piątek, 18 sierpnia 2017

Z dzieckiem w Beskidzie Śląskim cz. 3 (Koniaków i Istebna)

Planując tegoroczne wakacje i przeglądają przewodniki byliśmy pewni jednego, dla Tosi będzie to prawdziwy raj! Ilość atrakcji, które czekają tam na dzieci sprawiła, że szybko zorientowaliśmy się, że nie skorzystamy nawet z połowy z nich. Ale Centrum Pasterskie w Koniakowie musieliśmy odwiedzić i nawet nawigacja, która spłatała nam psikusa nie przeszkodziła nam w dotarciu tam!

Centrum Pasterskie (Centrum Produktu Regionalnego) powstało po to, żeby przybliżyć, nie tylko najmłodszym, tradycyjny kulturowy wypas owiec. W gazdówce zobaczyliśmy kilka owiec i mamę kozę z koźlątkiem. Tosię była zachwycona i bardzo trudno było nam się ją stamtąd wyciągnąć. A chcieliśmy pokazać jej również inne rzeczy. Jakie? Na przykład bacówkę, w której można kupić uwielbiane przez Tosię oscypki i sery gazdowskie. Chcieliśmy również zabrać ją piętro gazdówki, gdzie prezentowana jest wystawa poświęcona historii pasterstwa. Na zdjęciach zobaczyć można życie na hali, a wśród wystawionych tam sprzętów uwagę zwiedzających zwrócą na pewno formy do produkcji serów, które jak się okazuje mogą mieć bardzo różnorodne kształty. Ale tak naprawdę na górze to nie wystawa zwróciła uwagę Tosi. Jej najbardziej spodobała się możliwość zrobienia czegoś z wełny! Za całe 5 złotych kupiliśmy jej zestaw do nauki, z którego, z pomocą pracującej w Centrum Pasterskim pani, wyczarowała aniołka i pomponik, które zdobią teraz jej pokój. Dodatkowo kupiliśmy jej jeszcze zestawy do wyklejania drewnianych figurek zwierząt i kozę, która w przeciwieństwie do wszechobecnych zabawek "made in China" ma całkowicie polskie pochodzenie! Uwielbiam takie pamiątki, które są tak mocno związane z miejscem, w którym je kupiliśmy, więc koza Meczka (bo tak nazwała Tosię) pojechała z nami najpierw do pensjonatu, a potem do domu i od tej pory mieszka w Wielkopolsce.

Polecam wizytę w Centrum Pasterskim wszystkim osobom, które wybierają się w Beskid Śląski. Jadąc na miejsce spodziewaliśmy się tłumów. Wszystkie przewodniki i strony internetowe, na które zaglądaliśmy zachwalały je jako wspaniałe miejsce dla rodzin z dziećmi, więc myśleliśmy, że będziemy musieli się przeciskać wśród ludzi, żeby móc cokolwiek zobaczyć. Byliśmy bardzo zdziwieni, kiedy okazało się, że w Centrum Pasterskim ludzi jest tak mało! Nie wiem, może trafiliśmy na jakiś kiepski dzień. Mam taką nadzieję, bo jest tam naprawdę fantastycznie. Tosia do dziś wspomina wizytę u owieczek, ser w kształcie serca, który kupiła dla dziadka i aniołki, które robiła z wełny. Jeśli pojedziemy jeszcze kiedyś w Beskid Śląski, na pewno wrócimy do Koniakowa, bo miejsce jest niezwykłe. Dookoła piękne góry, spokojna, cicha okolica, a do tego jeszcze raj dla wszystkich dzieci (ale nie tylko, bo nam również bardzo się tam podobało). Wstęp do Centrum Pasterskiego jest bezpłatny, a wrażenia bezcenne, więc jedźcie tam koniecznie:) Wszystkie niezbędne informacje znajdziecie na stronie internetowej (KLIK).








