środa, 21 lutego 2018

Wielka podróż niezwykłego człowieka. "Doba na oceanie" (DrugaNoga)

Są książki, które na razie bardziej niż dla Tosi, kupuję dla siebie. Tak właśnie było z tą. Kupiłam, przeczytałam, zachwyciłam się, pokazałam jej i odłożyłam. Czekałam na właściwy moment, który nadszedł kilka tygodni temu. Oglądaliśmy serwis informacyjny, w którym znalazł się materiał o sprzedaży kajaka Aleksandra Doby. Tosię ów kajak bardzo zainteresował. A ja, korzystając z okazji, przypomniałam jej o książce. Wyjęłyśmy ją ze stosika, a Tosia zarządziła wspólne czytanie. W ten właśnie sposób rozpoczęła się nasza wielka podróż przez ocean, którą odbyłyśmy w naszej wyobraźni dzięki książce Doba na oceanie.


Nie ma w tej książce wiele tekstu, ale jest wszystko, co najważniejsze. Informacje dotyczące tras, którymi płynął Aleksander Doba, ciekawostki związane z budową kajaka idealnego oraz spis rzeczy, które w kilkumiesięcznej podróży przez Atlantyk mogą okazać się niezbędne. Bo na taką wyprawę trzeba się odpowiednio spakować, nie ma mowy o żadnym nadbagażu, nie ma też możliwości zawinięcia do portu i zrobienia zakupów. Trzeba więc dobrze zaplanować zakupy, odpowiednio gospodarować zapasami i przewidzieć, co też może okazać się przydatne. Zdarza się jednak, że zawodzą sprzęty, które miały życie na kajaku ułatwić. Aleksandrowi Dobie popsuła się odsalarka elektryczna. Miał również problemu z telefonem, który miał przy sobie. Ze wszystkich niespodziewanych sytuacji udało mu się jednak wyjść obronną ręką. A w trakcie podróży nieustannie wprowadzał udoskonalenia, które miały mu ułatwić podróżowanie. Jakie? Tego dowiecie się z książki. Musicie przeczytać ją sami, żeby poczuć choć ułamek tego, co przeżył na oceanie Aleksander Doba. A przeżył rzeczy naprawdę wyjątkowe.

Wydawnictwo DrugaNoga zdążyło nas przyzwyczaić do tego, że wydaje książki dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Tutaj jest tak samo. Tekstu jest niewiele, ale jest on ciekawie rozmieszczony i doskonale dopasowany do znajdujących się na tej samej stronie ilustracji. A ilustracji jest tu naprawdę sporo. Proste, a jednocześnie bardzo wyjątkowe. Dominuje na nich błękit, który przywodzi na myśl wodę i niebo. Do tego biel i czerń, która jest w tych ilustracjach najwyrazistsza. Dzięki tym ilustracjom książka jest nie tylko fantastyczną opowieścią o wyjątkowym człowieku i jego niezwykłej podróży, ale również prawdziwą edytorską perełką, która zachwyciła całą naszą rodzinę.

Z każdą kolejną przeczytaną stroną oczy Tosi robiły się coraz większe. Trudno było jej uwierzyć, że jeden człowiek, w małym kajaku, dzięki sile własnych mięśni przepłynął Ocean Atlantycki. Myślę, że gdzieś w głębi duszy bardzo pozazdrościła mu tej przygody. Kto wie, może kiedyś sama wypłynie w podobną podróż...?

A na koniec mała anegdota. Tosia przyzwyczaiła się do tego, że jeśli czytamy książki oparte na faktach, to ich bohaterami są najczęściej ludzie, którzy już nie żyją. Pewnego wieczora, kiedy czytałyśmy Dobę na oceanie zapytała mnie ze smutkiem: "Mamo, a ten pan to już nie żyje, prawda?". Była zdziwiona, kiedy dowiedziała się, że żyje, ma się dobrze, kilka miesięcy temu w jej szkole odbyło się spotkanie z nim, a na dodatek urodził się w mieście, w którym mieszkamy:)  





 Doba na oceanie. Jak przepłynąć Atlantyk kajakiem?
Agata Loth-Ignaciuk
ilustracje Bartłomiej Ignaciuk
DrugaNoga, 2017

 

wtorek, 20 lutego 2018

Bo muzeów nie trzeba się bać.! "Gdzie? Jak? Kiedy? Kacper w muzeum" (Wydawnictwo TADAM)

W muzeach, jak wiadomo, nie ma niczego ciekawego ani dla dorosłych, ani tym bardziej dla dzieci. Najlepiej omijać je szerokim łukiem. W innym wypadku czekają nas długie i nudne godziny spędzone na oglądaniu obitych garnków, starych grzebieni albo obrazów, na których ktoś kilkaset lat temu namalował dziś już zupełnie niemodne ubrania i niezbyt urodziwe kobiety. Nuda, nuda, nuda...

