piątek, 30 czerwca 2017

W poszukiwaniu niedźwiadka... "Operacja cyrk" (Media Rodzina)

Oj czekała Tosia na tę książkę, czekała. Mogę śmiało powiedzieć, że jest to jej ulubiona seria. Kto śledzi nas na Instagramie widział zapewne zdjęcie, które zrobiłam tuż po powrocie z Warszawy. Tosia zaciekle przeszukiwała moją walizkę w poszukiwaniu kolejnego tomu przygód swoich ulubionych bohaterów, a kiedy tylko ją znalazła, usiadła na podłodze i zaczęła ją przeglądać. Cyrkowe artystki w pięknych strojach wzbudziły zachwyt małej czytelniczki. A potem zaczęłyśmy tę książkę czytać i oczywiście nie zawiodłyśmy się!


Tak kolorowej część jeszcze nie było. Podejrzewałyśmy jednak, że historia będzie dotyczyć czegoś, co stało się w cyrku. A tu niespodzianka! Bo sprawa, którą muszą rozwiązać Tiril i Oliver wcale nie dotyczy zaginionego słonia, ani uprowadzonej akrobatki. Tym razem zniknęła figurka! Nie należała ona jednak do dyrektora cyrku, jej właścicielem był Dziadek Franz. Który, jak czytamy na początku książki: Objechał cały świat. Widział i przeżył prawie wszystko. Kolekcjonuje rzeczy, których ma pełen dom. Dziadek ma w domu mnóstwo cennych rzeczy, ale złodziej, który włamał się do jego domu ukradł figurkę misia. Jak mogło do tego dojść? Cała sytuacja jest mocno związana z przyjazdem cyrku, bo do kradzieży doszło w momencie, kiedy całe Elvestad uczestniczyło w paradzie. Parada została zorganizowana przez członków cyrku, którzy w ten sposób chcieli zachęcić mieszkańców miasteczka do przyjścia na przedstawienie. Właśnie w tym czasie ktoś musiał włamać się do domu dziadka. Do akcji wkraczają niezawodni Oliver i Tiril. Sprawa wydaje się wyjątkowo dziwna. Po co ktoś miałby kraść zwykłą porcelanową figurkę? Wszystko wyjaśnia im dziadek, który uświadamia dzieciom, że drugiej takiej figurki nie ma na całym świecie. Stanowi ona część kompletu, na który składały się cztery figurki bohaterów baśni Złotowłosa i trzy misie. Każda z nich należy do kogoś innego. Czy to oznacza, że ukradł ją inny kolekcjoner? Te podejrzenia nasuwają się naturalnie, ale wkrótce dzieci dowiadują się, że kilka dni temu zniknął jeszcze jeden miś...

Dobrze wiecie, że Tosia uwielbia tę serię. Pisałam o niej nie raz, a te książki są stałym elementem naszej biblioteczki. Operacja cyrk to dziewiąty tom przygód młodych detektywów z Elvestad. Czy podobał nam się tak samo, jak poprzednie? Oczywiście! Ba! Mogę nawet powiedzieć, że podobał nam się bardziej, bo ta książka zaskakiwała nas od pierwszej do ostatniej strony. Była chyba najbardziej nieprzewidywalną częścią opowiadającą o przygodach Biura Detektywistycznego nr 2. Czytaliśmy ją z jeszcze większą przyjemnością, niż wcześniejsze tomy. Klauni, akrobaci, kolorowa parada, a do tego tajemnicza kradzież niemal doskonała. Emocji nie zabraknie, a przecież takie książki lubi się najbardziej, prawda? 

Seria Operacje ma jeszcze jedną ogromną zaletę! Duże litery! Bez problemu samodzielnie przeczytają ją początkujący czytelnicy. Dlatego, jeśli szukacie książki, którą moglibyście zaproponować swojemu dziecku, nie musicie się już nad tym głowić. Przygody Olivera i Tiril spodobają mu się na pewno. 
  








Operacja Cyrk
Jørn Lier Horst

Ilustracje Hans Jørgen Sandnes

Tłumaczenie Katarzyna Tunkiel
 Wydawnictwo Media Rodzina, 2017
Wiek 6+

środa, 28 czerwca 2017

Środowe recenzje: Chcesz, żeby Twoje dziecko nauczyło się czytać?