Z Koniakowa pojechaliśmy do Istebnej. Tam, w przysiółku Wilcze znajduje się Izba Pamięci Jerzego Kukuczki. Opiekuje się tym miejscem żona naszego wybitnego himalaisty Cecylia Kukuczka. Pierwsza i najważniejsza informacja, do Izby było wyjątkowo łatwo dojechać, po drodze zobaczycie kilka drewnianych drogowskazów, więc żadna nawigacja nie będzie Wam potrzeba. Na początek informacja praktyczna, żeby odwiedzić izbę trzeba się wcześniej skontaktować z panią Cecylia i ustalić odpowiedni dla obu stron termin.Wszystkie dane kontaktowe znajdziecie TUTAJ.

Czy warto tam jechać z dzieckiem? Moim zdaniem tak. W naszym życiu góry są stale obecne, nie są to oczywiście tak wysokie szczyty, jak te, które zdobywał Jerzy Kukuczka, ale książki o himalaistach i Himalajach znaleźć można zarówno w naszym domu, jak i u moich rodziców. A dla mnie himalaiści są jedynymi osobami, którym czegoś zazdroszczę, bo wiem, że nigdy w tak wysokie góry nie pójdę. Z dużym zainteresowaniem śledzę jednak i współczesne dokonania, i poznaję coraz lepiej historię polskiego himalaizmu. Dlatego kiedy zaplanowaliśmy wakacyjny wyjazd i zorientowałam się, że można tam zwiedzić Izbę  Pamięci Jerzego Kukuczki, chciałam tam pojechać. I udało się. Nie wiedzieliśmy tylko, jak będzie zachowywać się tam Tosia, co prawda po przeczytaniu książki PSYgoda na czterech łapach dowiedziała się o Himalajach całkiem sporo, ale wątpliwości i tak mieliśmy. Zupełnie niepotrzebnie, bo Tosia słuchała opowieści pani Cecylii z zapartym tchem. Nie skłamię, ani nie przesadzę, jeśli powiem, że to właśnie jej opowieść zrobiła na Tosi znacznie większe wrażenie, niż wszystkie sprzęty górskie, ordery i puchary, które zobaczyliśmy na miejscu. Zapamiętała z tego, co usłyszała bardzo dużo, do teraz z przejęciem opowiada, że niektórzy ludzie giną w górach, że w Himalajach jest bardzo zimno i trzeba mieć mnóstwo siły, żeby po takich górach chodzić. Ona sama na razie wspinaczek wysokogórskich nie planuje, ale w przyszłości, kto wie, dokąd zaprowadzą ją jej pasje. Na razie zaczynamy czytać książkę o Jerzym Kukuczce, o której pisałam tutaj. Wydawało mi się, że Tosia jest jeszcze na nią za mała, ale ona sama domaga się czytania, więc podejmiemy próbę.




Dzień, w którym pojechaliśmy do Koniakowa i Istebnej był jednym z najciekawszych w czasie naszych wakacji. Obie miejscowości absolutnie nas zachwyciły, po pierwsze pięknymi krajobrazami, po drugie wspaniałym klimatem. W tych miejscowościach odwiedziliśmy jedno interesujące miejsce. Każde z nich było zupełnie inne. Centrum Pasterskie było beztroską zabawą połączoną z poznawaniem życia zwierząt i ich zwyczajów. W Izbie Pamięci Jerzego Kukuczki towarzyszyły nam niesamowite emocje, mogliśmy z bliska zobaczyć rzeczy, z których kiedyś korzystali himalaiści, ale również usłyszeć historię życia Kukuczki. Znaliśmy ją dobrze, z książek i filmów, a jednak słuchając pani Celiny miałam wrażenie, że poznaję wszystko na nowo. To było niesamowite przeżycie, niezwykła, pełna emocji opowieść i cieszę się, że mogliśmy jej wysłuchać.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Czwartek z baśnią: "Miejsca rzeczy zapomnianych" (Wydawnictwo ADAMADA)

Tę książkę czytaliśmy wyjątkowo długo. Nie jest to najbardziej opasłe tomisko, jakie mamy w naszej domowej biblioteczce. Ma niewiele ponad sto stron, na których znajdziemy pięć baśni. Mogłybyśmy przeczytać ją w jeden dzień, ale nie udało nam się. Dlaczego? Nie dlatego, że książka była nudna i zmuszałyśmy się do jej czytania, wręcz przeciwnie... Każda z pięciu baśni z książki Miejsca rzeczy zapomnianych poruszała tyle ważnych problemów, że zanim zaczynałyśmy czytać następną, musiałyśmy dokładnie omówić tę, której lekturę właśnie skończyłyśmy.


