poniedziałek, 27 lutego 2017

Dziś świętuje biały miś. "Niedźwiedź polarny" (Wydawnictwo Łajka)

Zakochuję się zdecydowanie zbyt szybko. Raz mignie mi w szybie albo na ekranie komputer, a ja już wiem, że chcę muszą, że żyć nie mogę. W tym przypadku było tak samo. Zobaczyłam i przepadłam. Ręce się trzęsły, oczy rozbiegane nie mogły zaznać spokoju, a ja nie mogłam znaleźć miejsca w Poznaniu, w którym mogę miłość moją nową spotkać i nową, wspólną drogę rozpocząć. W końcu namierzyłam, znalazłam, biegłam, co sił w nogach i już trzymałam w ramionach, czule głaskałam i mogłam zabrać do domu. Tam wszyscy przyjęli go ciepło i szybko stał się członkiem naszej wielkiej książkowej rodziny.

Bo oczywiście mowa tu o książce. Kolejnej, która skradła moje (i nie tylko moje) serce. Tym razem zauroczyło mnie małe wydawnictwo Łajka. Widziałam ich książki na kilku blogach, wszyscy zachwalali, doceniali, dlatego nie mogło być inaczej, ja też przepadłam. Jako pierwszy do naszego domu trafił Niedźwiedź polarny. Tosia wszelkie niedźwiadki uwielbia, więc byłam pewna, że książka jej się spodoba. A naprawdę jest się czym zachwycić!
Ilustracje od razu przykuwają wzrok, ale myli się ten, kto pomyśli, że będzie to opowieść o przygodach sympatycznych polarnych niedźwiadków. Bo wśród pięknych, niezwykle malarskich ilustracji ukryła się książka popularnonaukowa. Przeczytałam raz i wiedziałam o niedźwiedziach dużo więcej, niż do tej pory. Bo wcześniej nie wiedziałam, że niedźwiedzie polarne mają 42 długie ostre zęby, cuchnący oddech i niebiesko-czarny język. A teraz już to wiem! Wiem znacznie więcej i tyle samo o niedźwiedziach polarnych wie ogromna fanka tej książki, czyli Tosia. Bo w jej przypadku również można mówić o miłości od pierwszego wejrzenia. Choć, nie będę ukrywać, że kiedy zaczęłyśmy czytać była nieco zdziwiona treścią książki. Myślę, że każdy może być zdziwiony, bo Niedźwiedź polarny naprawdę zaskakuje. Do tych ilustracji doskonale pasowałaby fabularyzowana opowieść o życiu tych zwierząt. Co prawda na początku książki czytamy kilka zdań od autorki, w których przybliża ona sytuację niedźwiedzi (które prze długi czas były celem polowań, dlatego teraz są gatunkiem zagrożonym wyginięciem), krótko opisuje również ich zwyczaje oraz miejsce, w którym żyją. Na stronie tytułowej widzimy dziewczynkę, która zdejmuje z półki tę samą książkę, którą właśnie trzymamy w rękach. Co to może oznaczać?
Oznacza to, że razem z nią wyruszamy na poszukiwanie niedźwiedzia polarnego. Będzie to podróż niezwykła, wciągająca i bardzo bezpieczna. Bo niedźwiedzia będziemy poznawać na kartkach książki. Zaczytana dziewczynka przemierza zaśnieżone ziemie Arktyki i dowiaduje się wielu ciekawych rzeczy o niedźwiedziach.

Książka jest zaskakująca, ale bardzo interesująca. Po publikacji popularnonaukowej spodziewałabym się mnóstwa zdjęć, na których zobaczyć będzie można prawdziwy wizerunek opisywanych miejsc i zwierząt. Tu ich miejsce zajęły ilustracje, które zachwycają, umilają lekturę i zgłębianie tajemnic Arktyki i jej mieszkańców. Nas ta książka zachwyciła absolutnie, czytamy ją rano, popołudniu, wieczorem i bezpośrednio przed snem. Utrwalamy zdobytą wiedzę i zachwycamy się ilustracjami. Bo na krótko zachwycić nas łatwo, ale utrzymać zainteresowanie na dłużej udaje się nielicznym. Łajce się udało!









Niedźwiedź polarny
Jenni Desmond
tłumaczenie Anna Błasiak
Wydawnictwo Łajka, 2016

piątek, 24 lutego 2017

Góry nasza miłość. "Na Giewont się patrzy" (Oficyna Wydawnicza Oryginały)

Książki wydawane przez Oficynę Wydawniczą Oryginały zawsze mnie wzruszają. Wynika to z faktu, że opowiadają one o czasach, które bezpowrotnie mijają razem z ludźmi, którzy są tych książek bohaterami. Tym razem autorki znakomitych Zeszytów Bananowych zabierają czytelników w Taty. Nie są to jednak Tatry jakie znamy z wakacyjnych wojaży, ale Tatry sprzed kilkudziesięciu lat, Tatry z pierwszej połowy XX wieku.

