poniedziałek, 25 czerwca 2018

Plecak Topgal, czy warto? Opinia po pierwszym roku:)

Niespełna rok temu pojawiły się tu dwa artykuły, do których przez ten czas prawie każdego dnia ktoś zaglądał. Teraz sama wracam do tych wpisów. Dlaczego? Bo rok temu, kiedy wybieraliśmy plecak dla Tosi, byłam przekonana, że dokonuję najlepszego wyboru. Chwalili tę firmę moi znajomi, więc miałam nadzieję, że równie zadowoleni będziemy i my. 



Minął rok i z pełnym przekonaniem sprawiam, że wszyscy, którzy chwalili plecaki Topgal, mieli rację. Wybrany niespełna rok (padło na model CHI 880) temu tornister sprawdził się świetnie. Tosia używała go przez cały czas i na pewno będzie używać dalej. Nie narzekała na jego wagę (ta w zależności od modelu wynosi od 0,84 kg do 1,4 kg) i chętnie nosiła go sama (a do szkoły najczęściej chodziła pieszo). Sprawdziły się regulowane szelki, dzięki którym mogliśmy dopasować plecak do jej wzrostu, ale również do stroju (tu mam na myśli zimową kurtkę). Sprawdziła się jedna duża kieszeń, podzielona wewnątrz na kilka mniejszych oraz mała kieszeń na śniadaniówkę i druga, w której Tosia nosiła chusteczki. Przydały się odblaski i kieszeń na bidon. Sprawdził się lekki stelaż usztywniający tył tornistra. Tosia mogła czuć się bezpiecznie dzięki odblaskom. Oddychający materiał, z którego uszyto tył plecaka, wypełnił swoje zadanie doskonale, bo plecy Tosi nigdy nie były mokre. Wytrzymało wzmocnione dno, na którym nie widać żadnych śladów użytkowania. Nasze zadowolenie z Topgala rosło z każdym dniem. Teraz tornister udaje się na zasłużony odpoczynek, bo we wrześniu znowu ruszy z Tosią do szkoły.







Kupować nowego plecaka nie musimy, bo tak jak mówili mi wszyscy, którzy kupili swoim dzieciom plecaki Topgal, potwierdzam, że nie jest to produkt dla ludzi, którzy lubią zmiany. Tosi zdarzało się ciągnąć go po podłodze, rzucić w kąt w świetlicy, a nawet wylać na niego jogurt. I co? I nic! Wilgotna szmatka i po sprawie. Plecak czysty, dziecko spokojne, matka zadowolona. Nie ma śladu ani po plamie, ani po jej usuwaniu. Prujące się nitki? To też nie tutaj. Wyrwane zamki? Niestety, to nie Topgal. A może zniszczone szelki? Pęknięty zatrzask od pasa piersiowego? Tutaj również Topgal spisał się bez zarzutu. To może jednak kolor? Broniłam się przed tak jasnym tornistrem, ale Tosia o innym nie chciała słyszeć. I dobrze, bo kolory ma takie jakie miał, a biały białym pozostał. Mimo tego, że chodziliśmy do szkoły pieszo, że plecakowi zdarzało się zmoknąć na jesiennym deszczu (a i na letnim sprzed paru dni również), noszono go w pełnym słońcu i na mrozie. Lepszego wyboru dokonać nie mogliśmy;)




piątek, 22 czerwca 2018

Nasz patronat: "Drogocenna ćma" (Wydawnictwo Dwukropek)

Zawsze, kiedy biorę do ręki drugi (i każdy kolejny) tom serii, która mnie zachwyciła, mam spore obawy. Boję się, że autor mógł nie sprostać pokładanym w nim nadziejom, że wykorzystał najlepsze pomysły we wcześniejszym tomie i teraz będzie jedynie powielał schematy, nudził i rozczarowywał. Na szczęście nie zdarza mi się to często, na szczęście są autorzy, którzy kolejne tomy piszą jeszcze lepsze, niż pierwsze.