Zbiór baśni autorstwa Krystyny Chołoniewskiej to chyba najbardziej baśniowy zbiór, który trafił w nasze ręce. Mi przypomniał od razu książki z mojego dzieciństwa. Takie było moje pierwsze wrażenie, które oparłam tylko na przekartkowaniu książki. Kiedy zaczęłyśmy ją czytać, tylko się w tym uczuciu utwierdziłam. Miejsca rzeczy zapomnianych to książka magiczna, w której ożywają przedmioty, mieszają się światy i dzieją cuda. Baśni jest pięć, ja krótko opowiem o trzech...

Jedną z nich jest opowieść o małżeństwie, które bardzo pragnie mieć dziecko i pewnego dnia w ich domu pojawia się mała, zmarznięta dziewczynka, która nazywa ich "mamą" i "tatą". Niestety, życie z dziewczynką nie jest łatwe, okazuje się, że nie można przy niej włączać ogrzewania, bo Śnieżynka, jak nazwali ją rodzice od razu się topi... Jej rodzice, jeśli chcą spełnić swoje największe marzenie, muszą całkowicie zmienić własne życie. Czy wystarczy im na to sił? 

Bohaterami innej baśni są koty. Zwierzęta jak każdego dnia buszują w śmietniku i tam wśród wyrzuconych resztek jedzenia znajdują karton. W nim odkrywają złote buciki. Skąd się tam wzięły pantofelki, które mogłaby nosić królewna? Koty za chwilę usłyszą bardzo smutną opowieść o biednej dziewczynce, o szewcu o dobrym sercu i ludziach, którzy nie liczą się z uczuciami innych...

Jest wreszcie baśń, której tytuł stał się tytułem całego zbioru. W nim pojawia się dziewczynka, która według swoich bliskich ma niebywały talent. Trafia więc do telewizji, ale tam nie interesują jej ani reflektory, ani sławni ludzie, których mogłaby spotkać na korytarzach. Jej uwagę skupia inny świat, do którego zupełnie przypadkowo trafia. W nim dowie się, że pieniądze i sława wcale nie są w życiu najwyższą wartością...

Miejsca rzeczy zapomnianych to zbiór niezwykle klimatycznych baśni. Akcja toczy się bardzo powoli, autorka doskonale dobiera słowa, buduje napięcie, rozwija opowieść. Z ogromną przyjemnością czytałam je na głos, delektując się każdym słowem i zdaniem. Czytałam i miałam ochotę na więcej, bo baśnie Krystyny Chołoniewskiej urzekły nas i oczarowały. Poczułyśmy się członkami przedstawionego w nich świata, bo ten świat, choć baśniowy, jest również bardzo współczesny. Nasz zachwyt wzbudziły również ilustracje autorstwa Dobrosławy Rurańskiej. Piękne, czarno-białe, niezwykle szczegółowe grafiki. Są niesamowite i doskonale pasują do baśni Krystyny Chołoniewskiej. Wszystko tworzy spójną, zachwycającą i misterną całość. Oto trzymamy w rękach zbiór przepięknych baśni, które wzbogacają misterne ilustracje. Zaczynamy czytać i już wiemy. Dziś, w XXI wieku nadal powstają baśnie tak piękne i niezwykłe, że chce się je czytać i czytać...