Tosia przyzwyczaiła nas, że na niektóre rzeczy musimy trochę poczekać. Odpieluchowała się błyskawicznie mając osiemnaście miesięcy, ale nakładkę na toaletę porzuciła dopiero mając niemal cztery lata! Katar? Oj, oczekiwania na samodzielne wydmuchiwanie nosa trwało jeszcze dłużej. W ostatnim czasie zaczęliśmy się zastanawiać, kiedy Tosia nauczy się czytać, bo choć litery interesowały ją od dłuższego czasu, chętniej je pisała, niż składała w sylaby i wyrazy. Nie traciliśmy cierpliwości, raczej nadzieję. Z drugiej jednak strony wiedzieliśmy, że w końcu czytać się nauczy. Nagle coś zaskoczyło, Tosię zaczęło interesować budowanie wyrazów. Od tej pory każde słowo, które rzuciło jej się w oczy rozkładała na czynniki pierwsze. A ja postanowiłam kuć żelazo póki gorące i poszukać dla niej jakiś nowych książek, które mogłyby te niespodziewane ciągoty rozwinąć. Elementarzy mamy w domu mnóstwo, większe, mniejsze, kolorowe i czarno-białe. Żadne nie wzbudzały jej zainteresowania. Nauczona wcześniejszymi doświadczeniami postanowiłam poczekać, wtedy zobaczyłam na FB zapowiedź serii "Przygoda z czytaniem". Przygotowało ją dobrze znane nam wydawnictwo Ameet, z którym Tosia uczyła się pisać litery i cyfry. Kiedy na Warszawskich Targach Książki natknęłam się na stoisko wydawnictwa od razu ruszyłam w jego kierunku i kupiłam dwie książeczki z nowej serii.


Zaraz po powrocie do domu pokazałam je Tosi. Najbardziej spodobały jej się postaci znane z bajek. Przez pierwszy poziom przeprowadziła ją księżniczka Zosia, w drugim spotkała tak lubiane przez nią księżniczki z bajek Disneya. Długo oglądała każdą stronę i dopasowywała napisy do obrazków. Z pierwszymi szło jej dobrze, schody zaczęły się później, kiedy zdania zaczęły się komplikować. Tu z pomocą przyszliśmy my, czyli rodzice i kolejne zdania czytaliśmy wspólnie. A potem zaczęliśmy każdy wyraz rozkładać na czynniki pierwsze, czyli dzielić na sylaby. Raz było łatwiej, raz trudniej, ale dzięki tym książkom Tosia uwierzyła w swoje siły. Od tej pory nie ma dnia, żebyśmy nie korzystali z tych książeczek. Do dwóch przywiezionych z Warszawy dołączyły kolejne, więc słów do czytania Tosia ma dwa razy więcej. I z zapałem oraz rosnącą radością z poszczególnych liter buduje sylaby, a potem wyrazy. Na pewno pomagają w tym bajkowi bohaterowie. Nie ukrywam, że ich obecność na stronach książek sprawiła, że zdecydowałam się po nie sięgnąć. I nie żałuję. 

Dwa pierwsze poziomy serii opierają się na metodzie czytania globalnego. Korzystać z niej dzieci poniżej szóstego roku życia. Jej zasadą jest zapamiętywanie wyglądu wyrazu i łączenie go z konkretnym przedmiotem. Słyszałam o niej już dawno, ale odstraszały mnie ceny materiałów potrzebnych do nauki. Te książeczki nie są drogie, nawet, jeśli okaże się, że Wasza pociecha nie przejawia jeszcze chęci do czytania, będziecie mieli ładnie wydaną książkę z ulubieńcami maluchów. 

A co dokładnie znajdziemy w środku?

Poziom 1 Będę czytać, w nim duże obrazki przedstawiające bajkowych bohaterów uzupełnione zostały krótkimi i prostymi podpisami, prostsze To jest Zosia. Zosia ma sukienkę albo nieco dłuższe i trudniejsze, jak na przykład Goofy gra w piłkę. Miki też gra, a Minnie skacze. Zgodnie z zasadami metody globalnej dzieci mają zapamiętać całościowy wygląd wyrazu. Co ważne, do korzystania z książeczek na tym poziomie nie jest wymagana znajomość liter.