Drogocenna ćma to druga część detektywistyczno-kryminalnej serii retro "Tajemnice domu handlowego Sinclairs". W pierwszym tomie pod tytułem Pozytywka (KLIK), przenieśliśmy się do Londynu z początków XX wie. Główna bohaterka tej historii, biedna sierota Sophie, została wplątana w sprawę kradzieży wyjątkowej pozytywki. Dziewczyna musiała udowodnić, że jest niewinna, a pomogli jej w tym nowi przyjaciele. Wszyscy oni powracają w drugiej książce i znowu mają do rozwikłania tajemniczą sprawę. O pomoc do Sophie i Lil zwróciła się Veronica Whiteley. Dziewczyna jest córką właściciela kopalń, obecnie debiutuje na salonach i już niedługo zostanie narzeczoną lorda Beaucastle. Sprawa, którą chce im powierzyć wiąże się bezpośrednio z jej przyszłym narzeczonym. Lord ofiarował jej wyjątkowo cenną broszkę w kształcie ćmy. Wkomponowano w nią drogocenny diament Światło Księżyca. Ten kamień jest nie tylko piękny, ale również tajemniczy i bardzo niebezpieczny. Ci, którzy go posiadają muszą na siebie bardzo uważać... Veronica nic na ten temat nie wie, więc chce koniecznie broszkę odzyskać, a młodzi detektywi mają jej w tym pomóc.



Narracja Drogocennej ćmy toczy się na dwóch płaszczyznach. Oprócz bogatego West Endu, tamtejszych ekskluzywnych domów handlowych i skupionych na sobie debiutantek, mamy jeszcze biedny East End i China Town. Tu mieszka Mei, której rodzina była ze Światłem Księżyca bardzo związana. Tu również panoszą się ludzie Barona, których poznaliśmy w pierwszym tomie przygód Sophie. Teraz grożą mieszkańcom China Town. Co łączy ich z Lordem? I dlaczego zagubiona broszka to tak naprawdę najmniejsze zmartwienie panny Whiteley? Tego dowiecie się z książki.



Z jednej strony chciałabym opowiedzieć Wam całą fabułę, ale wiem, że tego zrobić nie mogę. Bo nie będziecie mieli frajdy z czytania tej książki. Napiszę więc jeszcze kilka ciepłych słów na jej temat. Seria "Tajemnice domu handlowego Sinclairs" adresowana jest do młodych czytelników i jestem przekonana, że na pewno im się spodoba. Ale przypadnie ona do gustu również dorosłym czytelnikom i im lektura tych książek sprawi taką samą przyjemność. Trudno oprzeć się niezwykłemu klimatowi tych książek. Poza tym, dlaczego ktoś miałby próbować im się opierać? "Tajemnice domu handlowego Sinclairs" po prostu trzeba przeczytać. Zachwyca fabuła, zachwyca oprawa graficzna polskiego wydania, którą przygotował jeden z naszych ulubionych artystów, czyli Maciej Szymanowicz. Ilustracji nie ma wiele, ale każda z nich jest absolutnie wyjątkowa. Tak jak opowieść o Sophie i jej przyjaciołach.


Zachęciłam Was to przeczytania książek Katherine Woodfine? To zanim pobiegniecie do księgarni, możecie, dzięki Wydawnictwu Dwukropek, je wygrać. Mam dla Was 5 egz. Drogocennej ćmy


Pytanie konkursowe brzmi:

Czy znacie inne miasto (oprócz Londynu), które mogłoby być tłem dla powieści detektywistycznych?

Odpowiedzi możecie udzielać pod tą recenzją albo na FB. 

Na odpowiedzi czekam do następnego piątku (29.06.2018), a zwycięzcę ogłoszę w poniedziałek 2 lipca. 

Drogocenna ćma
Katherine Woodfine
ilustracje Maciej Szymanowicz
tłumaczenie Jolanta Dobrowolska
Wydawnictwo Dwukropek, 2018

środa, 20 czerwca 2018

"Kotki Dorotki. Czytam uważnie" (Centrum Edukacji Dziecięcej)

Mijający właśnie rok szkolny dużo zmienił w życiu Tosi. We wrześniu po raz pierwszy przekroczyła próg szkoły. Ani się obejrzeliśmy, a za kilka dni odbierze pierwsze w swoim życiu szkolne świadectwo. Sporo się w tym czasie nauczyła, bardzo się zmieniła. Największy postęp zrobiła jednak w samodzielnym czytaniu. Jest to na pewno zasługa szkoły, ale również, a może przede wszystkim jej pracy, bo przecież to ona, a nie inni ludzie czytali te wszystkie książki.