Miejsca rzeczy zapomnianych
Krystyna Chołoniewska
ilustracje Dobrosława Rurańska
Wydawnictwo ADAMADA, 2017
Wiek 10+

 

środa, 16 sierpnia 2017

Środowe recenzje: Nietypowo o Halloween. "Panda i duchy" (Wydawnictwo Debit)

W ciągu ostatnich pięciu-sześciu lat przeczytałam tyle książek dla dzieci, że czasem wydaje mi się, że literatura dla najmłodszych niczym mnie nie zaskoczy. A jednak, zaskakuje mnie bardzo regularnie. Czasem pozytywnie, czasem negatywnie. Bo książki dla dzieci można pisać na różne sposoby. Można pisać banalne historie, do których dodaje się tandetne ilustracje i dzięki intensywnej reklamie zbijać na tym majątek. Można wysilić się na coś więcej i stworzyć naprawdę niezwykłą opowieść, z ilustracjami, których nie powstydziłaby się galeria sztuki. 


W przypadku książki Panda i duchy chyba sama nie wiedziałam, czego się spodziewać. Znałam z innych blogów pozytywne recenzje pierwszego tomu tej serii, ale o drugim wiedziałam niewiele. Książki opowiadają o nietypowej przyjaźni, która połączyła trójkę rodzeństwa i pandę. Druga część ich przygód rozpoczyna się w Halloween. Addy, Karl i Michael bardzo cieszą się na ten dzień i z dużym zaangażowaniem przygotowują kostiumy, w których zgodnie z tradycją będą odwiedzać okoliczne domy. Właśnie wtedy do ich domu przychodzi Tafla, czyli zaprzyjaźniona z dziećmi Panda. Tafla jest przebrany za ducha, ale wcale nie przyszedł straszyć ani dzieci, ani ich sąsiadów. Tafle chce spotkać się z dziećmi, kiedy te skończą straszyć. a dla nich niespodziankę. Spotkają się z kimś, kto opowie im historię o duchach. Tafla prowadzi ich zupełnie nieznaną im drogą. Kiedy w końcu docierają na miejsce siada przed nimi niedźwiedź panda. Dzieci nie są pewne, czy to Tafla, czy nie, ale w tym momencie nie jest to najistotniejsza informacja, bo panda właśnie rozpoczyna swoją opowieść. 


DAWNO, DAWNO TEMU była sobie dziewczyna o imieniu Senjo.
Rodzice ogromnie ją kochali i bardzo o nią dbali.
Jej najlepszym przyjacielem był chłopiec
o imieniu Ochu. Był w jej życiu od zawsze.
Byli sobie tak bliscy, że ojciec Senjo śmiał się i mówił:
- Jesteście tak dobrze dopasowani, 
że pewnie w końcu weźmiecie ślub. 
Gdy dorośli uwierzyli, że tak się stanie, i zakochali się w sobie.

Ale kiedy jej ojciec zachorował, okazało się, że Senjo ma zostać żoną bardzo bogatego mężczyzny. Dziewczyna bardzo to przeżyła, bo cały czas wierzyła, że kiedy dorośnie zostanie żoną Ochu...
Co wydarzyło się później? Tego nie zdradzę. Tę historię trzeba odkryć samodzielnie, żeby móc w trakcie lektury zadawać sobie bardzo istotne pytania dotyczące opisanych w niej wydarzeń. 

Opowieść o Senjo i Ochu wywiera na czytelnikach ogromne wrażenie. Nie jest to tylko znakomita historia o duchach. To opowieść spisana przez buddyjskich mnichów, zagadka, której lektura ma pomóc uczniom zen w poszukiwaniu oświecenia. Jak zapewnia autor to historia, która zadaje wiele pytań, więcej w niej pytań, niż odpowiedzi. Raz przeczytana będzie nam towarzyszyć już zawsze i ciągle będą się rodzić związane z nią nowe pytania. 

Ale w książce Panda i duchy zachwyca nie tylko niebanalna, ciekawa i intrygująca opowieść. Książka pełna jest niesamowitych, malarskich ilustracji. Dzięki nim Panda i duchy jest jeszcze bardziej wyjątkowa... Dlatego, jeśli macie ochotę na magię zaklętą na kartkach papieru, sięgnijcie po tę książkę. Na pewno się nie zawiedziecie.








