piątek, 20 kwietnia 2018

Gra(my) w piątki: Nowe "Kieszonkowce" + KONKURS

Wiosna kojarzy się z czasem spędzanym na świeżym powietrzu. W końcu po zimie zrzucamy z siebie ciepłe kurtki i płaszcze, wsiadamy na rowery, spacerujemy po parkach, a nasze dzieci bawią się na placach zabaw. Przychodzi jednak taki moment w trakcie albo tuż po wiosennych wyprawach, że jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby zrobić jeszcze krok więcej albo nasze dzieci zaczynają narzekać na nudę...


W takich sytuacjach z pomocą przychodzą gry, które nie są duże, ich zasady są proste, a sama rozgrywka interesująca i wciągająca. Co to za gry? Oczywiście dobrze znane "Kieszkonkowce". Właśnie ukazały się kolejne gry z tej serii. Tym razem ich adresatami się nie tylko dzieci, ale również dorośli. 

Kieszonkowiec obieżyświat zabiera młodych graczy w podróż dookoła świata. Każda z kart przedstawia inny zakątek świata. Zobaczyć na nich można między innymi Madagaskar, Australię, Tokio, Ziemię Ognistą i Kair. Karty podzielone są na osiem kategorii (jezioro, rzeka, góra, pustynia, miasto, państwo, wyspa i architektura). Cała talia składa się z kilkudziesięciu kart, którymi można grać na sześć sposobów. Wszystkie one zostały opisane w znajdującej się w pudełku instrukcji. W zależności od wybranej opcji, w grę może grać od 2 do 8 graczy! Warto wypróbować je wszystkie, bo zasady obowiązujące w każdej z nich bardzo się różnią. Drugi powód dla którego warto na Kieszonkowca obieżyświata spojrzeć przychylnym okiem, to oczywiście poszerzenie wiedzy z geografii. Ta przyda się każdemu:)



Drugim "Kieszonkowcem" dla dzieci, który zwrócił naszą uwagę jest Kieszonkowiec przyrodniczy. W talii znajdują się karty ze zwierzętami. Są dziobaki australijskie, lisy polarne, żeby latające i bazyliszki płatkogłowe. Na każdej karcie można znaleźć oznaczenia związane ze sposobem życia danego zwierzęcia. Dzieci dowiedzą się, które z nich wykluwają się z jajek, które są roślinożerne, które żyją w dzień, a które w nocy. Nawet przeglądając te 48 kart można się sporo o zwierzętach dowiedzieć, a kiedy zaczniemy grać w zaproponowane w instrukcji gry zdobyta wiedza zostanie utrwalona.




Jednak z "Kieszonkowcami" można się nie tylko bawić. Można również wspominać. Z Kieszonkowcem kultowym, który zabiera czytelników w czasy PRLu. Wygra ten, kto będzie znał odpowiedzi na pytania o to, gdzie mieściła się siedziba Instytutu Literackiego, który wydawał "Kulturę", ile utworów muzycznych można było nagrać na pocztówce i dlaczego główna bohaterka serialu Zmiennicy przebierała się za mężczyznę. Na każdej karcie znajdują się trzy pytania, w całej talii jest ich aż 165! Dla dorosłych będzie to powrót do czasów dzieciństwa i młodości. Warto sprawdzić ile z tamtego okresu zostało w naszych głowach. Ten "Kieszonkowiec" adresowany jest do dorosłych, ale warto podsunąć go dzieciom. Dzięki niemu można poznać najnowszą historię Polski i dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy o czasach, w których wychowywali się ich rodzice i dziadkowie.





Ostatnim "Kieszonkowcem", który zwrócił moją uwagę jest Kieszonkowiec filmowy. Jak łatwo się domyślić sprawdza on wiedzę czytelników z zakresu kinematografii. 165 pytań dotyczy całej historii filmu. Żeby wygrać, trzeba znać nazwiska reżyserów, kompozytorów i tytuły filmów (oraz seriali). Zwycięży te, kto odpowie na najwięcej pytań. A może tak naprawdę wygra każdy uczestnik gry? Bo Kieszonkowiec filmowy nie tylko sprawdza wiedzę, ale również zachęca do oglądania filmów, których nie widzieliśmy albo zapomnieliśmy o czym opowiadały albo kto je stworzył!