Poziom 2 Czytam z mamą i tatą, również korzysta z metody globalnej, ale na wyższym poziomie. Żeby przeczytać całość tekstu potrzebna będzie pomoc rodziców. Na tym poziomie urozmaicona jest również warstwa graficzna książek. Mamy duże obrazki, na których umieszczono wiele małych elementów, wiele z nich wskazują strzałki, obok których umieszczono podpisy z ich nazwami. Mamy mniejsze obrazki pokazujące bajkowych postaci, pod którymi znajdują się cztery wyrazy, których wygląd dziecko ma zapamiętać. Obok zobaczyć (i przeczytać) można dłuższy, rymowany tekst odnoszący się do bohaterów. Część wyrazów została nie tylko zapisana, ale również narysowana, więc dzieci będą mogły skojarzyć wygląd wyrazu z piktogramem. Wyrazów jest całkiem sporo, więc po zapoznaniu się z całą książeczką dzieci poznają wiele nowych słów. 





Jak widzicie wykorzystaliśmy te książki w nieco inny sposób, niż przewidział wydawca. Wynika to jedynie z tego, że Tosia w zerówce opanowała do perfekcji znajomość liter i uczyła się budować z nich sylaby. Nie przeszkodziło jej to jednak w korzystaniu z tych książeczek. Dlatego, jeśli ktoś zastanawia się, czy jego sześcioletnie, znające już litery dziecko, nie jest na te książki za duże, odpowiadam z pełnym przekonaniem NIE! Tosia jest tego najlepszym dowodem. Dzięki tym książeczkom nauka czytania nie jest dla niej przykrym obowiązkiem, ale szansą na samodzielne poznawanie przygód ulubionych bohaterów. A na najpilniejszych uczniów czeka nagroda! Na końcu każdej książeczki dzieci znajdą naklejki, które będą mogły przykleić w odpowiednim miejscu po przeczytaniu kolejnych zdań oraz dyplom czytelnika! To chyba najlepsza motywacja dla maluchów:)



Te cztery książeczki to dopiero początek serii, bo już niedługo ukażą się kolejne:
poziom 3 Karty do nauki alfabetu
poziom 4 Czytanie metodą sylabową
poziom 5 Czytanie metodą analityczno-syntetyczną
poziom 6 Elementarz

Całość stworzy kompletny cykl, który w interesujący i bezstresowy sposób wprowadzi dzieci w świat czytania. Rodziców, którzy nie mają pewności, czy dadzą radę nauczyć własne dziecko czytać, informuję że w książce znalazł się poradnik, w którym dokładnie opisano, w jaki sposób należy z nią pracować.
Seria została pomyślana w taki sposób, że wspiera nie tylko samodzielne czytanie, ale również zachęca rodziców do wspólnego czytania z maluchami. Czyli łączy naukę z przyjemnością, bo nie ma nic lepszego, niż wspólne czytanie! Cieszmy się nim, bo kiedy dzieci zaczną czytać samodzielnie, nie będziemy im już potrzebni;)
seria Przygoda z czytaniem
poziom 1 "Będę czytać"
 poziom 2 "Czytam z mamą i tatą"
tekst Urszula Kozłowska
konsultacja metodyczna Anna Koralewska
Wydawnictwo Ameet, 2017


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Matematyka z Czarownicą, czyli "Zawiła historia niesfornego Kacperka" (ADAMADA)

O serii "Tornister pełen przygód" pisałam po raz pierwszy niespełna rok temu (KLIK). Trzy opisane wtedy tomy oswajały dzieci ze szkołą. Tym razem poznajemy nieco innego bohatera.