Nie było wtedy tłumów na Krupówkach, żyło się inaczej, wolniej. Miejscowi niekoniecznie zajmowali się goszczeniem turystów. Było inaczej, ale równie ciekawie.
Na Skalnym Podhalu, w miejscu magicznym,
gdzie jest wspaniały widok na Giewont,
tradycje są wyjątkowo silne,
a klimat nigdy nie rozpieszczał swoich mieszkańców,
najstarsi górale otworzyli przed nami 
swoje domu i serca.
Tymi słowami zachęcają czytelników do lektury autorki książki Barbara Caillot Dubus i Aleksanda Karkowska. A czytelnik w tej książce się zatraca i całym sobą chłonie niezwykły świat, którego już nie ma. Bo nie ma dzieci, których mamy chodzą do Zakopanego, żeby sprzedać masło, śmietanę, a na plecach niosą dziesięć litrów mleka. Nie ma dzieci, które idą pieszo siedem kilometrów do kościoła, w którym mają przystąpić do Pierwszej Komunii. Nie ma dzieci wyłapujących z nor świstaki, żeby ich tłuszczem leczyć rany i choroby.
Są za to uśmiechnięci starsi ludzie w ciepłych swetrach albo tradycyjnych strojach razem ze swoimi historiami i wspomnieniami. To oni opowiadają czytelnikom o swoim dzieciństwie. Często biednym, ale bardzo szczęśliwym. Po wodę chodzili do studni. Szedł ten, kto akurat nie miał żadnej pracy, bo kiedyś każdy miał jakieś obowiązki i musiał, bez względu na wiek, pomagać w domu. W domach była tylko jedna izba, w której spała cała rodzina, a zimą również zwierzęta. A imiona dzieciom często wybierał ksiądz proboszcz, który miał chrzcić dziecko. Ksiądz był uparty i jak sobie namyślił, tak dziecko chrzcił. Nie chciał Janina, ale Joanna. Gadali mi, że Joasia to pańskie imię. Kiedy przychodziła pora wypasu owiec trzeba było udać się z nimi na halę. Niektórzy w szałasie spędzali całe lato. Tam nie było czasu na odpoczynek i podziwianie górskich widoków, trzeba było doić, paść, a w nocy pilnować, żeby owiec nie zaatakował niedźwiedź. A kiedy kończyło się lato trzeba było wrócić do szkoły, ale nie wszystkie dzieci chodziły tam regularnie.

We wrześniu ławki były puste, bo jak nie na pastwisku byli,
to ziemniaki kopali.

Tyle do szkoły chodziłem, co mnie posyłali. Mama kazała mi zanieść masło czy ziemniaki,
żeby nauczycielka odfajkowała, że chodzę. Zawsze chciałem się uczyć, ale nie miałem możności.
Musiałem poagać. Dopiero po wojnie wyciągałem po kryjomu braciom młodszym 
zeszyty i się uczyłem rachunków.

Podobnych opowieści jest w książce wiele. Czyta się je z ogromnym zainteresowaniem i z rosnącym zachwytem. Ja na początku przeskakiwałam między stronami, czytałam następne historie w zupełnie przypadkowej kolejności. Potem przeczytałam całość "od deski do deski". 

Tatry i Zakopane to dla Tosi kraina mityczna. Co roku obiecujemy sobie, że spędzimy tam wakacje, a potem rezygnujemy na rzecz jakiejś bliższej lokalizacji. Tymczasem każde wakacje spędzają tam dziadkowie Tosi, którzy po powrocie kuszą ją opowieściami o ty, jak wiele atrakcji i pięknych widoków czeka na miejscu. Będziemy musieli (a tak naprawdę bardzo chcemy) tam pojechać. Na Giewont się patrzy tylko wzmogło to pragnienie! Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy kochają Tatry i dla tych, którzy jeszcze nie odkryli ich piękna. Ta książka wzbudza i rozbudza miłość do gór, do ludzi, którzy tam mieszkają i do świata, który znika bezpowrotnie. Na szczęście są tacy, którzy próbują go ocalić i zamknąć w książkach. Doceniamy i chłoniemy podhalańskie piękno. Zachwyćcie się nim razem z nami.








Na Giewont się patrzy
Barbara Caillo Dubus 
Aleksandra Karkowska

środa, 22 lutego 2017

Środowe recenzje: Niezwykła lekcja tolerancji, czyli "Odlot" (Teatr Animacji w Poznaniu)

Kiedy w minioną sobotę opuszczałyśmy poznański Teatr Animacji, w głowie kołatała mi jedna myśl: Jaki tytuł powinna mieć recenzja tego przedstawienia? Pomysł miałam tylko jeden - Dotknęłyśmy magii. Ale wiedziałam, że taki tytuł na blogu już był, co więcej, odnosił się do innego przedstawienia, które także obejrzałyśmy w tym samym teatrze kilka miesięcy wcześniej (KLIK).