"Kieszonkowce" znamy od kilku miesięcy i cały czas się z nimi bawimy. Zasady są proste, rozgrywka szybka i interesująca. Same karty są bardzo ładnie zilustrowane i dobrze wykonane. Cieszy mnie to, że ich oferta cały czas się powiększa. Te niewielkie gry można zabrać ze sobą wszędzie i skorzystać z nich w sytuacjach, kiedy dziecko (albo my) zaczynamy się nudzić. Ja uwielbiam takie małe, edukacyjne produkty. W podróży, w kolejce do lekarza, na przerwie w szkole i oczywiście w domu sprawdzają się świetnie. Nie wierzycie? Możecie sprawdzić sami! Możecie je kupić na stronie wydawnictwa (KLIK), w salonach Empik i większych księgarniach.
I na koniec niespodzianka!

Mam dla Was KONKURS, w którym do wygrania są trzy osoby wygrają dowolnego "Kieszonkowca". Wystarczy odpowiedzieć na jedno pytanie:
Gdzie najchętniej spędzilibyście czas z "Kieszonkowcem"?

Konkurs trwa do czwartku 26 kwietnia 2018 r., ogłoszenie wyników dzień później :)

A o serii "Kieszonkowce" więcej dowiecie się tutaj

czwartek, 19 kwietnia 2018

"Było sobie życie" powraca z komiksem i encyklopedią (Hipokampus)

Gdybyście zapytali Tosię, co robimy w dni wolne albo kiedy jest chora, na pewno usłyszelibyście, że oglądamy Było sobie życie. Tak, tak, w takie dni prędzej czy później, zawsze słyszę pytanie: "Mamo, włączysz Było sobie życie?". Włączam, ale nie dlatego, żeby mieć chwilę spokoju, ale dlatego, że ten stary serial, który sama pamiętam z własnego dzieciństwa, naprawdę uczy. A przy okazji oczywiście bawi.


Od roku bawią nas również gry z serii "Było sobie życie", o których pisałam TUTAJ. Tosia je uwielbia, a my nie tylko chętnie gramy w nie razem z nią, ale sprezentowaliśmy te gry również wielu zaprzyjaźnionym z nami dzieciom. Równie chętnie czytamy komiksy związane z tym serialem. 


Niedawno do tomu poświęconemu sercu dołączył kolejny, dzięki któremu dzieci poznają ludzki mózg. Przewodnikami i towarzyszami są tu Piotruś i Pieretka, to oni tłumaczą czytelnikom zasady rządzące mózgiem. Wiedza przeplata się z ciekawostkami i scenkami humorystycznymi. Moim zdaniem każdy dowie się z tego komiksu czegoś ciekawego. Bo to nie tylko wiedza biologiczna, ale również historyczna. Komiks przenosi nas w czasy prehistoryczne, kiedy jedynymi żywymi organizmami były bakterie. Kolejne obrazki pokazują stworzenia, które pojawiły się później. Z nich dowiedzieć się można, co odziedziczyliśmy po wielkich gadach, jak rozwijała się kora stara i kiedy powstała kora nowa. Skomplikowane? Tylko pozornie, kiedy zaczniecie ten komiks czytać, wszystko wyda się łatwiejsze. Na kolejnych obrazkach zajrzymy w głąb mózgu, dowiemy się za co odpowiedzialne są jego poszczególne części i poczytamy o emocjach. Zobaczymy jak mózg reaguje na różne sytuacje. Często mówi się o tym, że mózg jest fascynujący i pełen tajemnic. Ten komiks doskonale to udowadnia.





Serial Było sobie życie fascynuje i uczy. A tym, dla których komiksy o sercu i mózgu to za mało, z czystym sumieniem polecam Było sobie życia. Miniencyklopedia dla dzieci


Według mnie ta książka powinna znaleźć się w każdym domu, w którym jest dziecko. Dlaczego? Bo każde dziecko przechodzi w swoim życiu etap wzmożonego zainteresowania ludzkim ciałem. Zadaje wtedy mnóstwo pytań, na które dorośli albo nie znają odpowiedzi, albo mają problem z przełożeniem swojej wiedzy na język dziecka. W encyklopedii znalazły się dwadzieścia dwa rozdziały, między innymi o krwi, sercu, oddychaniu, neuronach, jamie ustnej, wątrobie. W niektórych widzimy ludzki organizm jako całość, inne skupiają się jedynie na jego małym fragmencie. Lektura encyklopedii to świetne wprowadzenie w tajemnice ludzkiego ciała. Zrozumiały język, interesujące zagadnienia, miłe dla oka ilustracje i... zagadki! Zdobyta wiedza będzie na bieżąco sprawdzana i utrwalana. A o to przecież w nauce chodzi. 