Jakby na przekór tym wszystkim, którzy tak bardzo narzekają na brak atrakcji w muzeach, Tosia uwielbia do nich chodzić. Kiedy tylko podczas naszych bliższych i dalszych wypraw na takie trafiamy, sama chce do niego wejść. Bo nie wiem, czy wiecie, ale w XXI wieku muzea nie są miejscami, do których trzeba wchodzić w specjalnych kapciach, a potem przez kilka godzin milczeć kontemplując eksponaty. W XXI wieku muzea to miejsca niesamowicie atrakcyjne i pełne niespodzianek. Są tak wyjątkowe, że łatwo w nich przeżyć naprawdę niezwykłą przygodę!


Udział w takiej przygodzie wziął Kacper, którego wielu z Was może pamiętać z książki Kacper w operze (KLIK). Wtedy chłopiec pokazał jak niezwykłych wrażeń dostarczyć może wieczór w operze. Tym razem Kacper rusza do muzeum. A raczej do muzeów! Chłopiec stał się posiadaczem mapy prowadzącej go do bardzo wyjątkowych miejsc, w których można znaleźć prawdziwe skarby. Pierwszy krzyżyk wskazuje muzeum paleontologiczne, to tam można spotkać prehistoryczne stwory, poznać ich sekrety i dowiedzieć się o nich wielu interesujących rzeczy. Tu poznaje również niewielkiego tyranozaura Tadzia, który stanie się jego towarzyszem w podróży. Razem udadzą się do muzeum sztuki, gdzie będą przemykać wśród rzeźb i obrazów. Stamtąd do muzeum lotnictwa, muzeum kolejnictwa, muzeum techniki, muzeum morskiego, muzeum archeologicznego i do muzeum bursztynu. Zapyta ktoś, czy takie muzea istnieją naprawdę. Oczywiście, że tak! I w każdym z nich zobaczyć można coś interesującego. Każde z nich czegoś nowego nas nauczy. A co zrobić, żeby przeżyć przygody podobne do tych, które stały się udziałem Kacpra? Tu wystarczy odrobina wyobraźni.




Bardzo czekałam na tę książkę i nie zawiodłam się. Adam Święcki po raz kolejny w niebanalny i bardzo atrakcyjny sposób przybliża małym czytelnikom świat sztuki. Oswaja z nim nie tylko dzieci, ale i rodziców, którzy być może zwlekają z wyjściem do muzeum obawiając się, że maluchy nie są tam mile widziane. A tak nie jest, bo dziś chyba wszystkie muzea mają w swojej ofercie trasy zwiedzania dla dzieci, wiele z nich przygotowuje specjalne przewodniki i materiały wypełnione zagadkami, które dzieci mogą rozwiązywać podczas oglądania ekspozycji. Przygody, które przeżyją dzięki nim będą namiastką tego, co przeżył Kacper. Dlatego jeśli chcielibyście wybrać się z dzieckiem do muzeum, ale się boicie, to najpierw kupcie tę książkę, przeczytajcie ją swoim pociechom, potem wybierzcie się do interesującego Was muzeum i przeżyjcie przygodę podobną do tej, która stała się udziałem Kacpra. 

Ahoj przygodo! 
Miłego zwiedzania! 




 Gdzie? Jak? Dlaczego? Kacper w muzeum
Adam Święcki
Wydawnictwo TADAM, 2018
wiek 3+
 

poniedziałek, 19 lutego 2018

W Gdańsku z książką. "7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców" (ADAMADA)

W Gdańsku byliśmy wiele razy. Zawsze zwiedzaliśmy to miasto bez przewodnika i chodziliśmy własnymi ścieżkami. Odwiedzaliśmy zawsze te same, lubiane przez nas miejsca. Coś wiemy o ich historii, trochę opowiadaliśmy o tym Tosi. Przyszedł jednak czas na to, żebyśmy poznali ją lepiej.

