środa, 19 września 2018

"Czytam sobie z bakcylem" nowa seria wydawnictwa Egmont

W naszym domu pojawiła się ostatnio nowa kategoria książek. Były już takie do czytania w podróży, takie, które można wrzucić do torebki i wziąć ze sobą do lekarza. Były książki do czytania tylko przed snem i takie, które najlepiej czyta się w ciągu dnia. Czytałyśmy je wspólnie, trochę ja, trochę Tosia. Teraz podział jest inny, a ja straciłam prawo do czytania jej niektórych tytułów. 


Zastanawiałam się, co zrobimy, kiedy Tosia wyrośnie z serii "Czytam sobie". Te książki są z nami tak długo, że nie potrafiłam wyobrazić sobie rozstania z nimi. Najpierw ja czytałam je Tosi, potem czytałyśmy je razem, w poprzednim roku szkolnym wypożyczała je ze szkolnej biblioteki i czytała sama. Pochłaniała (i pochłania je nadal) w szaleńczym tempie. Widać, że bardzo pociąga ją ich różnorodność, że lubi te historie, że podoba jej się szata graficzna serii. Do ich czytania nigdy nie trzeba było jej zachęcać, ale wszystko, co dobre szybko się kończy. Co prawda z poziomu trzeciego ma do przeczytania jeszcze wiele tytułów, ale co potem? Długo zadawałam sobie to pytanie. Autorzy i ilustratorzy tworzący serię "Czytam sobie" gwarantowali (i gwarantują), że będzie to naprawdę wartościowa i interesująca lektura. Kilka tygodni temu okazało się jednak, że nie mam się czym martwić. Wydawnictwo Egmont przygotowało kolejny poziom serii "Czytam sobie", tym razem adresowany do wprawionych czytelników, którzy opanowali już trzeci poziom serii i rozglądają się za kolejnymi, nieco dłuższymi lekturami.

Ukazały się na razie dwa pierwsze tomy. Jeden z nich ma niewiele ponad sto, a drugi sto pięćdziesiąt stron, więc naprawdę je co czytać. Format serii "Czytam sobie" został zachowany. Zachowano również dobór autorów i ilustratorów. Autorkami pierwszych dwóch książek są Zofia Stanecka i Katarzyna Kozłowska. Ilustracje przygotowały Agnieszka Surma i Agnieszka Żelewska. Co wyszło spod ich rąk? Dwie bardzo różne historie, które łączy to, co najważniejsze! Świetnie się je czyta. Pierwsza historia autorstwa Zofii Staneckiej to opowieść o Bratku i Ziutku. Chłopcy uczą się w tej samej klasie i są dobrymi przyjaciółmi. Kiedy ich poznajemy w ich szkole zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Ktoś moczy kredę, topi gąbkę w śmierdzącej wodzie. Niepokojące rzeczy dzieją się również w szatni, gdzie zaczynają ginąć worki i buty. Trop prowadzi do piwnicy, ale osoba, którą chłopcy tam odnajdują jest chyba najmniej spodziewaną z tych, które w szkole mogliby spotkać. W piwnicy ukrywa się syrena! Jak się tam znalazła? Pomogła jej mieszkająca pod wodą wiedźma. Cena była wysoka, ale syrenka tak bardzo marzyła o tym, żeby zagrać w piłkę nożną, że była gotowa na każde poświęcenie. I tak trafiła na powierzchnię. Jednak pierwsze dni pobytu poza wodą nie były łatwe, syrena potrzebowała pomocy. Tę otrzymała od Bratka, Ziutka i ich sióstr. Co takiego wymyślą dzieci? Jak pomogą syrenie? I czy ich nowa koleżanka już na zawsze zamieszka na powierzchni? Odpowiedzi na te pytania kryje w sobie Tajemnica namokniętej gąbki.