Przyda się również odrobina zabawy. Informuję więc, że zarówno do komiksu, jak i do encyklopedii dołączone zostały płyty CD z nagraniami kilku odcinków serialu. Można czytać, oglądać i uczyć się. Bez względu na to, którą formę obcowania z serią "Było sobie życie" wybierzecie, czas nie będzie stracony. Dzieci zawsze się czegoś nauczą. Pewnie same będą zdziwione, jak wiele z tych książek i filmów zapamiętały.


A Wasze dzieci miały już okazję zetknąć się z Było sobie życie? Nie?! Musicie to jak najszybciej nadrobić! Jestem pewna, że się nie zawiedziecie. 

Jeśli zdecydujecie się sprawdzić tę serię od razu, to mam dla Was niespodziankę. KOD RABATOWY do sklepu https://www.bylosobie.pl/
wystarczy, że wpiszecie w koszyku TosiMama i zapłacicie za Wasze zakupy 20% mniej!
Kod jest ważny do końca kwietnia 2018 r., więc korzystajcie 
i uczcie się z Mistrzem :)

Było sobie życie. 2. Mózg

Było sobie życie. Miniencyklopedia dla dzieci

Hipokampus, 2018

 

środa, 18 kwietnia 2018

"Królik i Misia. Sposób na przekąskę" (Wydawnictwo Zielona Sowa)

Taka przyjaźń nie powinna się zdarzyć. A jednak... Tych dwoje różni wiele, żeby nie powiedzieć, że różni ich wszystko. A jednak oni poznali się, dogadali i żyć bez siebie nie mogą. O kim mowa? Oczywiście o Króliku i jego przyjaciółce Misi. Właśnie ukazał się trzeci tom ich przygód.


Po przygodach zimowych i wiosennych przyszedł czas na letnie. Na wyklejce łąka pełna kwiatów, strony kuszą słoneczną żółcią. Ach! Od razu zrobiło nam się cieplej. Zanim jednak wskoczyłyśmy w stroje kąpielowe, postanowiłyśmy sprawdzić, co ciekawego u Królika i Misi słychać. A tam, jak zwykle, dzieje się sporo. W lesie pojawia się tajemnicze Coś! Ów potwór spadł z nieba i przeszkodził przyjaciołom w kąpieli w jeziorze. Królik już wie, że właśnie Najlepszy Dzień Jego Życia zmienił się w Najgorszy Dzień Jego Życia, takie rzeczy zdarzają się przecież rzadko, a ich właśnie spotkały. Kim jest Coś, które spadło z nieba? Królik szybko znajduje odpowiedź na to pytanie. To Wielka Bekająca Sowa Zabójca! Nie zwraca uwagi na to, że ptak jest mały, puchaty i... śpi (zamiast pożerać). Królik wie! Za chwilę Sowa zje ich wszystkich, a następnego dnia wypluje zawinięte w skórę kości swoich ofiar! Rozwiązanie może być tylko jedno, trzeba sowę wtrącić do więzienia, zanim ich wszystkich zje. 

I zwierzęta wspólnie wturlały 
małą, mokrą, śpiącą sowę do dziupli.

Udziału w tym wszystkim nie wzięła tylko Misia. Dlaczego? Bo miała jakieś dziwne przeczucia. Wydawało jej się, że ta Sowa może potworem nie być. Królik jednak wie swoje... Jak to się wszystko skończy? I kto będzie tytułową przekąską? Możecie się zdziwić!


Królik i Misia. Sposób na przekąskę to pełna ciepła i humoru opowieść o zwierzęcej przyjaźni. Jednak nie tylko o zabawę tu chodzi. Wśród dowcipów i śmiesznych sytuacji, kryje się bardzo mądre i głębokie przesłanie. Ważne dla dzieci i dla rodziców. Każdemu, jak Królikowi może się zdarzyć pochopnie kogoś ocenić. Każdemu, jak zwierzętom z lasu może się zdarzyć ulec wpływom tego, który krzyczy najgłośniej (a wcale nie ma racji). Ważne, żeby wyciągnąć z takiej sytuacji wnioski i umieć przyznać się do błędu. Ta historia właśnie tego uczy. Niezwykła mądrość kryje się w tej niewielkiej książeczce. 