Kacper nie boi się szkoły, zna ją dobrze, bo uczy się w niej od kilku lat. Chłopiec ma jednak zupełnie inny problem. Nie jest akceptowany przez rówieśników. Trudno mu również dogadać się z rodzicami, którzy często dają synowi szlaban. Z jakiego powodu? Cóż, tu wina leży raczej po obu stronach. Bo Kacper chce się dostosować do otoczenia, chce być modny, wycina więc na przykład dziury w spodniach... To kończy się kilkudniowym zakazem wychodzenia z domu. Czy to dla Kacpra dotkliwa kara? Łatwo się domyślić, że nie. Bo po co chłopiec miałby wychodzić na dwór, kiedy nie ma się tam z kim spotykać? Tak naprawdę Kacper najlepiej czuje się we własnym pokoju. Wolnego czasu nie poświęca jednak grom komputerowym, ale pisaniu pamiętnika!
Jednak pewnego dnia zmienia się całe życie Kacpra, wszystko przez niespodziewane spotkanie z Czarownicą. Nie była to wiedźma znana z bajki o Jasiu i Małgosi, ale staruszka, którą "czarownicą" nazywali okoliczni mieszkańcy. Okazuje się, że wcale nie jest tak straszna, jak wszyscy o niej mówili. Nie ma rozwidlonego języka, nie jest zła, ani niemiła. Nie bije również dzieci, ani ich nie porywa. Kiedy Kacper idzie w odwiedziny do starszej pani witają go jej zwierzęta, pies, koty i koza! Dom kobiety otaczają kwiaty i krzewy owocowe. A staruszka jest zupełnie inna, niż o niej mówią. Co prawda mieszka samotnie w lesie, ale nikomu nie robi krzywdy, a oprócz opieki nad zwierzętami poświęca się również jodze! Wcześniej pracowała jako nauczycielka matematyki i właśnie to ma dla całej historii zasadnicze znaczenie. Jakie? Oczywiście nie zdradzę, bo będzie to bardzo zaskakujące. Zwłaszcza teraz, kiedy wszyscy uczniowie rozpoczęli wakacje. Bo tak książka z wakacjami wiąże się bardzo ściśle.

Zawiła historia niesfornego Kacperka to interesujący portret świata widzianego oczami dziecka. Główny bohater, uczeń czwartej klasy szkoły podstawowej, może i nie jest akceptowany przez swoich rówieśników, ale nie poddaje się. Nie szuka przyjaciół na siłę, cierpliwie czeka, zajmuje się swoimi sprawami i w końcu przyjaciele się pojawiają. Bo Kacper to naprawdę niezwykle inteligentny młody człowiek, który wyróżnia się na tle swoich rówieśników. Nie tylko dlatego, że pisze pamiętnik, on również projektuje supernowoczesne odrzutowce i wcale nie chce zostać piłkarzem, ale komandosem!

Wiecie z co lubię książki wydawane przed Adamadę? Za to, że są mądre i dowcipne jednocześnie. Za to, że każdego, dużego i małego czegoś nauczą. I za to, że zawsze są pięknie zilustrowane! O szatę graficzną Zawiłej historii niesfornego Kacperka zadbała Grażyna Rigall, którą pokochaliśmy za ilustracje do Humorów Hipolita Kabla (KLIK). Te w książce o Kacperku są może nieco bardziej mroczne, ale równie zabawne. Polecam na wakacje, te spędzane w leśnej głuszy i nie tylko!






Zawiła historia niesfornego Kacperka
Katarzyna Michalec
ilustracje Grażyna Rigall
Wydawnictwo ADAMADA, 2016
Wiek 6+

 

piątek, 23 czerwca 2017

Pan Poeta, Dzień Ojca, urodziny bloga i KONKURS!

Długo nie mogłam wybrać książki, którą chciałabym przedstawić w dniu urodzin bloga. A ponieważ pierwszy tekst pojawił się tutaj 23 czerwca 2014 roku, czyli w Dniu Ojca, pomyślałam sobie, że w tym wyjątkowym dniu zagości tutaj pewien poeta i tata w jednej osobie!

Byli Tuwim i Brzechwa. Pamiętamy ich wiersze z własnego dzieciństwa, a teraz sami czytamy je naszym dzieciom. Niedawno na księgarnianych półkach pojawiły się książki innego poety, którego wiersze możemy czytać z Tosią bez końca. Ich autor przedstawia się jako największy bajkopisarz w Polsce. Największy, bo prawie dwumetrowy! Nie ma w tym słowie ani krzty przesady, bo spotkaliśmy się na Warszawskich Targach Książki i ów autor jest naprawdę wysoki. Jak się nazywa? Nie wiem, mówi o sobie i mówią o nim Pan Poeta!


Z twórczością Pana Poety zetknęłyśmy się po raz pierwszy kilka miesięcy temu dzięki książce Podróż do przyjaźni. Zachwyciła nas pełna ciepła, humoru i niezwykle mądra opowieść o przygodach maleńkiej biedronki, którą silny wiatr przeniósł z bezpiecznej łąki wprost do Afryki! Biedronka wiedziała, że musi jak najszybciej wrócić do domu. Żegna się ze wszystkimi zwierzętami, które poznała i rusza w drogę. Nie odleciała daleko, bo wkrótce zapadł zmrok i nadeszła noc. Biedronka położyła się w trawie i zasnęła.