Bohaterem drugiej książki jest kot! Nie jest to jednak zwyczajny dachowiec, ale najprawdziwszy koci celebryta. Maurizio przeżywa właśnie największy kryzys w swoim życiu. Od kilku dni nosi okulary, musi to robić, bo ma problemy ze wzrokiem, ale najgorsze dopiero przed nim. Okulary na nosie Maurizia zauważyli paparazzi. Kot musi zniknąć, w innym wypadku wścibscy fotoreporterzy nie dadzą mu żyć i ośmieszą w mediach. Najlepszą kryjówką okazuje się schronisko dla zwierząt. Cóż, nie jest to wymarzone miejsce dla celebryty, ale kiedy nic lepszego nie przychodzi nikomu do głowy, trzeba się chwycić tego. Pobyt w schronisku okazuje się dla Maurizia szansą na zawarcie nowych znajomości, ale również szkołą życia, bo tylu przygód nie przeżył jeszcze nigdy... A przy okazji w zupełnie inny sposób spojrzy na to czego do tej pory doświadczył. Do jakich wniosków dojdzie? Sprawdźcie w przezabawnej, a jednocześnie skłaniającej do refleksji książce Katarzyny Kozłowskiej Maurizio. Kot w okularach.





Dwa pierwsze tomy "Czytam sobie z bakcylem" gwarantują, że przed młodymi czytelnikami wspaniałe przygody czytelnicze. Dwie świetnie napisane wciągające historie. Nie brakuje w nich humoru, sporo w nich wydarzeń skłaniających do refleksji. Dzieci czytając te książki na pewno będą się świetnie bawić. Przy okazji na pewno wzrośnie ich miłość do czytania. Zarówno u chłopców, jak i u dziewczynek, bo są to opowieści bardzo uniwersalne. Syrena przyjaźni się z chłopakami, a koty? Koty lubią wszyscy!Te książki to doskonały pomysł na nagrodę w szkolnym konkursie, na prezent urodzinowy. Krótkie rozdziały, mnogość ilustracji w połączeniu z interesującymi historiami, które na pewno nie przytłoczą młodego czytelnika. Tego oczekujecie od książek dla nieco starszych dzieci? Tu to wszystko znajdziecie!

"Czytam sobie z bakcylem"

Tajemnica namokniętej gąbki
Zofia Stanecka
ilustracje Agnieszka Surma 

Maurizio. Kot w okularach
Katarzyna Kozłowska
ilustracje Agnieszka Żelewska

Wydawnictwo Egmont, 2018 


wtorek, 18 września 2018

Widnokrąg i książki dla przedszkolaków!

Nie jestem zwolenniczką ciągłego mówienia do niemowlaków. Nie urządzałam sobie z Tosią wielogodzinnych pogaduszek, w których stroną mówiącą byłam ja. Oczywiście, zagadywałam ją na spacerach i w trakcie codziennych czynności, ale o długich monologach nie było mowy. Co innego, kiedy miałam w ręce książkę, czytać mogłam (i nadal mogę) jej godzinami... Bo o ile monologi o gotowaniu zupy wydawały mi się bezcelowe, to w mówieniu o książkach i pokazywaniu jej ilustracji sens widziałam. I widzę nadal!


Zwłaszcza, kiedy w moje ręce trafiają książki podobne do tych. Trzy kartonowe nowości z wydawnictwa Widnokrąg. Dwa trzy cztery to kontynuacja lubianej przez wielu serii "Raz, dwa, trzy". Pierwsze tomy rozwijały wzrok, słuch i mowę. Te pokazują otaczający nas świat i uczą przez zabawę. Najpierw Joanna Bartosik zabierze najmłodszych na spacer. Będą przyglądać się kwitnącym kwiatom i kretom wyglądającym ze swoich kopców, zajrzą na plac zabaw i na wybieg dla psów. Odwiedzą sklep mięsny i stragan z owocami. Zajrzą na dworzec, odwiedzą kino i bibliotekę. Na jednej z rozkładówek zobaczą nawet cmentarz i groby, które ludzi przygotowują na dzień Wszystkich Świętych. Nie ma w tej książce ani jednego słowa, mimo to przygód nie brakuje. O tym, co dzieje się na tych obrazkach można opowiadać godzinami! Można na ich podstawie tworzyć własne historie, bo inspiracji ta niewielka książeczka dostarcza naprawdę wielu.