Czy przygodom Królika i Misi można się oprzeć? Moim zdaniem nie. Julian Gough wykreował wspaniały świat i interesujących bohaterów. Polubią ich czytelnicy w każdym wieku. Również ci, którzy podejmują pierwsze próby samodzielnego czytania. Na kolejnych stronach tekstu nie ma wiele. Litery są duże i wyraźne, a ilustracje zajmują czasem całą stronę. Właśnie! Ilustracje! Ich autrem jest Jim Field, którego możecie kojarzyć z książki Koala, który się trzmał (KLIK). Uwielbiamy jego kreskę i tutaj również się nie zawiodłyśmy. Szata graficzna serii "Królik i Misia" jest tak samo interesująca, jak opisana w niej historia. Dodajcie jeszcze do tego piękne i staranne wydanie, niewielki format, twarda oprawa, piękna wyklejka. Co otrzymaliście? Książkę (i serię), którą trzeba mieć!


Królik i Misia. Sposób na przekąskę
Julian Gough
ilustracje Jim Field
tłumaczenie Teresa Bielecka
Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018
wiek 4+



 

wtorek, 17 kwietnia 2018

"Babcocha" (Wydawnictwo Poradnia K)

Obok tej książki nie można przejść obojętnie. Od razu zwraca uwagę. Na początku widzimy niezwykłą okładkę. To wyszywanka autorstwa Marii de Latour, córki autora ilustracji do całej książki Daniela de Latoura. Trudno oderwać od niej oczy. Mimo wszystko warto to zrobić, bo w środku czekają na czytelników fantastyczne przygody głównej bohaterki.


Tytułowa Babcocha to czarownica. Wygląda tak, jak każda czarownica wyglądać powinna. Ma wielki nos, pieprzyk na nosie, ubrana jest w długą spódnicę, a na głowie ma chustkę. Od czarownicy różni ją jedna rzecz. Babcocha nie lata na miotle! Do przemieszczania się wystarczy jej... chmura! I na takiej właśnie chmurze przyleciała Babcocha do Grajdołka. W tej niewielkiej miejscowości znalazła dla siebie przyjemną chatkę. Długo nie cieszy się samotnością, bo w połówce orzecha znajduje Licho! Od tej pory Babcocha i Licho żyją razem i wspólnie niosą pomoc mieszkańcom Grajdołka. Wkrótce dołącza do nich Bernadetta, córka Antoniego Ryby. Babcocha spotkała dziewczynkę w lesie i szybko się z nią zaprzyjaźniła. A co z innymi mieszkańcami Grajdołka? Tu tak łatwo nie było. Wielu patrzyło na Babcochę podejrzliwe, wszyscy okrzyknęli ją czarownicą, a niektórzy nawet się jej bali. Trochę im się nie dziwię, bo Babcocha, choć zrobiła wiele dobrych rzeczy, to wielu mieszkańcom mocno utarła nosa! Na przykład stolarza Antoniego Rybę przywołała do porządku, kiedy ten nie dotrzymywał słowa i nie kupował córce czekoladowego zająca. Dała nauczkę Zenonowi Bąblowi, który wyrzucił śmieci do lasu i ukarała za chciwość sprzedawcę ze sklepu z telewizorami. A co dobrego zrobiła w Grajdołku Babcocha? Na przykład uratowała kota, przepędziła ducha, a nawet zabawiła się w swatkę! Ona i oczywiście Licho, bo ono we wszystkich sztuczkach Babcochy miało spory udział. 



Dzieje się w tej książce, oj dzieje. Krótkie rozdziały (większość z nich mieści się na jednej stronie), dynamiczne wydarzenia i szaleni bohaterowie. Szukacie książki, która rozśmieszy Was do łez? Szukacie lektury nieco niewiarygodnej, a jednocześnie pełnej ciepła i interesujących bohaterów? To znaleźliście! Babcocha spełnia wszystkie te wymagania. Ta książka przekona do czytania nawet tych, którzy są z czytaniem na bakier. Kolejne przygody głównej bohaterki po prostu chce się poznawać. Bo każda następna jest jeszcze ciekawsza od poprzedniej. Czytamy opowieści autorstwa Justyny Bednarek, podziwiamy ilustracje Daniela de Latoura i mamy wrażenie, że poznaliśmy osobiście grupę bardzo niezwykłych osób (i stworzeń). A nawet, jeśli nie poznaliśmy, to gdzieś z ukrycia ich przygodom się przyglądaliśmy. A, i jeszcze jedno! Tę książkę polecają wszyscy, wśród rekomendacji znalazły się nawet takie od Baby Jagi, Kota Behemota i Złej Królowej (tej od Śnieżki). Kto jak kto, ale oni mylić się nie mogą!