Pamiętam jak jesienią Tosia zabierała się za Pieski Tereski (KLIK), fantastyczną książkę opartą na metodzie sylabowej. Pochłonęła te historie w zaskakującym tempie, czytanie opowiadań Joanny Krzyżanek sprawiło jej ogromną przyjemność. Do tej pory chętnie do nich wraca. Dlatego ucieszyła się, kiedy dowiedziała się o tym, że planowane jest wydanie drugiej części. Tym razem psy zastąpiły koty, a dokładnie Kotki Dorotki. Taki właśnie tytuł nadała Joanna Krzyżanek drugiej książce wspomagającej naukę czytania. 


Podtytuł książki brzmi Czytam uważnie i trzeba przyznać, że właśnie to uważne czytanie jest tutaj na pierwszym miejscu. Bo niemal na każdej stronie, oprócz opowiadania, znaleźć można pytania sprawdzające rozumienie tekstu. To zmusza (oczywiście w sensie pozytywnym) do uważnego czytania. Bardzo podoba mi się to, że pytania znajdują się na każdej stronie. Dzięki temu dzieci, które dopiero uczą się łączyć czytanie z rozumieniem tekstu nie muszą zapamiętywać całego tekstu, ale mogą opowiadać na pytania po przeczytaniu krótszych fragmentów. To koncepcja bardzo oryginalna, bo do tej pory spotykaliśmy się z książkami, w których pytania znajdowały się jedynie na końcu tekstu i sprawdzały rozumienie całości. 

A o czym dzieci będą czytać?

O tajemniczej, czerwonej kulce, która wszystkich zachwycała, ale nikt nie wiedział jaka ona tak naprawdę jest. Jest historia o Tontonie i Tomie, którzy byli sąsiadami i bardzo (nie tylko wizualnie) się od siebie różnili. Ważne dla dzieci może być opowiadanie o Pani Nieumiem. Jego przesłanie powinien poznać i przyswoić sobie każdy. Jest w końcu opowiadanie, które dało tytuł całemu zbiorowi. Z niego dowiedzieć się można skąd wzięły się tytułowej kotki i ile tych kotków tak naprawdę jest. Tosi najbardziej spodobała się historia Florentyny Puli, miłośniczki drożdżowych  babeczek, dokarmiającej okruchami przechadzające się po parku ptaki.




Opowiadań jest dziesięć, więc naprawdę jest w czym wybierać. Każdy, bez względu na zainteresowania, znajdzie coś dla siebie. Rozdziały można wybierać również w zależności od umiejętności, bo najkrótsze mają dziesięć, a najdłuższe prawie dwadzieścia stron. Wszystkie opowiadania są bogato ilustrowane. O szatę graficzną Kotków Dorotki zadbał, podobnie jak w Pieskach Tereski, Zenon Wiewiurka. Dzięki temu jest kolorowo i wesoło. To piękne wprowadzenie dzieci w świat samodzielnego czytania i rozumienia tego, co czytają. Bo przecież nie tylko o składnie wyrazów chodzi. Dlatego, jeśli szukacie wakacyjnej (ale nie tylko) lektury dla dzieci z pierwszych klas szkół podstawowych, przyjrzyjcie się Kotkom Dorotki. One w tej roli sprawdzą się znakomicie. Miau!




Kotki Dorotki. Czytam uważnie
Joanna Krzyżanek
ilustracje Zenon Wiewiurka 
Centrum Edukacji Dziecięcej, 2018

 

wtorek, 19 czerwca 2018

"Camping jak z bajki. Toskania" (CampRest)

Wakacje to zawsze wyjątkowy czas. Nie jest ważne, który kierunek obierzemy, czeka na nas przygoda. Jedni wybierają luksusowe hotele, inni szukają spokojnych pensjonatów. Są również takie osoby, które wolą zupełnie inne miejsca. I albo stawiają na wakacje objazdowe i każdą noc spędzają w innej lokalizacji, albo... decydują się nocować na campingu!