Lubię chodzić do teatru. Lubię tak bardzo, że mogę się pochwalić dyplomem ukończenia studiów na kierunku wiedza o teatrze. Jednak teatr dla dzieci nigdy nie był w orbicie moich zainteresowań. Teraz, kiedy sama jestem mamą pokochałam go całym sercem. A takie przedstawienia jak Odlot mogłabym oglądać każdego dnia.

Rzecz dotyczy bocianów. To kolejne w Teatrze Animacji przedstawienie poświęcone ptakom. Wcześniej był Dziób w dziób (jego recenzję znajdziecie TUTAJ) i sympatyczna, choć trochę porywcza podwórkowa banda gołębi. Tym razem przenosimy się do Afryki. Tutaj przyszedł na świat główny bohater - Nanji, a właściwie Fryderyk, sympatyczny bocian biały. Niestety, nie ma on łatwego życia, jest jedynym białym bocianim dzieckiem w okolicy. Jeśli powie się o nim, że urodził się w niewłaściwym miejscu, nie będzie w tych słowach grama przesady. Przecież białe bociany rodzą się w Europie, a Nanji przyszedł na świat w Afryce, wszyscy jego skrzydlaci rówieśnicy to bociany czarne. Wszyscy śmieją się z niego, uważają za intruza i kogoś, kto zupełnie do nich nie pasuje. Nanji ma tylko jedną bratnią duszę - bocianicę Fantu. Ona również ma czarne pióra, ale zupełnie nie przeszkadza jej to w przyjaźnieniu się z Nanji. Oboje uwielbiają spędzać ze sobą czas. Melancholijne usposobienie Najnjiego doskonale uzupełnia wrodzony optymizm Fantu. Robią mnóstwo szalonych rzeczy, wymyślają własne święta, takie jak choćby "dzień małpiego rozumu" albo "wiszenia na gałęzi do góry nogami". To jednak poprawia humor białego bociana jedynie tymczasowo, coraz głośniej mówi o tym, że chciałby, jak najszybciej polecieć do Europy. Tam będą inne białe bociany, tam nikt nie będzie mu dokuczać. Rodzice obiecują mu, że wylecą zaraz po zmianie pogody. Nanji nie ma jednak ochoty czekać i rusza do Europy bez mamy i taty, za to z Fantu. Podróż pełna jest niebezpieczeństw, ale i bardzo ciekawych spotkań z przedstawicielami różnych gatunków ptaków Każdy z nich przekazuje im jakąś mądrość. W końcu dolatują do Europy, niestety ta wymarzona ziemia, okazuje się być równie niegościnną jak Afryka. Tym razem odrzucony zostaje jednak ktoś inny... Białe bociany odrzucają czarną Fantu. Jak w tej sytuacji zachowa się Nanji? Po której stronie się opowie?

Tyle o fabule, czas na kilka słów o niezwykłych lalkach, które pojawiły się w spektaklu. Ich autorką jest reżyserka spektaklu Janni Younge. Nie mogłam oderwać od nich oczu, a teraz nie potrafię znaleźć słów, żeby je opisać. Są niesamowite, nigdy podobnych nie widziałam. Ogromne brawa należą się aktorom, który bardzo sprawnie je ożywiają. Ubrani w czarne stroje jedną ręką ożywiają głowę, drugą animują tułów, nogami przesuwają nogi ptaków. Większe lalki animuje nawet trzech aktorów, robią to znakomicie! Chapeau bas! Oprócz bocianów w spektaklu pojawiają się pelikany, flamingi i marabut. A oprócz lalek pojawiają się również elementy teatru cieni. Na parawanie rozpostartym z tyłu sceny widzimy między innymi ryby pływające w rzece. Subtelna gra świateł, cudowna muzyka i minimalistyczna scenografia, to kolejne elementy wyróżniające Odlot.

Odlot to spektakl dla każdego. Janni Younge i Malina Prześluga mają przesłanie dla wszystkich, bo każdemu zdarza się nie być tolerancyjnym. A w dzisiejszych czasach słowo imigrant pojawia się wyjątkowo często i bardzo negatywnym kontekście. Odlot opowiada o tym, jak łatwo kogoś odrzucić, tylko dlatego, że różni się od nas kolorem skóry albo krajem pochodzenia. Dzieci zdają się nie zwracać na to uwagi, widzę to po Tosi, która fakt, że ma w przedszkolnej grupie dziewczynkę o innym kolorze skóry zauważyła po prawie dwóch latach! My - dorośli odrzucamy innych, wolimy otaczać się osobami, które są do nas podobne, a sami również robimy wszystko, żeby nie wyróżniać się z tłumu. Warto po wyjściu z teatru przemyśleć nasz stosunek do inności.
Spektakl jest mądry, skłaniający do refleksji, a jednocześnie pełen humoru. Jest nadopiekuńcza mama Nanjiego, jest pełna humoru Fantu. Tosia do dziś powtarza powiedzonka sympatycznej czarnej bocianicy i zgrabnie wplata je do swoich wypowiedzi (przy okazji zachwycając się tym, jak piękna była aktorka wcielająca się w tę postać, tu cytat z Antoniny: "Piękna, jak lalka"). Wyłapałam pewnie znacznie więcej ukrytych w spektaklu sensów, niż Tosia, inne rzeczy dotarły do mnie, inne do niej. Ale obie bawiłyśmy się na Odlocie znakomicie. Bo jest to spektakl doskonały, jeden z tych, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci.
A na końcu zobaczyłam coś, co mnie, mamę zabierającą swoje dziecko na różne wydarzenia kulturalne, chwyciło za serce. Regularnie chodzimy do teatru i filharmonii, czyli miejsc, gdzie po zakończonym spektaklu lub koncercie, artyści są nagradzani brawami, ale nigdy nie widziałam, żeby Tosia biła brawo z takim zapałem. A po wyjściu z teatru usłyszałam od niej: "Mamo! Ale pójdziemy na to przedstawienie jeszcze raz, prawda?" To najlepsza recenzja tego spektaklu, bo wypowiedziana przez dziecko, a ten spektakl stworzono z myślą o nich.