Jednak książki Joanny Bartosik nie tylko rozwijają wyobraźnię, ale również uczą. Czego? Liter i liczb! Robi to w bardzo interesujący i atrakcyjny dla małych czytelników sposób. Na przykład w książce o liczbach spodziewałam się znaleźć na każdej stronie kolejne liczby. Zdziwiłam się, kiedy okazało się, że liczby są przypadkowo rozsiane po całej książce. Trzeba dokładnie przyjrzeć się ilustracjom i wyszukać na nich różne liczby. Gdzie one się ukryły? Na drzwiach domów, na tablicach rejestracyjnych samochodów, na przyciskach w windzie i na koszulkach zawodników drużyny siatkarskiej. Dzieci muszą je odnaleźć, dzięki temu uświadamiają sobie, że liczby są wokół nas, że możemy spotkać je na każdym kroku. 




Otaczają nas również litery. Książka o nich wygląda jednak klasycznie. Każdą stronę poświęcono jednej literze. Są na nich więc akrobatka Agata i brzuchate bobry, jest flaming, który wącha fiołki i leniwy lis. Na innym obrazku motyl macha do muchy, jest również taki, na którym ryba rozmawia z robakiem. Tak więc koncept pozornie wydaje się dość klasyczny, ale kiedy przyjrzymy się książce bliżej od razu zauważymy, że każda litera została opisana dokładniej, niż jednym rozpoczynającym się nią wyrazem. Słowa pojawiające się w książce są niebanalne, niektóre są rzadko spotykane, a to znakomicie wzbogaca słownictwo małych czytelników. 




Książki ze sztywnymi kartkami pojawiają się w naszym domu rzadko. Tosia jest już duża, małych dzieci w rodzinie mamy coraz mniej, nie mamy ich dla kogo kupować. Są jednak takie książki, które chcę mieć i zostawiać dla wnuków;) Te zdecydowanie się do nich zaliczają. Ba! One zachwycą nie tylko niemowlaka i przedszkolaka. One spodobały się nawet Tosi. Byłam zdziwiona tym, jak długo je oglądała i jak pozytywne emocje u niej wzbudziły. Jeśli siedmiolatka piszczała z zachwytu i zaśmiewała się do łez, to co zrobi czterolatek, a może nawet jego nieco młodszy kolega? A oni nie tylko będą się przy tych książkach dobrze bawić, ale również czegoś się z nich nauczą. Takie oczekiwania stawiają książkom rodzice, a ta seria je spełnia. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami!


Dwa, trzy, cztery - wspólne spacery
Dwa, trzy, cztery - cyfry i numery   
Dwa, trzy, cztery - słowa i litery

Joanna Bartosik
Wydawnictwo Widnokrąg, 2018
wiek 4+ 

poniedziałek, 17 września 2018

"Tabletki na dorosłość" (Wydawnictwo Adamada)

Tak to już jest, że dzieci marzą o tym, żeby jak najszybciej dorosnąć. Dorośli nie muszą chodzić do szkoły, nie muszą nikogo prosić o pieniądze. Dorośli o wszystkim decydują sami, jeśli nie chcą czegoś robić, to nie muszą. Jeśli nie chcą z kimś rozmawiać, to po prostu nie rozmawiają. Dzieci są przekonane, że dorosłość wygląda właśnie tak. Dorośli próbują ich wyprowadzać z błędu, ale rzadko bywają wysłuchani.


Marek, uczeń siódmej klasy szkoły podstawowej, dorosłości nie mógł się doczekać. Marzył o tym, żeby przestał mu dokuczać klasowy osiłek, żeby rodzice mieli mniejszy wpływ na jego życie (oraz żeby ojciec, podstarzały rockman, w końcu dojrzał) i, żeby zakochała się w nim dużo starsza od niego dziewczyna. Nie wiedział jednak jak mógłby to zrobić, pozostało więc jedynie niecierpliwe oczekiwanie. Czekając na dorosłość Marek postanowił założyć bloga. Wymyślił sobie, że stworzy tak dobry internetowy pamiętnik, że wkrótce zostanie on nagrodzony tytułem "Blogaska roku". Tak się jednak nie stało. Wejść na stronę było niewiele, komentarzy również. Niewiele brakowało, a Marek przestałby pisać, jednak pewnego dnia jego wpis skomentował Magik. Komentarz był dość enigmatyczny, ale jego autor proponował Markowi zamówienie "tabletek na dorosłość". Chłopak nie wiedział o co chodzi, nie miał ochoty kontaktować się z Magikiem. To doradzali mu również jego koledzy, skąd przecież mogli wiedzieć kim jest Magik i jakie ma zamiary. Jednak w ostatnim dniu dostępności tajemniczych tabletek w Marku coś pękło, chłopak postanowił skorzystać z propozycji Magika i kupić pastylki, które miały zapewnić mu dorosłość. 