Przyznam się od razu, że ja wakacji na campingu nie spędziłam nigdy, więc książka Camping jak z bajki. Toskania moją uwagę zwróciła od razu. Myślałam, że będzie to coś na kształt poradnika dla takich ludzi jak ja, okazało się jednak, że oprócz wskazówek dotyczących takiego wyjazdu, znaleźć tu można również zagadki. Na każdej stronie dzieci znajdują kilka pytań, na które muszą odpowiedzieć. Bardziej od wiedzy przyda się tutaj spostrzegawczość. Na kolejnych obrazkach roi się od szczegółów. Dzieci będą musiały liczyć namioty, zastanawiać się gdzie na campingu można spać. Sprawdzą co zamówili na obiad główni bohaterowie tej historii i przekonają się, czy mogliby wykonywać zawód kelnera. Poćwiczą podstawowe włoskie słówka i dowiedzą się, co ciekawego można zobaczyć we Florencji. Nudzić się z tą książką na pewno nie można. A czy zachęca ona do wyprawy do Włoch? Na pewno tak, ale przede wszystkim zachęca do zaryzykowania i wybrania się na nieco bardziej szalone wakacje:)



Książek kartonowych wydano wiele, ale takiej sobie nie przypominam. Książek o wakacjach również napisano sporo, ale książki o wakacjach na campingu przypomnieć sobie nie mogę. Ktoś powie, że to zwyczajna wyszukiwanka z zagadkami. Nic bardziej mylnego. Camping jak z bajki to coś znacznie więcej. Po pierwsze, jest to opowieść o bardzo oryginalnych wakacjach. Po drugie, to książka, która umili dzieciom każdą wolną chwilę.  I wreszcie po trzecie, ta książka została przepięknie wydana! Cudowne, stonowane kolory, piękne ilustracje, kreatywne zadania i liczne ciekawostki. Tak, to jest książka, którą naprawdę warto mieć.




Camping jak z bajki. Toskania
ilustracje Syliwa Dili Doliszna
tekst A. Hajdukiewicz, K. Kozłowska
CampRest, 2018


Książkę kupicie
 

poniedziałek, 18 czerwca 2018

"La La Lalki" (Teatr Animacji)

Każde wyjście do teatru to dla Tosi duże przeżycie. Lubi oglądać spektakle dla dzieci, ja widzę, że sprawia jej to przyjemność i dlatego robię wszystko, żeby jej zainteresowanie teatrem rozwijać i podsycać, a z drugiej strony zależy mi również na tym, żeby jej do teatru nie zniechęcić. 

Pomocą służy mi poznański Teatr Animacji, którego spektakle dają na szansę na przeżycie czegoś naprawdę wyjątkowego. Każda wizyta w jego gościnnych progach to nowa, zupełnie inna przygoda. Tym razem było tak samo, choć przez chwilę miałam wątpliwości, czy spektakl La la laki to na pewno propozycja dla niej.


Najnowsza premiera Teatru Animacji nie jest bowiem tradycyjnie rozwijającą się opowieścią. Mamy tu raczej zbiór luźno połączonych piosenek, które łączy wspólny mianownik. Śpiewają je lalki, które są również bohaterami spektaklu. Nie zostały one jednak specjalnie na ten spektakl wykonane. Malina Prześluga (autorka tekstu) i Artur Romański (reżyser spektaklu) dali drugie życie lalkom, które od lat zalegają w teatralnych magazynach. Leżą tam pokryte kurzem i pajęczynami marząc o powrocie na scenę albo wspominając dobre czasy, kiedy były gwiazdami. Mnóstwo w nich żalu i goryczy. Jedne są smutne, inne bywają niegrzeczne, a nawet agresywne. Niektóre z nich przypominają, że bez lalkarza nie istnieją. Inne próbują lalkarzem dyrygować, grożą mu albo próbują go zmienić na (ich zdaniem) lepszego. Smutny to widok... Lalka to tylko lalka, zabawki kiedy się znudzą albo kiedy dzieci z nich wyrosną również trafiają do piwnicy. Teatralne lalki dostały jednak drugie życie i świetnie to wykorzystały. Oczywiście dzięki aktorom. Ci po raz kolejny udowodnili, jak fantastyczny jest zespół poznańskiego Teatru Animacji. Dobrze śpiewają, doskonale współgrają z obecnym na scenie zespołem muzycznym, świetnie się ruszają. Raz są lalkarzami dającymi życie lalkom, innym razem sami stają się lalkami, poruszając się w charakterystyczny dla nich sposób. Ożywiają pacynki, kukiełki i marionetki. Podbijają serca i wzbudzają zachwyt młodszych i starszych widzów. Spoglądałam kątem oka na Tosię, widziałam jak bardzo była przejęta, a jednocześnie zachwycona. Chciałaby, żeby teatr zawsze budził w niej takie emocje.