Zdjęcia pochodzą ze strony Teatru Animacji 
(fot. Jakub Wittchen)

Odlot
koncepcja, reżyseria, lalki Janni Younge
tekst, dramaturgia Malina Prześluga
kompozytor Michał Łaszewicz
obsada:
Marta Berthold
Sylwia Cyris
Julianna Dorosz
Marcin Chomicki
Igor Fijałkowski
Artur Romański
Marcin Ryl-Krystianowski

Teatr Animacji w Poznaniu, premiera 4 lutego 2017

poniedziałek, 20 lutego 2017

Nieśmiałe? Niezbyt pewne siebie? "To ja! Duży i odważny" (Prószyński i S-ka)

We wrześniu Tosia zmieniła grupę w przedszkolu. Myśleliśmy (ba! byliśmy pewni), że szybko się zaaklimatyzuje. Panie znała od zawsze, dzieci również nie były dla niej nowa. Niestety, wyszło inaczej, niż planowaliśmy. Grupa jest zupełnym przeciwieństwem dotychczasowej. Dzieci nie wydają się zbyt zgrane, bez wahania mówią, co myślą, nie bacząc na uczucia innych. Z tego powodu uśmiechnięta pewna siebie i nigdy nie narzekająca na brak kompanów do zabawy Tosia, straciła pewność siebie. Dużo z nią rozmawialiśmy, upewnialiśmy w poczuciu własnej wartości, ale serce matki (i ojca) było rozdarte i pełne wyrzutów sumienia. Nadal zdarza się jej powiedzieć, że wolałaby już chodzić do szkoły i nie spotykać dzieci ze swojej obecnej grupy, ale robi to coraz rzadziej. Zachowuje się tak, jakby znowu uwierzyła w swoją siłę. Wpływ na o miała zapewne również książka, która trafiła do nas w ostatnim czasie.