Babcocha
Justyna Bednarek
ilustracje Daniel de Latour
Wydawnictwo Poradnia K, 2018
wiek 7+



poniedziałek, 16 kwietnia 2018

"Głupi Funio" (Wydawnictwo ADAMADA)

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Wasze kanapki spadają zawsze posmarowaną stroną do dołu? A nad tym, dlaczego Wasze dzieci, mimo tego, że mają mnóstwo zabawek, regularnie narzekają na nudę i twierdzą, że nie mają się czym bawić? Tłumaczycie to sobie pewnie złośliwością losu. A prawda jest zupełnie inna...


Za te wszystkie rzeczy odpowiedzialne jest Plemię. Każdy z jego członków ma inną specjalność i w inny sposób pomaga ludziom. Ślizgacz Maślarz całe dnie spędza na szafce kuchennej i czyha na chwilę, kiedy pajda chleba wysuwa im się z rąk i szybuje w dół. Wtedy Ślizgacz wskakuje na kanapkę i rusza się na niej w taki sposób, żeby kromka na pewno spadła masłem do dołu. Głośnik Telewizorek spędza całe dnie przed ekranem telewizora, a gdy tylko pojawia się zapowiedź reklam, pędzi do pilota i podkręca na cały głos regulator. A Kryształowa Panienka ze swoim maleńkim młoteczkiem śmiga po całym domu, pilnując wszystkich spadających przedmiotów. Takie to są właśnie stworki. Wszystkie bardzo życzliwe i zawsze gotowe do niesienia pomocy. Nie, nie kpię, one naprawdę myślą, że pomagają ludziom. Dlatego tak trudne jest życie Funia, głównego bohatera tej książki. Funio w niczym nie był dobry. To, co jego bliskim nie sprawiało żadnego problemu, było dla niego zbyt trudne. Bo kiedy w końcu zdecydował się coś zrobić, okazywało się, że i tak robił to źle. Jak wtedy, kiedy postanowił pomóc Straszakowi Ptasznikowi, który przeganiał ptaki z karmnika. Funio, zamiast ptaki przeganiać, zaprosił je na posiłek do karmnika i dodatkowo zadbał, żeby nikt im nie przeszkadzał. Po co to wszystko zrobił? Czy nie rozumiał czym tak naprawdę zajmują się jego bliscy. Nie do końca, Funio chciał przede wszystkim sprawić przyjemność chłopcu, który mieszkał w tym samym domu. Bo Funio był po prostu bardzo dobry i chciał, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Innego dnia pomógł psu, którego zobaczył na podwórku. Szorstki stracił dom po tym, jak jego właścicielom urodziło się dziecko. Szorstki dziecku nie zagrażał, przeciwnie próbował tłumaczyć jego rodzicom, co też brzdąc chce im przekazać. Wszystko na nic... Pies stracił dom. Dzięki Funiowi miał go wkrótce odzyskać. Tylko co na to powiedzą bliscy Funia?! Im takie pomysły nigdy nie przyszłyby do głowy, na coś takiego mógł wpaść tylko Głupi Funio!



Takich historii jest w książce więcej. Bawią, śmieszą, ale przede wszystkim skłaniają do refleksji. Sytuacja Funia nie jest łatwa, trudno czuć się nieakceptowanym przez otoczenia. Nie jest łatwo ciągle słyszeć wyzwiska pod swoim adresem. Nikt nie chce być nazywany głupim. A o Funiu tak właśnie mówiono. Dlaczego? Bo był inny, bo różnił się od pozostałych członków Plemienia. Czy on świadomie im się przeciwstawiał? Czy chciał robić im na złość? Nie, po prostu inaczej pojmował swoją misję.  