Czy La la lalki to spektakl dla wszystkich? Wydaje mi się, że nie, a już na pewno nie jest to przedstawienie dla dzieci młodszych, niż grupa docelowa (tę Teatr Animacji określił jako widzów w wieku 7+). Tosia siedmiu lat jeszcze nie skończyła, ale przedstawień widziała sporo, więc ona ideę La la Lalek zrozumiała. Słyszałam jednak za plecami głosy znudzonych, a nawet przestraszonych maluchów. Dlatego apeluję do rodziców, sprawdzajcie kategorię wiekową, kiedy wybieracie się z dzieckiem do teatru. Zabierając je na spektakle dla nich za trudne nie tylko marnujecie czas i pieniądze, ale przede wszystkim jesteście na najlepszej drodze do tego, żeby dziecko do chodzenia do teatru zniechęcić. A tego przecież nie chcecie! 





Zdjęcia pochodzą ze strony Teatru Animacji
(fot. Jakub Wittchen)

La la Lalki
Malina Prześluga
reżyseria Artur Romański
muzyka Tomasz Lewandowski
  premiera 9 czerwca 2018 r.

Teatr Animacji w Poznaniu

piątek, 15 czerwca 2018

"W Robaczkowie" (Wydawnictwo Dwukropek)

Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy będąc poza domem nie wyrzucają śmieci do kosza. Nie mieści mi się to w głowie i budzi mój głęboki sprzeciw. Nasze śmieci trafiają zawsze tam, gdzie jest ich miejsce. Tego również staramy się uczyć Tosię i mamy nadzieję, że kiedy podrośnie na tyle, że kiedy zacznie sama spacerować po mieście, śmieci będzie wyrzucać do kosza, a nie na ulicę. 


W tym, że na ulicę/w trawę/w krzaki wyrzucać się ich nie powinno utwierdziła ją przeczytana przez nas ostatnio książka W Robaczkowie. Jej bohaterami są owady, te, które spotykamy każdego dnia i takie, o których istnieniu mogliśmy do tej pory nie wiedzieć. Wszyscy oni przygotowują się do Święta Łąki. Uroczystość zbliża się wielkimi krokami, przygotowania nabierają tempa, wszyscy starają się uporać z powierzonymi im zadaniami. Nastrój radosnego oczekiwania panuje również w przedszkolu. Najmłodszym członkom owadziego rodu przypadło trudne i ważne zadanie. Dzieci przygotowują przedstawienie, które zobaczy całe Robaczkowo. Zanim jednak rozpoczną się próby dzieci udadzą się na wycieczkę. Dokąd? Oczywiście na łąkę, tu będą szukać skarbów. Czy je znajdą. I tak, i nie, bo oprócz pięknych kwiatów, złotego piasku i starego dębu, trafią również na sterty śmieci... Rozbite słoiki, puste puszki, niedopałki papierosów, to tylko część tego, co owadzie dzieci znalazły na pięknej łące. Widok ani nie napawa optymizmem, ani nie zachęca do świętowania. Trzeba wziąć się do pracy zanim nadejdzie dzień Święta Łąki. Tylko czy nasi bohaterowie zdążą z porządkami?



O ekologii napisano sporo. Co wyróżnia tę? Po pierwsze format. Jest naprawdę ogromny! Właśnie dlatego najlepiej będzie czytać tę książkę na podłodze. Przyda się to z jeszcze jednego powodu, każda ilustracja jest niezwykle szczegółowa. Można zobaczyć tam wszystkich bohaterów, warto przyjrzeć im się bliżej. Całą historię zilustrowała Monika Suska, dzięki niej dzieci poznają owady, o których być może nigdy nie słyszały. Ich nazwy poznają dzięki opowieści Katarzyny Biegańskiej. Historia jest interesująca, zaskakująca, a przede wszystkim bardzo mądra! Takie książki dają nadzieję, że najmłodsze pokolenie będzie lepsze, mądrzejsze i łaskawsze dla naszego środowiska!