Kiedy wśród zapowiedzi wydawnictwa Prószyński i S-ka zobaczyłam książkę To ja! Duży i odważny! Nowe historyjki, które dodają dzieciom pewności siebie wiedziałam, że to coś dla nas. I nie pomyliłam się, oprócz licznych rozmów z Tosią, które odbywaliśmy przy okazji lektury każdej opowieści, książka skłoniła do refleksji również mnie. Pamiętam ze swojego dzieciństwa chwile, w których traciłam pewność siebie, kiedy czułam się zagubiona, na szczęście zawsze udawało mi się znaleźć wyjście z sytuacji. Chciałabym tego nauczyć również Tosię, więc wchodzi do osiedlowego sklepu, żeby zrobić małe zakupy, kiedy ja stoję za drzwiami, idzie poprosić o coś panią w restauracji, w której jemy obiad. Czasem się wstydzi, ale generalnie idzie jej to coraz lepiej, więc radzi sobie z tym coraz lepiej. Naturalną wstydliwość pokonuje coraz częściej. To samo musiał zrobić Bartek, bohater jednego z opowiadań z tomu To ja! Duży i odważny! Chłopiec niedawno zamieszkał z mamą w nowym miejscu. Przeprowadzili się do miasta, w którym Bartek nikogo nie znał. Brakowało mu kolegów i koleżanek. Dobrą radą dała mu mama. Najpierw upiekła dla syna jego ulubione ciasto przypominające księżycowy krater, a potem zasugerowała chłopcu, żeby poszedł do sąsiadów, którzy mają dzieci w podobnym wieku. Bartek bał się, że sobie nie poradzi, wtedy mama zaproponowała mu, żeby przećwiczyli całą sytuację w domu. On będzie pukać do drzwi, ona odegra rolę sąsiadów. Chłopiec uznał, że zaproponowana zabawa jest głupia i od razu postanowił pójść na trzecie piętro, gdzie mieli mieszkać rówieśnicy Bartka. Dziewczynka i chłopiec bardzo ucieszyli się z wizyty, najpierw zaprosili nowego sąsiada do siebie, a potem poszli z nim do jego domu, gdzie czekało na nich pyszne ciasto księżycowe. Skoro Bartek sobie poradził, to i naszym dzieciom uda się podejść do nowej koleżanki na placu zabaw, w szkole albo przedszkolu. Uda im się również wykazać się odwagą, kiedy inni przymkną oczy na zasady obowiązujące w społeczeństwie. Na przykład zwrócą uwagę albo pokażą na swoim przykładzie, gdzie powinno wyprowadzać się psy. Tak zrobili Małgosia i Wojtek. Przeszkadzało im, że ludzie przychodzą z psami na ich plac zabaw, dlatego sami przebrali się za psy i wyszli na spacer z kartką: "Kup swojemu psu piękną smycz, a on chętnie będzie na niej chodził". Przy okazji przypominają również właścicielom napotkanych czworonogów, że po psach trzeba sprzątać. Czy odniesie to zamierzony skutek? A jeśli tak, to na jak długo? Trudno powiedzieć, ale dzieci coś zrobiły, wykazały się odwagą, której często brakuje dorosłym. Odważnie przeciwstawiają się również absurdalnym zakazom wprowadzanym przez dorosłych. Jak Marysia, która całymi dniami bawi się sama na podwórku, nie może zapraszać koleżanek, nie może wyjrzeć przez płot. Zakazuje jej tego pan Pieczarka, właściciel domu, w którym dziewczynka mieszka z rodzicami. Pewnego dnia dostrzega drabinę opartą o jabłonkę, przeciąga ją do muru okalającego podwórko i spogląda na zewnątrz. A tam zobaczyła niewielkie podwórko i troje dzieci. Dziewczynka i chłopiec bawią się piłką z niemowlakiem. Dziewczynka zaniepokoiła się, bo tuż za tym podwórkiem znajdowała się bardzo ruchliwa ulica. Dzieci zauważyły nową przyglądającą im się koleżankę. Marysia miała ogromną ochotę pobawić się z nimi, ale nie mogła przejść przez płot, nie mogła również zaprosić ich do siebie. Zastanowiła się chwilę i pobiegła po pana Pieczarkę, kazała mu wejść na drabinę, zajrzeć na sąsiednie podwórko. Pan Pieczarka spojrzał, a Marysia wygłosiła, ku swojemu zdziwieniu, bardzo długą przemowę, w której przekonuje go, że dzieci nie mogą bawić się w takim miejscu, obiecuje też, że kiedy zaproszą dzieci do siebie, maluchy nie będą nikomu przeszkadzać i niczego nie zniszczą. A pan Pieczarka się zgadza! Jaki widać czasem warto po prostu zapytać, a może i mama zgodzi się na coś szalonego:)

Podobnych opowiadań jest w książce trzydzieści. Podzielono je na trzy części: Brawo, udało się! Krótkie opowiastki, które dodają dzieciom pewności siebie, Pogódźmy się! Historyjki, które pomagają dzieciom pogodzić się z przyjaciółmi i Kolorowych snów! Historyjki, przy których łatwiej zasnąć. Każdy znajdzie coś dla siebie. Każdy odnajdzie siebie w przynajmniej jednej opowieści. Można również przeczytać o sytuacjach, w których jeszcze dziecko się nie znalazło, ale może się się jeszcze znaleźć. Krótkie historyjki przypominają jak ważna jest odwaga, umiejętność odnalezienia się w trudnych sytuacjach. Przypominają również o tym, dlaczego warto mówić prawdę i, dlaczego nie warto się kłócić. A na koniec przenoszą czytelników do krainy snów, sennych marzeń i wielkich przygód. Bo każdemu bohaterowi należy się odpoczynek:)

Czuję, że będziemy wracać do tej książki w trudnych i przełomowych chwilach. Opowiadania nie są długie, a skrywają w sobie wielką mądrość i mówią o ważnych sprawach, o których musi wiedzieć i pamiętać każde dziecko. Polecam dla niezbyt odważnych albo tracących pewność siebie maluchów. Polecam tym zbyt odważnym, żeby pamiętali o tym, że trzeba zwracać uwagę i szanować uczucia innych. Polecam rodzicom, dzięki tej książce jeszcze lepiej zrozumieją i wczują się w sytuację swoich dzieci. My mamy już po dwadzieścia, trzydzieści, a może nawet więcej lat, idziemy przez życie przebojem i czasem zdarza nam się zapomnieć, jak to było, kiedy byliśmy małym zagubionym przedszkolakiem albo kiedy po raz pierwszy wyjechaliśmy na kolonie bez mamy i taty. Nasze dzieci z tymi uczuciami dopiero będą się borykać, warto pomóc im przez to przejść:)





To ja! Duży i odważny!
Nowe historyjki, które dodadzą dzieciom pewności siebie
tłumaczenie Mirosława Sobolewska
Prószyński i S-ka, 2017
Wiek 4+

Za książkę dziękuję

piątek, 17 lutego 2017

Dziś świętują koty! "Kot to jesteś?" (Media Rodzina)

Koty mają wiele twarzy i zawsze chodzą własnymi ścieżkami. Kotom niczego nie można narzucić, a jednak grono ich zwolenników, miłośników lub, jak kto woli, poddanych, stale się powiększa. Do tego zacnego grona należy również Tosia, która na razie kota w domu nie ma, ale bardzo o tym marzy i chętnie sięga po różne rzeczy związane z kotami. Także po książki.