Gdy drzemała świtem prawie
Coś zagrzechotało w trawie,
Poruszając nią na boki.

Był to raczej ślizg, nie kroki,
I nie prosty, bo zygzagkiem.

W ciszy, jakby zasiał makiem,
Nagle z trawy wzrok wytęża
Jak peryskop głowa Węża.
Namierzając celnym okiem
Biedroneczkę śpiącą bokiem.

To chyba najszczęśliwszy dzień w wężowym życiu. Biedronki to przysmaki węży, ale w Afryce bardzo trudno na nie trafić. Dlatego ten wąż nie zjada naszej bohaterki od razu, tylko deklaruje pomoc w znalezieniu drogi powrotnej. Wąż, całkiem słusznie stwierdził, że na łące znajdzie więcej biedronek i dzięki temu dłużej będzie mógł cieszyć się ich niebiańskim smakiem. Sprawy rozwijają się jednak nie tak, jak wąż zaplanował. Między nim a biedronką zaczyna rodzić się przyjaźń. A przyjaciela przecież zjeść nie można...








Podróż do przyjaźni spodobała na się tak bardzo, że kiedy tylko zobaczyliśmy zapowiedź kolejnej książki Pana Poety, wiedzieliśmy, że musimy ją kupić! Okazja nadarzyła się na Warszawskich Targach Książki. Dzięki temu mamy nie tylko książkę, ale i piękną dedykację. Udało mi się również zamienić kilka słów z autorem i zobaczyć na żywo główną bohaterkę tej książki. Może i nie jest najszczuplejsza, ale tak uśmiechniętej i szczęśliwej kury w życiu nie widziałam. Kura jest bardzo wyjątkowa, bo nie tylko jest bohaterką literacką, ale również miłośniczką diet. To znaczy z tą miłośniczką może trochę przesadziłam. Kura zna się na dietach, ale znajomość różnych żywieniowych zakazów i nakazów, nie przekłada się w jej przypadku na zmniejszenie masy ciała. Dlaczego? Ano dlatego, że kura owszem biega, ale wokół tortu, z którego przy okazji każdego okrążenia odgryza kawałek. Silna wola mocną stroną Kury na pewno nie jest.

Widać taka ma uroda!
Na treningi życia szkoda!
(...)
A dla siebie i kogutka piękna jestem!
Choć krąglutka!

Czy nie jest to najlepsze przesłanie dla dzieci, które zmagają się brakiem pewności siebie? Dla dzieci, którym wydaje się, że gorsze od swoich rówieśników? Albo tych, którzy zostali odrzuceni przez grupę? 






Takie właśnie są wiersze i bajki Pana Poety. Mądre, a jednocześnie bardzo zabawne. Powinny je znać wszystkie dzieci, Tosia zabierała je ze sobą do przedszkola i wiem, że bardzo się podobały, więc w zachwycie nad twórczością Pana Poety nie jesteśmy odosobnione. Historie czyta się świetnie, a w trakcie lektury trudno powstrzymać uśmiech. Ale trudno również powstrzymać się od chwili refleksji, bo te książki nie tylko bawią, ale i uczą. Stanowią świetny wstęp do rozmowy z dzieckiem na różne ważne tematy. A do tego, są znakomicie zilustrowane! Podróż do przyjaźni wzbogaciła swoimi rysunkami Jagoda Charkiewicz, ale kilku ilustracji specjalnie nie dokończyła. Dokończą je czytelnicy, którzy dodadzą kolorów czarno-białym bohaterom. Tosia początkowo podeszła do tego z dużym sceptycyzmem, bo przecież po książkach się nie rysuje, ale w końcu dała się przekonać. I dzięki temu ma w swojej biblioteczce książkę zupełnie wyjątkową, drugiej takiej nie ma na całym świecie! Szata graficzna Kury, co tyła na diecie to dzieło Joanny Młynarczyk. Jej subtelne, bardzo kolorowe i niezwykle zabawne ilustracje ucieszą oko każdego czytelnika. Nie mogę powiedzieć, że szata graficzna którejś z tych książek podoba mi się bardziej. Każda jest inna i każda doskonale pasuje do przedstawionej historii. Dzięki nim książki Pana Poety nie tylko znakomicie się czyta, ale także z ogromną przyjemnością ogląda. A po ich przeczytaniu ma się ochotę na więcej! Na szczęście Pan Poeta już zapowiada następne książki, pierwsza z nich ukaże się już w lipcu!