Marek nie do końca wierzył w to, że połknięcie otrzymanych od Magika tabletek może sprawić, że stanie się dorosły. Wiedział jednak, że jeśli ich nie połknie może tego żałować do końca życia. Ich działanie postanowił wypróbować na psie nielubianego kolegi, kiedy już poznał ich działanie, mógł połknąć swoją porcję. Tak naprawdę nie wiedział ile tabletek powinien wziąć, ulotka sugerowała jedną, chłopak dostał dwie. Pół oddał psu, zostało mu półtora... Czy to nie za dużo? Być może, ale dzięki temu tabletka powinna działać dłużej. W końcu połknął wszystko co miał. Nic się jednak nie stało, nie nastąpiły żadne spektakularne zmiany. Okazało się jednak, że musiał po prostu trochę odczekać. Marek stał się dorosły, ale nie do końca wiedział jak tę dorosłość wykorzystać. Wkrótce miało się jednak okazać, że nie to jest jego największym zmartwieniem. Chłopak wziął za dużo tabletek i musiał ponieść konsekwencje ich przedawkowania. A te okazały się nieprzewidywalne. Marek zmieniał się w dorosłego w najmniej oczekiwanych momentach. Musiał uciekać z klasy, chować się w krzakach i cały czas nosić ze sobą zapasowe ubrania. Nie wiedział jak wyplątać się z całej sytuacji, Magik wciągnął go w jakąś tajemniczą grę...

Z tego zaczęły się rodzić nowe wpisy na blogu Marka. Chłopak opisywał w nich swoje życie i problemy, które dotknęły go po zażyciu tabletek. Nadał tam sobie inne imię, ale jeśli ktoś wiedziałby o jego problemach i znał relacje łączące go z rówieśnikami, mógłby go bez kłopotów zdemaskować. Jednak koledzy komentowali tak, jak byłaby to najlepsza powieść fantastyczna, jaką mieli okazję czytać. A Marek? Marek zyskał w ten sposób szansę na kontaktowanie się z Magikiem. Ten jednak zamiast dać mu jednoznaczną odpowiedź i poradzić, co powinien zrobić, wciągnął go w dziwną grę...

Przeczytałam tę książkę z ogromnym zainteresowaniem. Zaskoczył mnie pomysł na połączenie rzeczywistości z baśniową opowieścią o tajemniczych tabletkach, które zmieniły nastolatka w dorosłego. Wciągnął mnie pomysł na połączenie opowieści fabularnej z blogiem pisanym przez nastolatka oraz komentarzami umieszczanymi na nim przez czytelników. Zachwyciły mnie ilustracje Marty Ruszkowskiej. Wyraziste, niezbyt kolorowe, zapadające w pamięć. Interesująca jest cała oprawa graficzna książki. Często zmienia się rodzaj i wielkość czcionki, to dodatkowo umila i uatrakcyjnia i tak już ciekawą lekturę. Czytając pierwsze strony myślałam, że to opowieść bardziej dla chłopaków. Sugerowała to postać głównego bohatera, ale po zapoznaniu się z całą historią uważam, że to książka dla wszystkich, którzy mają ochotę na interesującą lekturę, na niebanalną historię, która nie tylko bawi ale również skłania do refleksji. Lektura dla rówieśników Marka i dla równolatków jego rodziców. Oni również znajdą tu coś dla siebie...