Tosia poszła dziś do przedszkola przebrana za kota, bo 17 lutego to Dzień Kota. Święto to postanowiły uczcić również przedszkolaki i z tej okazji mogły przyjść przebrane. Tosia poszła krok dalej i wzięła ze sobą jeszcze książkę. Właściwie kilka książek, o części z nich już tu pisałam. O jednej nie i dziś chcę to nadrobić. Przed Państwem najbardziej kocia z kocich książek! 
Z okładki uśmiecha się do czytelników sympatyczny czarny czworonóg, ma żółte oczy, kolorowy brzuszek i kolorowy ogon. Uśmiecha się przyjaźnie i zachęca do zajrzenia do środka. Tam takich kotów jest jeszcze więcej. Każdy inny, jedne uśmiechnięte, inne nadąsane, grube, chude, czarne, rude i białe. Jest w czym wybierać. Ale ilustracje to tylko jedna część tej książki, bo są jeszcze wiersze. Piętnaście niedługich, wierszowanych i zabawnych utworów. Każdy z nich przedstawia innego czworonoga. 

Oto galeria przemiłych kotków,
Lecz każdy dziką bestią jest w środku,
W jednym lew ryczy, w drugim pantera,
W innym się tygrys odzywa nieraz.

Jest kot, który nocami chodzi po niebie, wypija mleko z mlecznej drogi i buszuje wśród gwiazd. Jest kot-meloman, który uwielbia słuchać śpiewających na drzewach ptaków i kot-anioł, bosko mruczący i niezwykle. troskliwy. Są koty marzące o sławie i takie, które najbardziej marzą o własnym kącie w ciepłym domu. Smutne, wesołe, skromne i wyniosłe. Wszystkie interesujące. Jeden z nich marzy nawet o tym, żeby zostać syreną! Jeden z nich jest nawet kotem polskim i prezentuje się czytelnikom w parafrazie znanego wszystkim utworu Władysława Bełzy, czyli Katechizmu polskiego dziecka.
Kot ty jesteś?
Kotek miły.
Kochasz Polskę?
Z całej siły!
A gdzie mieszkasz?
Na kanapie.
A co robisz?
Myszy łapię.

Trudno się nie uśmiechnąć czytając kolejne wiersze, ale one nie tylko zachęcają do uśmiechania się. Niektóre skłaniają do refleksji. Przecież posiadanie zwierzęcia to również obowiązek, a nie jedynie przyjemność płynąca z głaskania czworonoga i słuchania jego mruczenia. Warto przeczytać, zanim zdecydujemy się na zakup kota;) Autorka doskonale opisała kocie charaktery, więc nikt nie powinien być zdziwiony.

Oprócz bardzo zabawnych i momentami całkiem poważnych wierszyków jest w tej książce coś jeszcze. ILUSTRACJE! A właściwie wyszywanki lub kolaże. Na nich puszyste kociaki, jeden wśród gwiazd, inny wśród ptaków, kolejny na łące. Trudno oderwać od nich wzrok, trudno ich nie pogłaskać, choć to tylko "ilustracje", a nie prawdziwe czworonogi. 
Wierszyki Marcina Brykczyńskiego i wyszywanki Elżbiety Wasiuczyńskiej tworzą spójną i bardzo atrakcyjną całość. Ta książka jest z nami od roku, a Tosia cały czas chętnie do niej wraca. Ja też ją uwielbiam. Może dlatego, że też jestem kociarą? Może, ale myślę, że przede wszystkim lubię ją dlatego, że jest to świetna książka!






Kot ty jesteś?
Marcin Brykczyński
ilustracje Elżbieta Wasiuczyńska
Media Rodzina, 2016
Wiek 3+


środa, 15 lutego 2017

Wspominamy zimę stulecia: "Gdy rodzice byli dziećmi. Zima" (MAC Edukacja)

Kiedyś to były zimy. Na sankach zjeżdżało się tygodniami, a nie tak, jak dzisiaj, każdy gna się do domu, kiedy zaczynają padać pierwsze płatki śniegu. Można było ślizgać się na zamarzniętych kałużach, a mróz szczypał w uszy i malował na szybach niezwykłe wzory. Święta Bożego Narodzenia były białe. Tak właśnie wyglądały zimy w zamierzchłych czasach mojej młodości.


Dziś jest inaczej. Nie trzeba wychodzić na mróz, bo mamy samochody. Zresztą, nie oszukujmy się, dwa albo trzy dni mrozu trudno porównać z tymi sprzed dwudziestu lat. Dlatego z ogromną przyjemnością oraz pewnym rozrzewnieniem wracam myślami do czasów mojego dzieciństwa. Jak to było, kiedy byłam mała i opowiadam o nich Tosi, a ona słuchając tych opowieści robi coraz większe oczy i jest coraz bardziej zdziwiona. Do moich opowieści dołączają się czasem dziadkowie Tosi. A oni, urodzili się jeszcze wcześniej, niż ja i pamiętają jeszcze wcześniejsze czasy. Teraz wszyscy możemy sobie przypomnieć, jak to było, bo właśnie ukazała się kolejna część serii Gdy rodzice byli dziećmi (o dwóch pierwszych możecie przeczytać TUTAJ), tym razem autorzy wzięli na warsztat zimę!