A dla Was mam konkurs, w którym możecie wygrać jeden egzemplarz książki Kura, co tyła na diecie
Co trzeba zrobić? 
Opisać dietę marzeń, taką, która i kurze i czytelnikom jej przygód przypadnie do gustu:) 
Macie czas do wtorku 27 czerwca :)

WYNIKI

Nagroda wędruje do Justyny Plaskom, która zaproponowała kurze następującą dietę:

Na śniadanie opowiadanie
Na drugie śniadanie, drugie opowiadanie
Na obiadek tom zagadek
Na deserek fraszka-igraszka
A na kolacje bajeczka i do łóżeczka

Autorkę zwycięskiego komentarza proszę o kontakt mailowy:)

Podróż do przyjaźni
Pan Poeta
ilustracje Jagoda Charkiewicz
Wydawnictwo Most, 2016


Kura, co tyła na diecie
Pan Poeta
ilustracje Joanna Młynarczyk
Prószyński i S-Ka, 2017



środa, 21 czerwca 2017

Środowe recenzje: Przyjaźń, magia, smoki i jeszcze więcej... "Akademia Pennyroyal. Cienie kadetek" (Mamania)

Dziecko mi dorasta. Coraz chętniej sięga po książki, których nie można przeczytać w ciągu 5-10 minut, ale po te, które czytamy przez kilka kolejnych dni. Niedługo zacznie czytać samodzielnie, zacznie korzystać ze szkolnej biblioteki i wtedy wszystko się zmieni.

Podobnie było ze mną, uwielbiałam wyprawy do biblioteki. Poza tym, kiedy byłam chora, rodzice kupowali mi nową książkę, która miała mi umilić czas spędzony w domu. Najbardziej lubiłam powieści obyczajowe, ale równie chętnie czytałam te, w których pojawiała się nutka magii. Dziś czytam przede wszystkim powieści obyczajowe i reportaże. Czytam również mnóstwo książek dla dzieci i młodzieży, i czasem żałuję, że kiedy byłam w grupie docelowej takich lektur nie było.

Ostatnio podobna refleksja naszła mnie w trakcie lektury książki  Akademia Pennyroyal. Cienie kadetek. To drugi tom serii opowiadającej o przygodach Evie. Dziewczynka jest sierotą, która została wychowana przez smoki. Od roku jest uczennicą Akademii Pennyroyal. Tu uczy się, jak być dzielną i odważną księżniczką, która będzie potrafiła stawić czoła złu, które grozi światu. Drugi rok w szkole nie będzie łatwy, kadetki muszą uczyć się obrony przed wiedźmami, które zrobią wszystko, żeby przejąć władzę. Wszystko w tym roku będzie jeszcze trudniejsze i jeszcze bardziej niebezpieczne. Evie będzie świadkiem napadu na trzy kobiety, którego dokonały złe wiedźmy. Otrzyma również listy z pogróżkami. Będzie musiała również podjąć decyzję, co do swojej przyszłości. Właśnie na drugim roku kadetki decydują, kim chcą być, czemu chcą się poświęcić. Co wybierze Evie? W tym roku stanie się coś jeszcze. Evie dowie się wielu rzeczy na temat swojej prawdziwej rodziny. Znajdzie listy pisane przez jej ojca, w których opisuje on dzieciństwo dziewczynki i rozterki po śmierci swojej żony, a matki Evie. Jak rozwinie się cała historia? Czy uczennice Akademii Pennyroyal pokonają wiedźmy?


Mam ponad trzydzieści lat, a czytając tę książkę czułam się znowu, jak nastolatka. Nie przeczytałam jej w ciągu jednego dnia tylko dlatego, że wśród codziennych obowiązków, zwyczajnie zabrakło mi na to czasu. Muszę jeszcze przeczytać pierwszą część przygód Evie, zrobię to pewnie w nieco luźniejszym czasie, więc postaram się "łyknąć" ją w jeden dzień, bo jestem przekonana, że jest to możliwe;)

Ta książka jest dla mnie wyjątkowa również z innego powodu. Akademia Pennyroyal. Cienie kadetek to pierwszy patronat Rady Czytających Wiedźm, czyli grupy bloginek skupionych wokół dwutygodnika Świerszczyk. Celem Rady jest promowanie czytelnictwa wśród najmłodszych. Polecamy tylko dobre książki. Jakie? Znajdziecie je na świerszczykowym fanjpejdżu Czytanie lubi dzieci! Jeśli jeszcze go nie znacie, to musicie koniecznie poznać! Zapraszam na FB


Akademia Pennyroyal. Cienie kadetek
M. A. Larson
tłumaczenie Grażyna Chamielec
Wydawnictwo Mamania, 2017
Wiek 12+

wtorek, 20 czerwca 2017

Czy warto jechać z dzieckiem do Łodzi?