Tabletki na dorosłość
Dorota Suwalska
ilustracje Marta Ruszkowska
Wydawnictwo ADAMADA, 2018
wiek 12+

piątek, 14 września 2018

Gra(my) w piątki: Polska Luxtorpeda. Odjazd (Egmont)

Ile gier macie w domu? Pewnie sporo. One w jakiś magiczny sposób mnożą się w domach, w których są dzieci. Potem zalegają na półkach i w szafkach. Czasem ktoś po nie sięgnie, zagra raz i znowu odkłada w kąt. Na perełki, w które można grać cały czas trafia się rzadko, ale i z perełkami jest pewien kłopot...

Polega on na tym, że po kilkudziesięciu rozgrywkach znamy na pamięć zasady, robimy wszystko, żeby uniknąć stawania na kłopotliwych polach, znamy odpowiedzi na wszystkie pytania pojawiające się w grze. Zabawa nadal jest dobra, ale jednak nie tak emocjonująca jak na początku. Wtedy każdemu przechodzi przez myśl pomysł, że byłoby dobrze, gdyby do takiej gry ktoś stworzył dodatkową talię pytań albo nieco zmodyfikował zasady. W naszych głowach ten pomysł pojawiał się często przy okazji gry w Polską Luxtorpedę (KLIK). To zdecydowanie jedna z ulubionych gier Tosi, chętnie po nią sięga i proponuje granie w nią wszystkim, którzy nas odwiedzają. My również bardzo ją lubimy i doceniamy, że jej autorzy tak zgrabnie połączyli w niej walor rozrywkowy z edukacyjnym. Początkowo graliśmy korzystając z kart z talii podstawowej, potem dołączyliśmy do niej talię z kartami dodatkowymi. W końcu opanowaliśmy symbole ze wszystkich kart i zabawa przestała być aż tak bardzo atrakcyjna, więc po grę sięgaliśmy nieco rzadziej. Aż do dnia, w którym dowiedzieliśmy się, ze wydawnictwo EGMONT planuje nową wersję tej gry. 


Znaleźć się w niej miały nowe karty, nowe kategorie i nowe ciekawostki dotyczące naszego kraju. Sama rozgrywka niewiele różni się od pierwszej wersji. To znaczy, że musimy rozłożyć na stole albo podłodze karty kategorii. Pod nimi kładziemy po jednej karcie obiektu. Pozostałe odkładamy na stosik obok. Wszyscy gracze (a tych musi być przynajmniej dwóch) starają się zapamiętać jakie karty obiektu znajdują się na stole. Następnie odwracamy je wszystkie i wyciągamy jedną kartę ze stosu. Gracze muszą jak najszybciej odgadnąć jaka karta z tej kategorii jest obecnie odwrócona. Kto pierwszy odgadnie zabiera tę kartę, a na jej miejsce kładzie kartę wyciągniętą przed chwilą ze stosu. Gramy tak długo aż odkryjemy wszystkie karty. Wygrywa oczywiście ten, kto zgromadził najwięcej kart.



W talii podstawowej znajduje się siedem kategorii:
  • grzyby,
  • owady,
  • sztuka ludowa,
  • wiersze dla dzieci,
  • drzewa,
  • zawody,
  • przysłowia.
Jest jeszcze talia dodatkowa (dla starszych lub nieco bardziej wprawionych graczy). W niej znajdziemy kolejne sześć kategorii:
  • wojsko,
  • wynalazki,
  • Polska w kosmosie,
  • literatura,
  • sąsiedzi,
  • piosenki
Są też, czego nie było w pierwszej wersji gry, karty z Luxtorpedą, dają one dodatkowy punkt, który podnosi ogólny wynik gracza przy końcowym liczeniu kart. 



Obiekty znajdujące się na kartach ściśle wiążą z polską historią, kulturą, przyrodą. W instrukcji gry znajduje się krótkie wyjaśnienie obiektów, które można na niej zobaczyć. Pierwsza wersja Polskiej Luxtorpedy pochłonęła nas na długi czas. Drugą dopiero poznajemy, ale już jesteśmy przekonani, że nadchodzącą jesień i zimę spędzimy właśnie z nią! Dzięki niej Tosia lepiej pozna polskie zwyczaje, polską historię i kulturę. Odkrywanie kolejnych kart stanie się świetną okazją do rozmów o polskich zwyczajach, krajobrazach, charakterystycznych miejscach i zjawiskach. Właśnie dlatego tak bardzo lubimy Polską Luxtorpedę. Z tą grą naprawdę nie można się nudzić! Z nią można, a nawet trzeba świetnie się bawić!