W Robaczkowie
Katarzyna Biegańska
ilustracje Monika Suska
Wydawnictwo Dwukropek, 2018

 

czwartek, 14 czerwca 2018

"Piszczek. To, co naprawdę jest ważne" (EGMONT)

Od tego dnia minęły już dwa lata. Dwa lata temu polska reprezentacja w piłce nożnej rozegrała pierwszy mecz na Euro 2016. Oglądaliśmy go razem z Tosią, nie był to pierwszy mecz, który w życiu widziała, ale był to na pewno pierwszy, który obejrzała z zainteresowaniem. Zapamiętała nawet z tego meczu nazwisko jednego zawodnika. Łukasza Piszczka!

Od dwóch lat obrońca reprezentacji Polski jest jej ulubionym piłkarzem. Może i nie ogląda meczów przez bite 90 minut, ale jeśli Piszczek gra, Tosia ten mecz stara się oglądać. Szczerze? Nie wiem, dlaczego akurat on zwrócił jej uwagę, w końcu to raczej strzelający gole napastnicy, a nie obrońcy stają się bohaterami i to o nich mówi się zdecydowanie więcej. Tosia jednak poszła pod prąd i na idola wybrała sobie Łukasza Piszczka. Nie dziwi, więc fakt, że kiedy powiedziałam jej o premierze książki poświęconej właśnie jemu, zapragnęła ją mieć.


I to właśnie ta książka była numerem 1 do kupienia na Warszawskich Tarach Książki. Kupiła, obejrzała zdjęcia i zaczęła czytać w towarzystwie taty. Widziałam, że każde z nich miało z tego sporą frajdę. Absolutnie mnie to nie dziwi, bo książka Jarosława Kaczmarka to świetna propozycja dla wszystkich fanów futbolu. Jej głównym bohaterem jest oczywiście Łukasz Piszczek, ale jego życie i kariera przedstawione jest w kontekście historii piłki nożnej. Dzięki temu lektura zainteresuje nie tylko fanów obrońcy Borussi Dortmund, ale również tych, którzy po prostu lubią piłkę nożną. Oprócz opowieści o futbolu mamy tu również opowieść o nieśmiałym chłopaku, który (choć niektórzy w to nie wierzyli) zrobił światową karierę i stał się jednym z najlepszych obrońców na świecie. Doszedł do tego oczywiście ciężką pracą. Nie poddał się, kiedy trapiły go kontuzje, wyciągnął wnioski z błędów, które popełniał jako młody piłkarz i ćwiczył, ćwiczył, ćwiczył. Czytając tę książkę ma się wrażenie, że mimo wielkiej kariery i wielkich sukcesów, Piszczek niemal się nie zmienił i nadal pozostał skromnym człowiekiem, którego bardziej od futbolowego biznesu interesuje to, żeby być po prostu dobrym, a nawet najlepszym piłkarzem. 

W książce znajdziecie oczywiście mnóstwo zdjęć. Tych współczesnych i archiwalnych. Na nich zobaczyć można pierwsze boisko, na którym grał Piszczek, puchary, które zdobywał z Gwarkiem Zabrze, na jednym ze zdjęć znalazło się nawet jego ulubione danie. Tosia była zachwycona, bo jak się okazało gusta kulinarne mają podobne;) 



Książkę czyta się szybko i z przyjemnością. Historia na pewno zainteresuje młodych czytelników. Starszych też, bo dzięki niej lepiej poznają obrońcę naszej reprezentacji. A oprócz tego przeczytają również interesującą opowieść o spełnianiu marzeń, walce z przeciwnościami losu i dążeniu do celu. Te cechy przydadzą się każdemu człowiekowi, nie tylko takiemu, który planuje zostać piłkarzem!



 

Piszczek. To, co naprawdę jest ważne
Jarosław Kaczmarek
EGMONT, 2018
wiek 8+