Co można robić zimą? Dziś wyjeżdża się na narty, chodzi na łyżwy albo spędza czas w jakiś przytulnych kawiarenkach. Można również w ogóle nie wychodzić z domu, posadzić dziecko przed telewizorem i wybrać jeden z wielu dostępnych kanałów telewizyjnych dedykowanych najmłodszym widzom. Jest w czym wybierać, każdy znajdzie coś dla siebie i nikt nie powinien narzekać na nudę. A czy dwadzieścia, trzydzieści albo czterdzieści lat temu dzieciom zdarzało się nudzić? Nie! Razem ze swoimi rodzicami musieli stać w długich kolejkach do sklepów, a ci, którzy mieli zagraniczne waluty, mogli wybrać się do Pewexu, gdzie na półkach czekały "produkty lepszej jakości, takie ja szynka konserwowa, kawa, markowe dżinsy, sprzęt RTV i AGD, lalki Barbie i klocki Lego". Te ostatnie były obiektem pożądania wszystkich dzieci i każde z nich marzyło o tym, żeby znaleźć je pod choinką. Bo przecież zima to Boże Narodzenie. I właśnie Bożemu Narodzeniu poświęcono kilka stron. Dzieci muszą podpytać rodziców o to, jak zapamiętali święta, potem mogą zaprojektować kartkę, odszukać wśród lampek choinkowych tytuł gwiazdkowej piosenki Czerwonych Gitar.
A po świętach przychodzi Sylwester i karnawał. Bale, maskarady, zabawy taneczne, wodzireje i kotyliony. Jakie fryzury wybierały panie idące na bal? Co wkładali panowie? O tym można przeczytać w kolejnym rozdziale. Kolejnym ważnym wydarzeniem przypadającym w zimowym czasie jest Dzień Babci i Dzień Dziadka, o nich również nie zapomniano (jest nawet archiwalne zdjęcie i od razu przypominają mi się przedstawienia dla dziadków, które przygotowywaliśmy w przedszkolu). 
Ale nie tylko świętami i zakupami człowiek zimą żył. Bo, jak wszyscy wiedzą, sport to zdrowie, więc młodsi i starsi, chwytali za narty albo łyżwy i ruszali na górki, w góry albo lodowiska, które wylewano zimą na osiedlowych boiskach (ich chyba najbardziej brakuje mi dzisiaj). Zmęczeni, po kilkugodzinnym wysiłku fizycznym, głodni sportowcy wracali do domu. Co jedli? O to trzeba zapytać rodziców! Na pewno z przyjemnością przypomną sobie smaki dzieciństwa. Z przyjemnością wrócą również myślami do domu albo mieszkania, w którym dorastali. A przypominać będą musieli sobie nie tylko przysmaki dzieciństwa, ale również ulubione bajki, gazety, które czytali, mebel, które znaleźć można było we wszystkich domach i samochody - obiekty westchnień wielu Polaków. Cudowna podróż w czasie!

W książce znalazły się również liczne gry, zabawy i łamigłówki. Można zagrać w statki, przypomnieć sobie zasady gry w bierki oraz Państwa, miasta. Krótko mówiąc, ta niewielka książeczka sprawdzi się w każdej odsłonie zimy. Przy siarczystym mrozie można się zaszyć z nią w domu i poczytać o tym, jak wyglądały zimy kilkadziesiąt lat temu, można zagrać w kółko i krzyżyk albo przygotować laurkę z okazji Dnia Babci i Dnia Dziadka. A jeśli pogoda dopisze, śnieg przysypie ulice, koniecznie trzeba wybrać się na sanki albo łyżwy, a może nawet w góry i porównać współczesne zimowe wyjazdy z tymi, które pamiętają rodzice albo dziadkowie.

Uwielbiam tę serię! Za zdjęcia, za ciekawostki, za ilustracje i za łączenie pokoleń. Dzięki nim powstaje międzypokoleniowy most. Najlepiej czyta się ją z kimś starszym, który może wspominać swoje dzieciństwo, każda taka osoba do historii, które wybrała autorka Gdy rodzice byli dziećmi doda własne opowieści. A dzieci poznają świat, którego już nie ma. Bo kto w roku 2017 martwi się pustymi półkami w sklepach albo brakiem kartek żywnościowych?!