Polska Luxtorpeda. Odjazd
autor gry Rainer Knizia
ilustracje Robert Konrad
liczba graczy 2-8
czas gry 20 minut
wiek graczy 5-105 lat
EGMONT, 2018

czwartek, 13 września 2018

"Parzyziółko" (Wydawnictwo TADAM)

Autorzy i wydawnictwa nie mają litości. Wydają coraz piękniejsze książki. Od wielu z nich trudno się oderwać, można czytać je godzinami, można je kartkować i oglądać bez końca. Tak wiele wyjątkowych książek trafiło ostatnio w nasze ręce. Zawsze wydaje mi się, że to jest już ta najbardziej wyjątkowa, że niczego piękniejszego już nie zobaczę. Aż do dnia, w którym odkrywam kolejną perełkę.


Ostatnią książką, która totalnie mnie zauroczyła jest Parzyziółko Doroty Wojciechowskiej-Danek. Tę autorkę do tej pory wiązałyśmy jedynie z ilustracjami. To ona odpowiada za fantastyczną oprawę graficzną Duszana, niezwykłej opowieści o wakacjach, którą rok temu wydał TADAM. Tym razem spod jej ręki wyszły nie tylko ilustracje, ale również słowa. Dorota Wojciechowska-Stanek zabiera czytelników do pracowni zielarskiej profesora Parzyziółko. Profesor zna się na ziołach jak mało kto, a teraz ułamek tej wiedzy mają szansę posiąść czytelnicy. Od niego dowiedzą się, że w dawnych czasach bazylia pełniła rolę talizmanu, a rozmaryn odstraszał złe duchy. Kurkumą z kolei barwiono skóry i drewno. Dziś ziół z pracowni profesora Parzyziółko używamy głównie w kuchni, ale nie zaszkodzi przecież, żebyśmy znali ich historię i pochodzenie. Bo może niektórzy nie pamiętają, że z wawrzynu (zwanego przez nas liściem laurowym) tworzono wieńce, które zdobiły głowy starożytnych mistrzów olimpijskich. Wielu pewnie nie wie, że kilka tysięcy lat temu Chińczycy żuli goździki, żeby uchronić się przed bólem zębów. 



Profesor Parzyziółko opowiada czytelnikom o tym mniej i bardziej oczywistym wykorzystaniu ziół, tłumaczy również pochodzenie nazwy każdego z nich. Każdy z opisów uzupełnia piękną ryciną i łacińską nazwą. Zaznacza również gdzie powinniśmy danej rośliny szukać. Ale to jeszcze nie jest wszystko. Poza interesującymi opisami dwudziestu różnych ziół, w książce znajdziemy również wskazówki dotyczące ich zastosowania. Profesor Parzyziółko tłumaczy różnicę między naparem a odwarem, opowiada o kosmetykach i lekach, które na ziołach się opierają. Zabiera czytelników również do kuchni i dzieli się z nimi przepisami na dania z wykorzystaniem ziół. A na koniec ci, którzy poczują się zachęceni do większego wykorzystania mocy ziół w codziennym życiu znajdą porady dotyczące ich samodzielnej uprawy. 



Parzyziółko to nie imponuje rozmiarami, mimo to zachwyca. Czym? Pomysłem, starannością wydania, pięknymi ilustracjami, niebanalnymi opisami. Zachwyca każdy szczegół. Najkrótsze słowo, najmniejsza ilustracja. Niezwykła uczta dla oczu i umysłu. Piękno w czystej postaci. Książka, którą trzeba znać!



Parzyziółko
Dorota Wojciechowska-Danek
Wydawnictwo TADAM, 2018

 

środa, 12 września 2018

Enchantimals, czyli pewna dziewczynka obchodzi dziś urodziny!