Pierwsze przygotowania poczyniłyśmy już w grudniu. Tosia miała ochotę na kolejne spotkanie z aplikacją "ADAMADA czyta dzieciom". Żeby nie słuchać ciągle tego samego, zaproponowałam jej książkę 7xGdańsk. Na jej słuchaniu minęła nam cała droga do domu, a po powrocie Tosia zabrała się do przeglądania wersji papierowej. Nie przesadzę, jeśli powiem, że od tego dnia sięgała po nią regularnie. A im bardziej zbliżał się dzień wyjazdu do Trójmiasta, tym częściej pytała, czy na pewno zabierzemy ten przewodnik ze sobą. Innej możliwości nie było, nie wyobrażałam sobie, że nie miałybyśmy sprawdzić na miejscu, czy zwiedzanie z książką 7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców ma sens. 



Jak można wywnioskować z tytułu Tomasz Małkowski, autor przewodnika, proponuje czytelnikom siedem różnych tras zwiedzania. Proponuje również poznawanie tego miasta z wykorzystaniem różnych środków lokomocji. Większość trzeba będzie pokonać na własnych nogach, ale można będzie również wsiąść na rower albo popłynąć statkiem. Przewodnikami w wycieczce po Gdańsku będą Maja i Filip oraz ich przewodnik pan Tomasz (zbieżność imion z autorem nie jest przypadkowa, bo bohater książki obiecuje dzieciom, że wszystkie trasy, którymi przejdą opisze w swoim przewodniku). 
Wyprawa rozpoczyna się w miejscu, z którego większość turystów rozpoczyna zwiedzanie Gdańska, czyli na dworcu kolejowym. Stamtąd dzieci ruszają "Trasą trzech wież", która przez Bramę Wyżynną, Zespół Przedbramia, słynną Złotą Bramę, Ratusz Głównego Miasta i Fontannę Neptuna prowadzi ich do Bazyliki Mariackiej. Przejście całej trasy powinno zająć około 6 godzin. 




Kolejna trasa obejmuje zwiedzanie Portu nad Motławą. Żeby na nią wejść trzeba stanąć przy Baszcie Jacek, a stamtąd przejść do klasztoru dominikanów, bazyliki św. Mikołaja i kościoła św. Jana. W końcu przez Bramę Świętojańską dostać się nad Motławę do Ośrodka Kultury Morskiej, słynnego Żurawia, a następnie do Muzeum Morskiego i Sołdka.





To właśnie te dwie trasy w największym stopniu wyznaczyły drogę naszego spaceru. Czekając jeszcze na możliwość wejścia zobaczyłyśmy będącą częścią innej trasy Basztę Łabędź oraz Dwór Artusa.


Tylko tyle i aż tyle... Bo z jednej strony Tomasz Małkiewicz opisał znacznie więcej miejsc, z drugiej, spędziłyśmy w Gdańsku około pięciu godzin, więc i tak sporo udało nam się zobaczyć. Wieczorem, Tosia poprosiła o włączenie połączonej z przewodnikiem aplikacji i wysłuchała opowieści o kolejnych interesujących miejscach. Po raz kolejny obejrzała również przewodnik i nieśmiało snuła plany na następną wycieczkę do miasta. Ta już latem i wtedy stawiamy na trasę "Twierdza Wisłoujście i Westerplatte". Na razie będziemy dalej poznawać Gdańsk teoretycznie:)

Niewiele ponad 100 stron, niewielki format, a niemal na każdej stronie czeka na młodych odkrywców niespodzianka. Przewodnik zaskakuje na każdym poziomie. Jego oryginalność polega po pierwsze na tym, że w zgrabny sposób łączy fragmenty opisowe z komiksami o przygodach bohaterów. Jego wyjątkowość tkwi w tym, że połączono go z aplikacją na smartfony, dzięki której zatrzymując się przy gdańskich zabytkach można wyjąć z kieszeni telefon i wysłuchać interesującego opisu. To świetny sposób na jeszcze lepsze poznanie odwiedzanych miejsc. Opisy są ciekawe, zrozumiałe i pełne humoru. Uzupełniają je (również w aplikacji) fotografie. Nie ma więc możliwości, żeby przyglądać się niewłaściwym zabytkom. Sześcioletnia Tosia i jej nieco starsza mama polecają. Każda z nich znalazła w aplikacji coś interesującego.