 Panda i duchy
Jon J. Muth
tłumaczenie Diana Kuczyńska-Szymala
Wydawnictwo Debit, 2017

 

wtorek, 15 sierpnia 2017

"Mamo! Tato! Karpacz. Co Ty na to?", czyli przewodnik po Karpaczu dla rodzin z dziećmi:)

Jest takie miejsce na ziemi, do którego wracam zawsze z ogromnym sentymentem i, które zawsze jest na pierwszym miejscu wśród wakacyjnych lokalizacji idealnych. To Karpacz, w którym po raz pierwszy byłam mając cztery lata i dziś nie potrafię policzyć ile razy odwiedziłam to górskie miasteczko. Teraz jeżdżę tam z mężem i dzieckiem. Bo Karpacz i Karkonosze to miejsce dla rodzin z dziećmi idealne. Co roku pojawiają się tam nowe atrakcje, które sprawiają, że najmłodsi turyści na pewno nie będą się tam nudzić! 


Ostatnio Urząd Miejski w Karpaczu zebrał te wszystkie interesujące dla rodzin z dziećmi miejsca w jednym przewodniku. Są atrakcje na pogodę i niepogodę. Jedne i drugie można podzielić na te dla osób, które potrzebują adrenaliny i tych, którzy wolą spokojniejsze miejsca. Bo w Karpaczu naprawdę trudno się nudzić. My jeździmy tam regularnie, a nadal w wielu miejscach nie byliśmy. Nie odwiedziliśmy na przykład, zachwalanych również w tym przewodniku Karkonoskich Tajemnic. Odwiedziliśmy za to (nawet kilkukrotnie) Muzeum Zabawek, zjeżdżaliśmy torem saneczkowym, a Tosia szalała na licznych placach zabaw. 





Ale przewodnik nie tylko opowiada o atrakcjach miasta. Z niego dowiedzieć się można sporo o samym Karpaczu. O tym, jakim środkiem transportu można dojechać, jaka odległość dzieli Karpacz od innych polskich miast (choć żeby poznać dokładną odległość potrzebna będzie znajomość matematyki). Nie zabrakło również ciekawostek, stąd dowiedzieć się można, gdzie w Karpaczu trzeba szukać najdłuższej i najkrótszej ulicy. Jest również aktualna mapa miasta, która na pewno ułatwi jego poznawanie tym, którzy już w Karpaczu są, a osobom, które dopiero się do niego wybierają pomoże znaleźć kwaterę znajdującą się w najlepszej lokalizacji.




Nie zabrakło również karkonoskich legend i opowiadań, ich autorka Maria Nienartowicz stworzyła postaci karkonoskich skrzatów. Teraz skrzaty spotykają się na Karpatce ze strażnikiem skarbów i poznają historię karkonoskich diabłów. My uwielbiamy poznawać Karpacz i jego najbliższe okolice z Bajkowym przewodnikiem, więc Tosia z uśmiechem powitała skrzaty na kartach tego wydawnictwa. A obok prozy Marii Nienartowicz znaleźć można również wiersze Marka Głowackiego.



Miasta promują się na różne sposoby. Z jednej strony wydaje mi się, że Karpacz promować się nie musi. Z roku na rok jest tam coraz więcej turystów, z drugiej strony, ludzie często korzystają jedynie z tych najlepiej wypromowanych atrakcji, a z istnienia innych nie zdają sobie sprawy. Mam nadzieję, że ten przewodnik to zmieni. Niewielka książeczka prezentuje Karpacz i jego najbliższe okolice. Zachęca rodziców do wyruszenia z dziećmi na szlak. Na tych, którzy jeszcze nigdy nie chodzili z dziećmi po górach czekają praktyczne porady. Bardzo podoba mi się również mapa, która znajduje się na rozkładówce przewodnika. Zaprezentowano na niej największe atrakcje okolicy. Jest tam wszystko, co rodziny z dziećmi (ale nie tylko) może zainteresować. Na miłośników historii czekają Zamek Chojnik, Zamek Bolczów, Zamek Bolków i Zamek Książ. Tym, których fascynuje technika spodobają się udostępnione do zwiedzania stare kopalnie i huty. A jeśli ktoś woli podziwiać piękno przyrody, musi koniecznie zobaczyć karkonoskie wodospady i Kolorowe Jeziorka. Jest również w przewodniku rozdział poświęcony atrakcjom znajdującym się u naszych południowych sąsiadów. Bo z Karpacza do Czech jest przysłowiowy rzut beretem, więc warto rozważyć przy okazji jakąś zagraniczną wycieczkę.