Pochłonęłyśmy Głupiego Funia w jeden wieczór. Jerzy A. Wlazło znany był mi do tej pory jako autor książek dla dorosłych czytelników. Okazuje się jednak, że może napisać świetną książkę dla dzieci. Ilustracje do książki stworzyła Grażyna Rigall, znana choćby z uwielbianych przez nas Humorów Hipolita Kabla i Łopianowego pola. Jej prace po raz kolejny nas zachwyciły. Doskonale wpasowały się w klimat opowieści. Dzięki nim o Funiu nie tylko dobrze się czyta, ale równie przyjemnie się go ogląda. Świetna książka dla całych rodzin, bo Funia prostu nie można nie polubić!




Głupi Funio
Jerzy A. Wlazło
ilustracje Grażyna Rigall
Wydawnictwo ADAMADA, 2018 
wiek 6+
książka ukaże się w czerwcu 2018 r.

 

piątek, 13 kwietnia 2018

"Biuro detektywistyczne Dziurka od klucza" (Wydawnictwo Literatura)

Dobry detektyw powinien być niemal niewidzialny. Musi umieć się dobrze kamuflować, powinien również potrafić zadawać dobre pytania, z których jak najwięcej się dowie. Doskonale zdają sobie z tego sprawę Julek i Mikołaj. Chłopcy, szukając dla siebie jakiegoś ciekawego zajęcia, wpadli na pomysł założenia biura detektywistycznego. Nazwali je Dziurka od klucza, "zatrudnili" babcię w roli asystentki, przystosowali pokój na potrzeby przyjmowania potencjalnych klientów i czekali na pierwsze zlecenie.


Zanim jednak pierwsza osoba przekroczyła próg biura detektywistycznego Dziurka od klucza, chłopcy sami znaleźli sprawę do rozwiązania. Ich uwagę zwrócił nieznany mężczyzna, który od jakiegoś czasu odwiedza jedną z ich sąsiadek. Sprawa wydaje się dziwna, bo Mikołaj widuje go rano, a Julek popołudniu. Mężczyzna popołudniu. Raz wchodzi do mieszkania sąsiadki na pięć minut, żeby po kilku godzinach wrócić z ciastkami. Kim jest? Tego dowiadują się od babci, która z sąsiadką się przyjaźni. Tajemniczy mężczyzna jest jej wnukiem, kiedyś studiował na ASP, ale podobno studenci i profesorowie zazdrościli mu talentu i studiów nie skończył. Teraz codziennie odwiedza babcię, spędza z nią czas, zachwyca się zgromadzonymi w jej domu obrazami i fotografiami. Chłopcom jego wizyty wydają się jednak bardzo podejrzane, dlatego zaczynają go śledzić i odkrywają prawdziwe powody częstych odwiedzin...
Po rozwiązaniu tej zagadki są gotowi na kolejne zadania. Wtedy w drzwiach ich biura staje Olek i oznajmia, że jego rodzina została okradziona! Chłopcy muszą im pomóc znaleźć złodzieja. Pomogą również odkryć, kto próbował napaść na ich koleżankę ze szkoły. Jedna ze spraw, którym się poświęcą będzie dotyczyła nawet ich klasy... Jak widać przygoda czeka na młodych detektywów (a dzięki temu także na czytelników) na każdym kroku (i każdej stronie).



Książka Renaty Piątkowskiej składa się z sześciu rozdziałów. Każdy z nich opowiada inną historię i jest zamkniętą całością. Wszystkie poprzedzone są mapką przedstawiającą miejsca, w których toczy się akcja. Historie nie są ze sobą powiązane, więc czytanie tej książki rozłożyć można na kilka wieczorów. Rodzice mogą czytać je dzieciom, a te, które potrafią czytać mogą spróbować zmierzyć się z tą książką sami. Duża, wyraźna czcionka, mnóstwo kolorowych ilustracji autorstwa Joanny Kłos i ciekawa historie na pewno ułatwią lekturę. Opowieści są interesujące, pojawia się w nich sporo wątków, nie ma się jednak czego obawiać. Nikt na pewno się w tych historiach nie pogubi. Ba! Dzieci razem z nimi będą demaskować przestępców i dochodzić do rozwiązania. Lektura tej książki na pewno sprawi im przyjemność, bo Biuro detektywistyczne Dziurka od klucza jest znakomicie napisana. Moim zdaniem jest to doskonała propozycja dla dzieci, które za czytaniem nie przepadają. Przygody Mikołaja i Julka spodobają się im na pewno. Tym, którzy czytać lubią oczywiście również!




Biuro detektywistyczne Dziurka od klucza
Renata Piątkowska 
ilustracje Joanna Kłos
Wydawnictwo Literatura, 2018
wiek 7+