Tomasz Małkowski zawarł w przewodniku wiele praktycznych wskazówek, które przydadzą się osobom odwiedzającym Gdańsk. Jest mapa, na której zaznaczono najciekawsze miejsca. Są mapy poszczególnych tras. Nie zabrakło oczywiście zdjęć. Znalazło się również miejsce na garść informacji praktycznych (adres strony www gdańskiego ZTM, wskazówki dotyczące tramwaju wodnego, wypożyczalni kajaków, rowerów i adresu informacji turystycznej). Z takim przewodnikiem nic nie powinno turystów zaskoczyć! Nas nie zaskoczyło, dlatego polecamy i Wam! 


7xGdańsk. Przewodnik dla młodych odkrywców
Tomasz Małkowski
rysunki Bartłomiej Brosz
ADAMADA, 2017
wiek 6+


niedziela, 18 lutego 2018

Morze zimą po raz drugi część 2. Hel i Muzeum Emigracji w Gdyni

Kolejnego dnia opuściłyśmy Trójmiasto i pociągiem udałyśmy się w stronę Helu. Puste i spokojne o tej porze ulice Gdyni i Gdańska, to nic w porównaniu do tego, co zaobserwowałyśmy w drodze do Helu. Zamknięte na cztery spusty pensjonaty i restauracje, puste place zabaw i ulice, po których prawie nikt nie chodzi. Nie będę jednak ukrywać, że właśnie brak tłumów zachęcił nas do odwiedzenia helskiego fokarium (wstęp do niego kosztuje 5 zł, dodatkową złotówkę zapłacicie, jeśli chcecie zwiedzić tamtejsze muzeum). Na miejscu okazało się jednak, że nie tylko my wpadłyśmy na ten pomysł, bo ludzi było, jak na tę porę roku, sporo. Nie było ich jednak aż tak wielu, więc Tosia mogła w spokoju przyglądać się ukochanym fokom i wydawać z siebie kolejne okrzyki zachwytu. 




Z fokarium ruszyłyśmy na spacer bulwarem, a bystre oko Tosi wypatrzyło budynek dawnego kościoła ewangelickiego, w którym dziś znajduje Muzeum Rybołówstwa. Trafiłyśmy akurat na dzień bezpłatnego wstępu, zapłaciłyśmy, więc zamiast 10 zł jedynie 4 zł za wejście na wystawę czasową i na wieżę (dzieci do lat 7 wchodzą do muzeum bezpłatnie).



Uwagę Tosi przykuła makieta dawnego Helu, zainteresowały ją stare sieci, zachwyciły obrazy pokazujące pracę rybaków. Najbardziej jednak spodobało jej się to, co było przygotowane specjalnie dla niej, czyli atrakcje dla dzieci. Klocki-puzzle, z których powstawały różne, związane z morzem obrazki. Gra interaktywna polegająca na łowieniu ryb oraz makieta portu rybackiego, którą dzieci mogły się bawić. Ochoczo skorzystała również z możliwości wejścia na wieżę i podziwiania Helu i morza z góry. Na zewnątrz obejrzałyśmy jeszcze wystawę starych łodzi i z pewnym niepokojem zauważyłam, że spędziłyśmy tam nieco więcej czasu, niż przewidywałam i kolejna wizyta w Domu Morświna musi poczekać do lata;)








Ostatniego dnia wybrałyśmy się do gdyńskiego Muzeum Emigracji. Chciałam wybrać się tam od dawna, słyszałam o nim wiele dobrego, poza tym na znajdującym się w pobliżu Dworca Morskiego, w którym mieści się muzeum, zobaczyć można tablicę upamiętniającą fakt, że to właśnie stąd wypłynął do Ameryki Południowej Witold Gombrowicz. 





Przygotowując się do wyjazdu (i mając w pamięci nasze dotychczasowe wizyty w muzeach), sprawdziłam, że w kasie muzeum można kupić grę muzealną "Frycek Munchausenowicz łączy historie", wiedziałam, że spróbujemy się z nią zmierzyć. Zmierzyć to dobre słowo, bo niektóre zadania są naprawdę trudne i niektóre części wystawy obejrzałyśmy bardzo dokładnie próbując znaleźć odpowiedzi na pytania. W końcu udało się jednak rozwiązać ostatnie zadanie i rozwiązać krzyżówkę. Dumna i wzbogacona o nową wiedzę Tosia podała hasło w kasie głównej i odebrała zasłużoną nagrodę:) Brawo dla Muzeum Emigracji za świetny pomysł i grę, która angażuje całą rodzinę.