Takie przewodniki zazwyczaj się sprzedaje. A tu niespodzianka, ten możecie dostać za darmo w Karpaczu albo pobrać wersję elektroniczną ze strony www.karpacz.pl Przewodnik został przygotowany w czterech wersjach językowych, więc również zagraniczni turyści będą mogli się nim cieszyć i z ich pomocą poznawać Karpacz. A kiedy już tam pojedziecie, sprawdźcie koniecznie, ile prawdy jest w słowach opublikowanych na początku przewodnika:


W Karpaczu dbamy szczególnie o rodziny z dziećmi.

I oczywiście nie zapomnijcie wysłać kartki z pozdrowieniami z Karpacza do kogoś bliskiego. Takową znajdziecie na końcu przewodnika!


poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Takie przygody przeżyjesz tylko tam! "Wakacje u Dziadków" (Wydawnictwo BIS)

Będąc dzieckiem co roku jeździłam na wakacje do dziadków. Mieli ogród pełen pysznych owoców i warzyw, duże podwórko, na którym mogłam grać w piłkę, badmintona albo rysować kredą po betonie. W miejscowości, w której mieszkali moi dziadkowie znalazłam kilka koleżanek, z którymi mogłam spędzać czas. Kuzynostwo zawsze przyjeżdżało do dziadków w innym terminie. Może dziadkowie bali się, że nie podołają opiece nad naszą gromadką?


Dziadkowie Laury, Tymka i Amelii przygarnęli całą trójkę i to na... dwa miesiące! Trojaczki cieszą się perspektywą spędzenia wakacji na wsi, ale chyba nie spodziewają się, że czeka ich tam aż tyle atrakcji! Pierwszą z nich będzie podróż pociągiem, tę odbędą jeszcze pod opieką mamy, bo po zapakowaniu do samochodu wszystkich niezbędnych rzeczy, w samochodzie zostało miejsce jedynie dla kierowcy. Kolejne niespodzianki czekały na nich już na miejscu. Dzieci nie miały czasu na nudę. Pojechali z dziadkiem na targ po małe kurczaki i znaleźli polanę pełną soczystych, słodkich poziomek. Z babcią poszli sprzątać miejscowy kościół. Dzieci dostały również listy od rodziców, na które odpowiedzą, a potem zaadresowaną kopertę pełną miłosnych wyznań zaniosły na pocztę i wysłały. Poszły również na odpust parafialny, tam był czas na beztroską zabawę i pamiątkowe zakupy:) Pojechały również z babcią na zbiór porzeczek, tu niestety okazało się, że zadanie nie jest łatwe, a owoce znacznie szybciej wpadały do buzi trojaczków, niż do koszyka. 

Czytaliśmy tę książkę latem w czasie naszych wakacji w górach. W tych cudownych okolicznościach przyrody czytało się ją znakomicie, ale jestem pewna, że równie dobrze będzie się czytać o przygodach trojaczkach zimą. Książka jest naprawdę piękna, pachnie latem, wsią, spokojem i wspaniałym dzieciństwem. To już druga pozycja autorstwa duetu Magdalena Zarębska - Aneta Krella-Moch w naszej biblioteczce. Pierwsza, Borys i Zajączki (KLIK), spodobała nam się tak bardzo, że wracamy do niej regularnie. Wszystko wskazuje na to, że tą będzie tak samo. Bo te książki lubi się od pierwszego czytania. Za świetną narrację, bardzo bliskie rzeczywistości wydarzenia i znakomite ilustracje. Tak powstają dobre książki.