Cztery lata temu, kiedy powstawał ten blog pojawił się tu wpis o pasjach pewnej trzylatki. Pasjonowały ją książki i lokomotywy, te pierwsze nadal zajmują w jej życiu bardzo ważne miejsce, te drugie zostały zdetronizowane przez lalki. Dziś ta dziewczynka obchodzi siódme urodziny i wczoraj, w ramach (przed)urodzinowego prezentu, dostała książki które o uwielbianym przez nią lalkom są poświęcone.


Tosia od roku zbiera lalki Enchantimals. Tym, którzy ich nie znają, spieszę wyjaśnić, że są każda z lalek to trochę dziewczynka, trochę zwierzę. Każda z nich ma również swojego zwierzęcego towarzysza. Tosia poznała je dzięki telewizyjnym reklamom, dostała pierwszą, potem dostała kolejne. Minął rok, uzbierała ich sporą kolekcję i bardzo chętnie się nimi bawi. Dlatego wiedziałam, że książki im poświęcone sprawią jej ogromną radość. I nie pomyliłam się. Trzy książki z wydawnictwa AMEET wywołały piski, okrzyki radości i zachwytu. Najpierw szybkie kartkowanie, potem kilka westchnięć, w końcu lektura i zabawa. Bo to książki nie tylko do czytania, ale również do zabawy.

Na początek wypada się poznać, dlatego Tosia czytanie rozpoczęła od EnchanTimals. Poznajmy się. W tej książce przedstawiono pięć głównych bohaterek tej historii, Felicity Fox, Sage Skunk, Danessę Deer, Bree Bunny i Patter Peacock. Towarzyszą im oczywiście zwierzęta (lis, skunks, jeleń, królik i paw). W książce każdej z bohaterek poświęcono trzy rozkładówki. Czytelniczki zaglądają do ich domów, poznają ciekawostki związane ze zwierzętami i dowiadują się w jaki sposób dziewczynka i jej przyjaciel lubią spędzać czas. 




Szansę na miłe spędzenie czasu z mieszkankami krainy Enchantimals daje ich fankom książka EnchanTimals. Scenki z naklejkami. Używając naklejek dziewczynki będą tworzyć nowy domek Patter, potem zagospodarują miejsce przed domem Danessy. Razem z Felicity i jej liskiem będą się ścigać z motylami, a na koniec zjedzą lody w towarzystwie Patter i Flapa. Wszystkie naklejki są wielokrotnego użytku, więc zabawa z tą książką będzie jeszcze lepsza i jeszcze dłuższa. Trudno może być jedynie dziecko od niej oderwać, ja miałam spory kłopot z zagonieniem Tosi do łóżka;)





A przed snem przeczytałyśmy jeszcze EnchanTimals. Nowy dom. Znamy tę historię z filmu, który kilkukrotnie emitowano w telewizji. Mimo to z przyjemnością przeczytałyśmy poświęconą tej historii książkę. I choć sama opowieść jest nam dobrze znana, to lektura i tak sprawiła nam radość. Co więcej, nie było to zwyczajne czytanie, ale również punkt wyjścia do rozmowy. Bo oprócz historii w książce znajdują się również pytania, na które dzieci po przeczytaniu tej opowieści powinny odpowiedzieć. Odpowiadając na nie dzieci nauczą się wczuwać w rolę innych i opowiadać o uczuciach. Świetna lekcja dla wszystkich. Dorosłym przemyślenie odpowiedzi na te pytania również nie zaszkodzi.




Radość na widok książek o Enchantimals była wielka. Tosia nie wiedziała po którą książkę sięgnąć najpierw. A kiedy w końcu się zdecydowała uśmiech nie schodził z jej twarzy. Tak, książki poświęcone lubianym przez dzieci bohaterom, to doskonały (a może nawet najlepszy) sposób na to, żeby nasze pociechy polubiły książki. Tosia lubi i bez takiego specjalnego zachęcania, ale bez wahania proponuję jej do czytania również tego typu książki. Taka lektura nie tylko jej nie zaszkodzi, ale także sprawi wielką przyjemność. O tę ostatnią przecież w czytaniu chodzi!

Książki z serii "EnchanTimals" znajdziecie tutaj