W kasach dostępna jest również bezpłatna broszura z zadaniami, które dzieci mogą rozwiązywać w trakcie zwiedzania. Na zmierzenie się z nimi na miejscu zabrakło nam czasu, ale chętnie wrócimy do nich w domu, żeby utrwalić zdobytą wiedzę i jeszcze raz, na nowo, przeżyć tę wycieczkę.


I zrobić więcej zdjęć, bo gra tak nas pochłonęła, że na nie zabrakło czasu;) Chcemy również spędzić dłuższą chwilę w Sali Małego Podróżnika, która przeznaczona jest specjalnie dla dzieci. Teraz Tosia spędziła tam tylko kilka minut, a miała ochotę być tam zdecydowanie dłużej! Jak na to, ile atrakcji czeka na nas na miejscu, wstęp do muzeum jest bardzo tani. Bilet normalny kosztuje 10 zł, ulgowy 6 zł (ale dzieci do 7. roku życia za wstęp nie płacą).



Muzeum Emigracji jest bardzo nowoczesne. Pełne interaktywnych ekranów i materiałów audiowizualnych. Przybliża ono historię polskiej emigracji i emigrantów od XIX wieku do czasów współczesnych. Widzimy tam więCc Mickiewicza, Norwida, Chopina, Gombrowicza... Tych, którzy wyjeżdżali na zawsze i takich, którzy zagranicą byli tylko przez chwilę i na przykład jak Halina Poświatowska szukali tam szansy na ratowanie swojego zdrowia. Są ci, którzy spędzili na emigracji czasy PRLu i po 1989 roku wrócili do Polski i tacy, którzy postanowili zostać tam na zawsze. Nie jest to jednak tylko i wyłącznie wystawa przedstawiająca biografie osób wyjeżdżających z Polski. Jej autorzy spojrzeli na zjawisko emigracji znacznie szerzej. Przedstawili jej przyczyny, opisali życie dziewiętnastowiecznej Warszawy i przedstawili niełatwą sytuację Polski po II wojnie światowej. Z dzieckiem i bez warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce. 

Za nami cztery bardzo intensywne dni. Odpowiedź na pytanie, czy warto jechać nad morze zimą jest prosta. Oczywiście, że tak. Spokój panujący tam poza sezonem letnim zachęca do poznawania miejsc, które latem wypełnione są ludźmi albo przegrywają z piękną pogodą i możliwością plażowania. Te na pewno są tego warte, więc jeśli zastanawiacie się w jaki sposób wykorzystać ostatnie (mam nadzieję) podrygi zimy, to odpowiedź jest jedna: jedźcie nad morze!


Jak minęły nam dwa pierwsze dni nad morzem przeczytacie 
TUTAJ!

 

sobota, 17 lutego 2018

Zima nad morzem po raz drugi! Miejsca, które warto odwiedzić z dzieckiem część 1

Zeszłoroczna zimowa wyprawa nad morze przekonała nas, że Bałtyk zimą ma sporo do zaproponowania. Właśnie dlatego, kiedy okazało się, że o wolne miejsce w górach trudno, postanowiłyśmy po raz drugi wybrać się nad morze. I absolutnie tego nie żałujemy. Powiem więcej, mamy ochotę za rok zrobić to po raz trzeci!


Cel naszej podróży nie różnił się od zeszłorocznego. Była nim Gdynia. Stamtąd planowałyśmy udawać się na bliższe i dalsze wycieczki. Pierwszego dnia odwiedziłyśmy Skwer Kościuszki i gdyńską plażę. Był czas na zabawę na znajdującym się na plaży placu zabaw, który Tosia uwielbia i na gofry w jednej z niewielu otwartych kawiarni. Cisza, spokój, jod i czyste powietrze. Miła odskocznia od smogu unoszącego się nad naszą okolicą.