Komu nie powiedziałabym o naszych planach, ten pukał się w czoło i zdziwiony pytał: "Do Łodzi? Po co do Łodzi?! To brzydkie miasto i nic tam nie ma!"


Do tej pory w Łodzi byłam raz, służbowo. Zdążyłam przejść się fragmentem ulicy Piotrkowskiej i zobaczyć miasto z okien samochodu. Trudno powiedzieć, czy Łódź mi się wtedy spodobała. Dzień był deszczowy, ale miasto, o którym w czasie studiów tyle słyszałam, zainteresowało mnie na tyle, że postanowiłam tam wrócić. Udało się dopiero po trzech latach. 


Już rok temu cicho mówiliśmy o wyjeździe do Łodzi. Mieliśmy jednak tak dużo innych wyjazdów, że w końcu z tego zrezygnowaliśmy, przekładając go na ten rok. I udało się! Połączenia kolejowe zostały sprawdzone, bilety kupione, trasa zwiedzania bardzo wstępnie opracowana. Wstępnie, ponieważ wyjazd miał być ogólnym rozeznaniem w topografii miasta, w którym nigdy nie mieliśmy okazji zatrzymać się na dłużej. Postanowiliśmy odwiedzić cztery miejsca, niestety, plany pokrzyżowała nam pogoda i ograniczyliśmy się do trzech. Mamy, więc okazję odwiedzić Łódź ponownie. Bo Łódź ani nie jest tak brzydka, ani tak nieciekawa jak niektórzy twierdzą. 

Piękne kamienice i cerkiew prawosławna zachwyciły nawet Tosię. Która zobaczywszy kilka dni temu w telewizji moskiewski Sobór Wasyla Błogosławionego, stwierdziła, że równie kolorowy kościół widziała w Łodzi (ba! ona użyła nawet słowa cerkiew!). Ale to były atrakcje dodatkowe, chcieliśmy bowiem zobaczyć trzy miejsca:
1) nowo otwarty dworzec Łódź Fabryczna,
2) Se-ma-for,
3) ulicę Piotrkowską,
4) pałac Izraela Poznańskiego

Niestety, nie udało nam się dotrzeć do tego ostatniego. Pogoda postanowiła płatać nam psikusy. Z drugiej strony, gdyby nie ona pewnie nie zdecydowalibyśmy się na zwiedzanie Se-ma-fora, tylko zajrzelibyśmy do budynku i odłożyli podziwianie lalek biorących udział w telewizyjnych produkcjach na inna okazję. A tak, przeczekaliśmy tam największą ulewę, podziwiając bohaterów mojego dzieciństwa i tych, których dziś ogląda Tosia. Był Miś Uszatek, Miś Colargol (naprawdę nie wiedziałam, że ten sympatyczny niedźwiadek pochodzi z Francji), był Parauszek oraz ten, który wzbudził największe zainteresowanie Tosi - pingwin Pik-Pok. Do tej pory nigdy nie widziała bajki o jego przygodach, od wizyty w Łodzi, mogłaby oglądać tylko jego. Wizyta w Se-ma-forze była niesamowitą podróżą w świat bajek. Zobaczyliśmy tam makiety z filmów, które oglądamy w telewizji. Poznaliśmy tajniki budowy lalek grających w popularnych dobranockach. Dowiedziałyśmy się, dlaczego pierwowzorowi Misia Uszatka oklapło zupełnie inne ucho, niż to, które pamiętamy z bajki. A na koniec obejrzałyśmy Mokrą bajeczkę, w której wystąpiły lalki oglądane przez nas przed chwilę kilka pięter wyżej! Film trwał ponad dwadzieścia minut, podczas których rozgadana Tosia nie powiedziała ani słowa, a jedynie siedziała z rozdziawioną buzią i oglądała film. A przed wyjściem zajrzała jeszcze raz do sali, w której stały lalki z Mokrej bajeczki, żeby sprawdzić czy nadal tam są;)