Gdy rodzice byli dziećmi. Zima
Izabela Łazarczyk-Kaczmarek
MAC Edukacja, 2017


poniedziałek, 13 lutego 2017

Kiedy Antonina chciała zostać lekarzem... "Podróż do wnętrza ucha" (Wydawnictwo TADAM)

Tak, jak pisałam ostatnio, zanim panna Antonina podjęła decyzję o wstąpieniu na ścieżkę kariery artystycznej, rozważała możliwość zostania lekarzem. Pasję medyczną rozwijają w niej regularnie odwiedziny przedszkolnej pielęgniarki. Po każdym spotkaniu z panią Żanetą wraca do domu pełna nowej wiedzy, oswojona z nowymi nazwami i jeszcze lepiej zorientowana w kwestii tego, co gdzie się znajduje. Równie chętnie Tosia poszerza swoją wiedzę medyczną w domu, książki na ten temat były jednymi z atrakcyjniejszych propozycji. Nawet, jeśli miałaby nie zostać lekarzem (bo przecież na podjęcie takiej decyzji ma jeszcze bardzo dużo czasu), dobrze, żeby wiedziała, jak funkcjonuje ludzkie ciało. Dlatego skusiła mnie Podróż do wnętrza ucha, która na okładce obiecywała mi, że jest "kompendium wiedzy o budowie narządu słuchu człowieka". I co mogę powiedzieć po jej przeczytaniu? Czy to naprawdę jest książka dla przyszłych lekarzy?


Na początku niewiele o uchu możemy przeczytać. Więcej jest zdań o miłości, przyjaźni i potrzebie posiadania obok siebie kogoś bliskiego. Tak, tak, takie problemy ma bohater Podróży do wnętrza ucha, sympatyczny ślimak Joachim. Mieszkał on sobie w trzonku prawdziwka. Miał błyszczącą muszelkę, długie czułki, a przy pełzaniu zostawiał po sobie ślad najlepszej jakości śluzu. Czuł się Joachim ślimakiem dość wyjątkowym. Przeszkadzała mu tylko jedna rzecz - był sam. 

Bo co komu po błyszczącej muszelce, długich czułkach i śluzie najlepszej jakości
jeśli nie ma się z kim cieszyć tymi zaletami.

Nie miał Joachim szczęścia w miłości i ślimaczki odpowiedniej znaleźć nie potrafił. Na szczęście miał przyjaciółkę pchełkę Lusię, dobrą, życzliwą i zawsze gotową do pomocy. To ona przyniosła kiedyś wiadomość, że gajowy ma w uchu ślimaka, którego bardzo łatwo uszkodzić! Nie zastanawiając się długo postanawiają ślimakowi, który wpadł do ucha pomóc. Niestety Joachim jest zbyt wolny, żeby uczestniczyć w misji ratunkowej, dlatego rusza na nią jedynie Lusia. Starannie przygotowuje się do wyprawy, pakuje najpotrzebniejsze rzeczy, żegna się z przyjacielem i znika na trzy dni. Joachim czeka niecierpliwie, jednak wieści, które przyniosła Lusia, nie są tymi, które chciał usłyszeć. Pchła opowiada o swojej podróży (w której ostatecznie towarzyszył jej również młodszy brat - Borys). Wszystko zaczęło się przy wejściu do ucha. To tam rozpoczęła się ta bardzo oryginalna, ciekawa, a momentami niebezpieczna podróż. Jej celem było odnalezienie i uwięzienie tkwiącego tam ślimaka. Tego oczywiście nie udało im się zrobić, bo jak dobrze wiemy, ślimak jest integralną częścią każdego ucha i wyjąć go tak po prostu nie można. Mimo to Joachimowi udało się trafić na bratnią duszę. Nie zdradzę, gdzie ją znalazł, ale podpowiem, że ma to związek ze słuchaniem;)

Książka bardzo mi się podoba. Jest zaskakująca, myślałam, że to paranaukowa opowieść dla najmłodszych, a tu niespodzianka. Bo na początku otrzymujemy ciekawą historię, którą czyta się z przyjemnością i zainteresowaniem. Dopiero później dociekamy do ucha. Ale nawet tutaj informacje dotyczące budowy tego narządu podane są w sposób ciekawy i zrozumiały dla młodych czytelników. Na wyklejce znalazł się rysunek wnętrza ucha, na nim zaznaczono i nazwano wszystkie jego części. Te same numery znaleźć można w książce, wpisano je w mapę i kompas, które odsyłają czytelników do rysunku z wyklejki. Dzięki temu dzieci (ale i dorośli) jeszcze łatwiej zapamiętają, gdzie znajdują się poszczególne elementy ucha.


A czy spodobała się Tosi? Ją, na początku zachwyciły ilustracje. Ja nie jestem ich aż tak zagorzałą fanką, ale to przecież książka dla dzieci, więc jeśli dziecku się podobają, jest znakomicie! Podoba jej się również historia wymyślona przez Izabelę Michtę, dzięki niej dowiedziała się całkiem sporo o budowie swojego ciała. I bardzo dużo z tego zapamiętała:) A to jest przecież najważniejsze:) 







Podróż do wnętrza ucha
Izabela Michta
ilustracje Marzena Wiśniewska
Wydawnictwo TADAM, 2016
Wiek 5+

Za książkę dziękuję