Wakacje u dziadków
Magdalena Zarębska
ilustracje Aneta Krella-Moch
Wydawnictwo BIS, 2017

piątek, 11 sierpnia 2017

Z dzieckiem w Beskidzie Śląskim cz. 2 (Cieszyn i Bielsko-Biała)

Przebywając przez kilka dni w spokojnym i cichym Ustroniu zatęskniliśmy za miastem. Brakowało nam korków, galerii handlowych i sygnalizacji świetlnej. Czym prędzej pognaliśmy, więc najpierw do stolicy powiatu, a następnie do byłej stolicy województwa;)

Nie ma oczywiście w tym co napisałam wcześniej ani słowa prawdy. Bo wakacje celowo zaplanowaliśmy za dala od miejskiego zgiełku. A do Cieszyna i Bielska-Białej wybraliśmy się w celach poznawczych i wcale nie chcieliśmy zwiedzać galerii handlowych.

CIESZYN


Mój tata długo nosił (a może nadal nosi) w portfelu nasze zdjęcie z Cieszyna. Mam na nim dwa lata, okulary na nosie i bujne loki na głowie. Dziś wyglądam nieco inaczej, ale nadal noszę okulary, więc kiedy tylko zaplanowaliśmy wakacje w Beskidzie Śląskim, a moi rodzice powiedzieli, że przyjadą tam na kilka dni, Cieszyn trafił na listę miejsc do odwiedzenia. Potem okazało się, że właśnie w Cieszynie możemy kupić wymarzony plecak dla Tosi, więc wycieczka miała już dwa cele. Ale nie o plecakach dziś będzie, tylko o pięknym miasteczku, które zachwyciło naszą rodzinę.



Do tej pory Cieszyn kojarzył mi się jedynie z romańską rotundą pw. św. Mikołaja, którą każdy zna z banknotu o nominale 20 zł. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce okazało się, że do zwiedzania jest tam znacznie więcej. W pobliżu rotundy zobaczyć można Wieżę Piastowską, czyli wieżę obronną dawnego zamku książąt cieszyńskich. Antonina, znana miłośniczka wchodzenia na wszelkie wysokie konstrukcje, nie odpuściła i na wieżę musiałyśmy wejść. Towarzyszyłam jej tylko ja, bo reszta rodziny skryła się w cieniu drzew u podnóża budowli. Radość Tosi z wejścia na szczyt wieży była ogromna, równie duży był zachwyt płynący z niezwykłego widoku, który roztaczał się z jej szczytu. Nie będę ukrywać, że zachwycił również mnie. Pogoda była doskonała, więc ze szczytu wieży roztaczała się piękna panorama. 







Po zejściu z wieży udaliśmy się na spacer po cieszyńskiej starówce. I tu również nie mogliśmy przestać się zachwycać. Miasto nie jest duże, ale jest niezwykle urokliwe. Piękny rynek, klimatyczne wąskie uliczki, urokliwe kamienice. Zatrzymaliśmy się przy Studni Trzech Braci, tam przeczytaliśmy Tosi legendę o powstaniu miasta Cieszyn. Odpoczęliśmy w zaciszu Cafe Muzeum i ruszyliśmy do Czech. Krótki spacer Mostem Przyjaźni i już mogliśmy pakować do plecaków Czekoladę studencką. 

 




Cieszyn bardzo nas zaskoczył i zachwycił. Miasto jest naprawdę urokliwe. Chodząc po jego uliczkach czułam się trochę jak we Lwowie, trochę jak w mniej gwarnym Krakowie, więc chcąc poczuć miejską atmosferę, trafiliśmy w kolejne ciche i spokojne miejsce;)