Z Se-ma-fora udaliśmy się na spacer po ulicy Piotrkowskiej. Chcieliśmy przysiąść na ławeczce z Julianem Tuwimem. Nie udało się, bo ławka była mokra, więc Tuwim siedział, a my stałyśmy. Przywitać się z Misiem Uszatkiem. To się udało, ale potem trudno było Tosię od Uszatka oderwać. Przy okazji zajrzałyśmy do Pasażu Róży, którego ściany pokryte są pociętymi fragmentami luster. Stąd również wyciągałam Tosię z trudem. Minęłyśmy pomnik trzech największych łódzkich fabrykantów, czyli Izraela Kalmanowicza Poznańskiego, Karola Wilhelma Scheiblera i Henryka Grohmana. Przeszłyśmy Aleją Gwiazd, natknęłyśmy Rubinsteina i Jaracza. Zatrzymałyśmy się na łódzkim placu Wolności, a potem szukałyśmy miejsca, w którym możemy kupić kartki pocztowe, żeby wysłać je do taty i do przedszkola Tosi. Znalazłyśmy je na poczcie, już dotarły pod właściwy adres, więc łódzka poczta wywiązała się z zadania.

Ostatnim przystankiem naszej łódzkiej wyprawy był dworzec Łódź Fabryczna. Imponuje rozmachem i budzi zazdrość. Zwłaszcza u tych, którzy na co dzień muszą korzystać ze szkaradnego, przepełnionego chlebaka, czyli poznańskiego dworca PKP. Tosia, znana miłośniczka kolei, była usatysfakcjonowana:)








Przed wyjazdem do bardzo dokładnie przeczytałam książkę Spacerkiem po Łodzi (KLIK), którą w bardzo pochlebnych słowach opisywałam na blogu kilka tygodni temu. Dziś, po wyjeździe, mogę o tej książce mówić jeszcze lepiej! Nic nie umknęło mojej uwadze, wytężałam wzrok, żeby dostrzec krasnale (tak, tak, można je znaleźć nie tylko we Wrocławiu, ale o ile na Dolnym Śląsku są ozdobą, o tyle w dawnej Łodzi miały bardziej praktyczne przeznaczenie) w bramach, fontanny, z których można pić wodę (bo podobno Łódź ma najlepszą "kranówkę") i budynki, które autorzy opisali w swojej książce. Polecałam tę książkę przed wyjazdem, po nim polecam jeszcze bardziej!

Jadąc do Łodzi planowałam zakup jeszcze jednego przewodnika. Czy słyszeliście kiedyś o nieMAPACH? Ja znam je od roku. Formą przypominają tradycyjną mapę, ale kiedy je rozłożymy szybko zauważymy, że raczej nie pomoże nam ona w odnalezieniu poszukiwanej ulicy. nieMAPA to tak naprawdę przewodnik po mieście, znajdziemy w nim opisy najciekawszych zabytków, informacje o lokalnych przysmakach, a nawet krótką ściągę z gwarowych powiedzonek. Znalazł się tam między innymi pomnik Misia Uszatka, Księży Młyn i Centralne Muzeum Włókiennictwa. Można się dowiedzieć czym jest krańcówka, kto mieszkał w famułach i z czego robi się zalewajkę. Autorzy zostawili również miejsce na własną twórczość zwiedzających dane miasto. Przechadzając się po Łodzi można na przykład napisać własny przepis na zalewajkę i narysować najdziwniejszą roślinę, którą udało się nam dostrzec w palmiarni. 
Do nieMAPY dołączono pocztówkę, którą można wysłać do rodziny albo przyjaciół. My z każdej krótszej i dłuższej wyprawy wysyłamy kartki, ta może się okazać niezwykle przydatna, gdy nie możemy znaleźć miejsca z widokówkami. A w Łodzi było nam dość trudno. Na szczęście na Piotrkowskiej jest poczta. Wyjazd do Łodzi był naszą pierwszą podróżą z nieMAPĄ, pierwszą, ale nie ostatnią. Wydawnictwo zapowiada już przewodnik po Warszawie, a my do stolicy wybieramy się w lipcu, więc na pewno nam się przyda:)







Tę i inne nieMAPY znajdziecie tutaj

http://niemapa.pl/