Drugiego dnia wybrałyśmy się do Gdańska. Tosia jeszcze w drodze pytała, czy pójdziemy do Europejskiego Centrum Solidarności, bo chciałaby znowu pobawić się w tamtejszej sali zabaw. Ja miałam jednak dla niej nieco inną propozycję. Na kilku blogach natknęłam się na informacje o Ośrodku Kultury Morskiej i postanowiłam zabrać Tosię właśnie tam. Skusiła mnie oczywiście interaktywna wystawa "Ludzie-Statki-Porty", którą oglądać można na pierwszym piętrze ośrodka. Bilety kupuje się na konkretną godzinę (normalny kosztuje 8 zł, ulgowy 5 zł, są jeszcze bilety rodzinne, a dzieci do 7. roku życia wchodzą na wystawę bezpłatnie). Zwiedzających nie było wielu, ale pustkami sala również nie świeciła. 





Co można w niej zobaczyć? Lepiej zapytać, czego można w niej doświadczyć? Dzieci poznają świat morza, statków i wielkich podróży. Kiedy nasza grupa przekroczyła próg sali, w której znajduje się wystawa, wszyscy pognali w stronę basenu ze zdalnie sterowanymi statkami. Tosia również od razu zwróciła na nią uwagę, ale zaproponowałam jej, żebyśmy oglądały wystawę zgodnie z kolejnością. Na początek globus. Nie był to jednak zwyczajny model kuli ziemskiej, a gra, w której dzieci mogły sprawdzić swoją spostrzegawczość i wiedzę z zakresu geografii. Pozostałe atrakcje były równie rozwijające. Tosia poznawała zasadę powstawania tsunami, zgłębiała budowę różnych rodzajów napędów statków i nadawała komunikaty alfabetem Morse'a. 







Mogła sprawdzić się w pracy w porcie, stanąć przy sterze i wejść do środka łodzi podwodnej. Gdyby miała 5 centymetrów więcej mogłaby zjechać rękawem ratunkowym. Nie zabrakło również czasu na sterowanie statkami, choć mam wrażenie, że dla Tosi nie było ono największą atrakcją. Tę tak naprawdę wskazać mi trudno, bo Tosia była (chyba) przy każdym stanowisku i wszystkie one bardzo jej się podobały. Poznawała nowe rzeczy, poszerzała swoją wiedzę i, co najważniejsze, świetnie się przy tym bawiła. Nie tylko ona, bo na mnie ta niewielka w stosunku do ogromu atrakcji przestrzeń również wywarła ogromne wrażenie. Myślę, że przy okazji kolejnej wizyty w Gdańsku tam wrócimy!
Wystawa interaktywna w Ośrodku Kultury Morskiej, to moim zdaniem, jedna z najciekawszych atrakcji czekających na dzieci w Trójmieście. Spodoba się zarówno kilkuletnim brzdącom, jak i młodszym nastolatkom. Ani starsze, ani młodsze rodzeństwo nie powinno się tam nudzić. Ogromny plus za określenie przy każdym stanowisku wieku, dla którego jest adresowane. Tosia oczywiście wypróbowała każde z nich, jednak część była dla niej zdecydowanie za trudna. To nic, będzie okazja do powrotu! Bardzo podobało mi się również zachowanie obsługi, która kręciła się po całej sali i w miarę potrzeb pomagała i służyła radą. 








Z Ośrodka Kultury Morskiej promem dostałyśmy się na drugą stronę Motławy, bo Tosia koniecznie chciała zobaczyć Sołdka. Patrząc na to, jak wielkie wrażenie robią na niej statki, zaczynam się zastanawiać, czy za kilkanaście lat nie wypłynie nam w jakiś rejs. Sołdek, czyli pierwszy wybudowany po wojnie polski statek handlowy, pełni rolę statku-muzeum, stoi przy brzegu Motławy czeka na turystów. Tych na pokładzie nie brakowało, więc czasem z trudem mijaliśmy się w wąskich korytarzach. Nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na komfort zwiedzania. Miałyśmy możliwość zajrzenia w każdy dostępny zakamarek i w 100% z niej skorzystałyśmy!


Tego dnia udało nam się w końcu dotrzeć do Sopotu. Byliśmy z Tosią w Trójmieście tyle razy, a na sopockie molo jakoś nigdy nie było nam po drodze. Ale co się odwlecze... Spacer w zimowej aurze jest równie przyjemny, co latem. A może nawet znacznie przyjemniejszy, bo tłumy znacznie mniejsze.


Co robiłyśmy w kolejnych dniach? Tego się TUTAJ!