BIELSKO-BIAŁA









Planów mieliśmy sporo, pogoda je niestety zweryfikowała. Z nieba lał się żar, więc odnaleźliśmy najpierw pomnik Bolka i Lolka, potem Reksia. Następnie pospacerowaliśmy po urokliwej bielskiej Starówce i udaliśmy się do celu naszej wyprawy. Było nią Studio Filmów Rysunkowych. To właśnie tutaj powstawały kolejne odcinki Reksia, Bolka i Lolka oraz Porwania Baltazara Gąbki. Tę ostatnią bajkę włączyliśmy Tosi czekając na rozpoczęcie zwiedzania i... ku naszemu zdziwieniu mieliśmy dziecko z głowy! Ba! Nadal mamy, przygody dzielnego Smoka Wawelskiego poszukującego profesora Gąbki zachwyciły ją absolutnie. Miło patrzeć, kiedy twoje dziecko z takim zainteresowaniem ogląda bajkę, którą sam lubiłeś będąc dzieckiem.



Bielskie Studio Filmów Rysunkowych to jedno z najchętniej wspominanych przez nas miejsc, które odwiedziliśmy w tym roku. W czerwcu zwiedziliśmy łódzki SE-MA-FOR (KLIK), Tosi bardzo się tam podobało, więc SFR miało wysoko zawieszoną poprzeczkę. Czy sprostało naszym wymaganiom? To mało powiedziane! Pan, który nas po nim oprowadzał dostosował swoją opowieść do wieku zwiedzających. Robił to z humorem, mówił zrozumiałym dla dzieci językiem, a jednocześnie nie pomijał jednak żadnych istotnych szczegółów związanych z procesem powstawania filmu. Zobaczyliśmy jakie są etapy rysowania postaci. Poznaliśmy sekrety nagrywania dźwięku, bo przecież w filmie słyszymy nie tylko głosy aktorów, ale również muzykę i, co najważniejsze... efekty specjalne. Ta część chyba najbardziej zadziałała na wyobraźnię zwiedzających. Bo czy wiecie, co może imitować dźwięk skrzypiącego śniegu albo otwieranych wielkich drewnianych drzwi? Nie, nie zdradzę Wam tego, bo jeśli kiedyś wybierzecie się do SFR nie będziecie już zaskoczeni;) Zajrzeliśmy do miejsca, w którym rysunkom robione były zdjęcia, z których potem powstawał film, zobaczyliśmy pracownie malarskie (tu uwagę zwróciło mnóstwo różnokolorowych farb, którymi kiedyś malowano rysunkowych bohaterów, dziś twórcy korzystają z komputera), a także odwiedziliśmy Bolka i Lolka. A na koniec obejrzeliśmy trzy bajki. Dobrze znanego Reksia, jeden odcinek Przygód Bolka i Lolka oraz zupełnie nieznanego nam Lisa Leona. Tosia do starych bajek podchodzi ze sporym dystansem, ale po wizycie w SFR mogłabym nie oglądać niczego innego. Możliwość poznania tajników powstawania tych bajek była dla niej niezwykłą przygodą w świat filmu. I trochę w świat dzieciństwa jej rodziców;)









Spędziliśmy w SFR dwie godziny. Nie wiem, kiedy one minęły. Tosia słuchała z zapartym tchem, obserwowała kolejne etapy tworzenia filmu, przyglądała się biurkom, przy którym pracowali twórcy kultowych bajek i po zakończonym zwiedzaniu oświadczyła, że ona w przyszłości będzie właśnie takie bajki tworzyć. Od słów szybko przeszła do czynów i pierwsze scenariusze i rysunki już powstają. Nie myślałam, że u niespełna sześciolatki taka wycieczka może zaowocować konkretnymi planami na przyszłość ;) Ale świadczy to tylko o tym, że przewodnik był znakomity, a miejsce naprawdę inspirujące. Dlatego, jeśli jeszcze tam nie byliście, wybierzecie się koniecznie. Wyjdziecie równie zachwyceni. Pamiętajcie tylko o tym, żeby się wcześniej umówić, bo turyści indywidualni łączeni są w większe grupy albo dołączani do grup zorganizowanych. Wszystkie informacje znajdziecie na ich stronie internetowej (KLIK). Cena biletu to 15 zł, jak powiedziała pani w kasie: "Tu każdy kupuje bilet ulgowy". W końcu tam każdy czuje się znowu dzieckiem!