan zaopiekowała się Luną, bo przez przypadek nakarmiła ją światłem księżyca. W ten sposób dziewczynka zyskała magiczną moc. Wiedźma musiała zająć się jej wychowaniem, bo magia w rękach dziecka bywa bardzo niebezpieczna...

Niebezpieczeństw i tajemniczych wątków jest w tej książce znacznie więcej. Przeplatają się w niej opowieści o małej Lunie, wiedźmie Xan, o chłopcu, który nie mógł zapomnieć i kobiecie, która oszalała z rozpaczy. Ich losy już kiedyś się splotły, czy splotą się ponownie? Czy Antain, który jako dorosły mężczyzna, będzie musiał sam oddać własne dziecko dokona zmiany? Czy odmieni los całego miasta? Co stanie się z wiedźmą, która z dnia na dzień jest coraz słabsza? Jaka przyszłość czeka kobietę zamkniętą w wieży? Pytania się mnożą. Odpowiedzi pojawiają się powoli. I dobrze, bo dzięki temu można się tą powieścią delektować. Każda strona to uczta dla młodych miłośników literatury fantasy. Zachwyci wszystkich, którzy w książkach szukają magii, zagadki i tajemnicy. Coś dla siebie znajdą tu także ci, którzy lubią odnosić to, o czym czytają do otaczającej ich rzeczywistości. Punktów wspólnych między światem Protektoratu a naszą codziennością jest wiele. Dzieci mogą ich jeszcze nie dostrzec, ale dorośli wyłapią je bardzo szybko. Dzięki temu przyjemność z czytania tej książki czerpią całe rodziny. Ze wspólnego czytania, a potem długich rozmów na temat opisanych w niej wydarzeń. Nam czytanie i rozmawianie o tej książce sprawiło taką samą przyjemność.

Dziewczynka, która wypiła księżyc
Kelly Barnhill
tłumaczenie Marta Kisiel-Małecka
Wydawnictwo Literackie 2018

"Brygada Brawurowych Kur tom 1" (Wydawnictwo Akapit Press)

Czy kogoś początek wakacji może napawać smutkiem? Czy ktoś cierpi z powodu wakacyjnej chandry? Tosia trochę narzeka, że lekcje się skończyły, musimy więc szukać sposobów na ukojenie smutku. Oprócz lodów i miski pełnej truskawek, zawsze dobrze sprawdzają się książki! Ta, którą przedstawię dziś, to najlepszy poprawiacz humoru, na jaki trafiliśmy w ciągu ostatnich kilku miesięcy.


Ze względu na głównych bohaterów podchodziłam do książki Adama Skrodzkiego bardzo ostrożnie. Tak, boję się ptaków tak bardzo, że nawet, kiedy wybieram książki dla własnego dziecka, unikam często tych, których bohaterowie mają skrzydła i dzioby. Tę przeczytałam, zaśmiewałam się do łez i pokochałam jej bohaterów mimo oczywistych wad wynikających z ich pochodzenia. Tym kurom nie można się oprzeć. Nie można im się oprzeć i trudno im odmówić. Czego dokładnie? Wszystkiego! Te kury zawsze osiągają to, co chcą. Najpierw zaczepiają dziesięcioletniego Daniela. Chcą uczynić go swoim wspólnikiem. Kury potrzebują dowodów osobistych i chłopiec ma im w tym pomóc. Wyobrażacie sobie absurdalność całej tej sytuacji? Miejscowy burmistrz nie chce wydać ptakom dowodów osobistych, z powodów dla wszystkich (oprócz samych kur) jasnych i oczywistych. Zwierzęta jednak są zdeterminowane i domagają się kontaktu z prezydentem kraju, który komentuje ich prośbę jednym krótkim zdaniem, które sami musicie odnaleźć w książce. Nie wiedzieć jakim cudownym zrządzeniem losu, ptakom udaje się uzyskać dokumenty i od tej chwili wszystko się zaczyna! Brygada Brawurowych Kur (bo tak nazywa się ich grupa) postanawia wynająć mieszkanie, a potem zarejestrować i rozpocząć oficjalnie działalność gospodarczą! Będą zajmować szeroko pojętą ochroną. Co z tego wyniknie? Niemałe zamieszanie i mnóstwo dobrej zabawy dla czytelników!




Dawno nie śmiałyśmy się tak przy żadnej książce. Brygada Brawurowych Kur sprawia, że uśmiech nie schodzi z ust czytelników. Po każdym przezabawnym wydarzeniu przychodzi kolejne, które jest jeszcze zabawniejsze. Jeśli kogoś dopada wakacyjna chandra, to ta książka na pewno ją przegoni. Niczego zabawniejszego na pewno latem nie przeczytacie. Książka Adama Skrodzkiego jest szalona, jak najbardziej szalone wakacje, jak najbardziej szalone sny albo totalnie zwariowane wygłupy. Tego oblicza kur na pewno nie znaliście i na pewno nie znajdziecie jego opisu nigdzie indziej. Tylko tu kury są tak oryginalne i charakterne! I bardzo cieszy nas fakt, że ta książka jest początkiem całej serii. Ciekawe, co Brygada wymyśli następnym razem!




Brygada Brawurowych Kur tom 1
Adam Skrodzki
ilustracje Kasia Cerazy
Akapit Press 2020