piątek, 23 czerwca 2017

Pan Poeta, Dzień Ojca, urodziny bloga i KONKURS!

Długo nie mogłam wybrać książki, którą chciałabym przedstawić w dniu urodzin bloga. A ponieważ pierwszy tekst pojawił się tutaj 23 czerwca 2014 roku, czyli w Dniu Ojca, pomyślałam sobie, że w tym wyjątkowym dniu zagości tutaj pewien poeta i tata w jednej osobie!

Byli Tuwim i Brzechwa. Pamiętamy ich wiersze z własnego dzieciństwa, a teraz sami czytamy je naszym dzieciom. Niedawno na księgarnianych półkach pojawiły się książki innego poety, którego wiersze możemy czytać z Tosią bez końca. Ich autor przedstawia się jako największy bajkopisarz w Polsce. Największy, bo prawie dwumetrowy! Nie ma w tym słowie ani krzty przesady, bo spotkaliśmy się na Warszawskich Targach Książki i ów autor jest naprawdę wysoki. Jak się nazywa? Nie wiem, mówi o sobie i mówią o nim Pan Poeta!


Z twórczością Pana Poety zetknęłyśmy się po raz pierwszy kilka miesięcy temu dzięki książce Podróż do przyjaźni. Zachwyciła nas pełna ciepła, humoru i niezwykle mądra opowieść o przygodach maleńkiej biedronki, którą silny wiatr przeniósł z bezpiecznej łąki wprost do Afryki! Biedronka wiedziała, że musi jak najszybciej wrócić do domu. Żegna się ze wszystkimi zwierzętami, które poznała i rusza w drogę. Nie odleciała daleko, bo wkrótce zapadł zmrok i nadeszła noc. Biedronka położyła się w trawie i zasnęła.

Gdy drzemała świtem prawie
Coś zagrzechotało w trawie,
Poruszając nią na boki.

Był to raczej ślizg, nie kroki,
I nie prosty, bo zygzagkiem.

W ciszy, jakby zasiał makiem,
Nagle z trawy wzrok wytęża
Jak peryskop głowa Węża.
Namierzając celnym okiem
Biedroneczkę śpiącą bokiem.

To chyba najszczęśliwszy dzień w wężowym życiu. Biedronki to przysmaki węży, ale w Afryce bardzo trudno na nie trafić. Dlatego ten wąż nie zjada naszej bohaterki od razu, tylko deklaruje pomoc w znalezieniu drogi powrotnej. Wąż, całkiem słusznie stwierdził, że na łące znajdzie więcej biedronek i dzięki temu dłużej będzie mógł cieszyć się ich niebiańskim smakiem. Sprawy rozwijają się jednak nie tak, jak wąż zaplanował. Między nim a biedronką zaczyna rodzić się przyjaźń. A przyjaciela przecież zjeść nie można...








Podróż do przyjaźni spodobała na się tak bardzo, że kiedy tylko zobaczyliśmy zapowiedź kolejnej książki Pana Poety, wiedzieliśmy, że musimy ją kupić! Okazja nadarzyła się na Warszawskich Targach Książki. Dzięki temu mamy nie tylko książkę, ale i piękną dedykację. Udało mi się również zamienić kilka słów z autorem i zobaczyć na żywo główną bohaterkę tej książki. Może i nie jest najszczuplejsza, ale tak uśmiechniętej i szczęśliwej kury w życiu nie widziałam. Kura jest bardzo wyjątkowa, bo nie tylko jest bohaterką literacką, ale również miłośniczką diet. To znaczy z tą miłośniczką może trochę przesadziłam. Kura zna się na dietach, ale znajomość różnych żywieniowych zakazów i nakazów, nie przekłada się w jej przypadku na zmniejszenie masy ciała. Dlaczego? Ano dlatego, że kura owszem biega, ale wokół tortu, z którego przy okazji każdego okrążenia odgryza kawałek. Silna wola mocną stroną Kury na pewno nie jest.

Widać taka ma uroda!
Na treningi życia szkoda!
(...)
A dla siebie i kogutka piękna jestem!
Choć krąglutka!

Czy nie jest to najlepsze przesłanie dla dzieci, które zmagają się brakiem pewności siebie? Dla dzieci, którym wydaje się, że gorsze od swoich rówieśników? Albo tych, którzy zostali odrzuceni przez grupę? 






Takie właśnie są wiersze i bajki Pana Poety. Mądre, a jednocześnie bardzo zabawne. Powinny je znać wszystkie dzieci, Tosia zabierała je ze sobą do przedszkola i wiem, że bardzo się podobały, więc w zachwycie nad twórczością Pana Poety nie jesteśmy odosobnione. Historie czyta się świetnie, a w trakcie lektury trudno powstrzymać uśmiech. Ale trudno również powstrzymać się od chwili refleksji, bo te książki nie tylko bawią, ale i uczą. Stanowią świetny wstęp do rozmowy z dzieckiem na różne ważne tematy. A do tego, są znakomicie zilustrowane! Podróż do przyjaźni wzbogaciła swoimi rysunkami Jagoda Charkiewicz, ale kilku ilustracji specjalnie nie dokończyła. Dokończą je czytelnicy, którzy dodadzą kolorów czarno-białym bohaterom. Tosia początkowo podeszła do tego z dużym sceptycyzmem, bo przecież po książkach się nie rysuje, ale w końcu dała się przekonać. I dzięki temu ma w swojej biblioteczce książkę zupełnie wyjątkową, drugiej takiej nie ma na całym świecie! Szata graficzna Kury, co tyła na diecie to dzieło Joanny Młynarczyk. Jej subtelne, bardzo kolorowe i niezwykle zabawne ilustracje ucieszą oko każdego czytelnika. Nie mogę powiedzieć, że szata graficzna którejś z tych książek podoba mi się bardziej. Każda jest inna i każda doskonale pasuje do przedstawionej historii. Dzięki nim książki Pana Poety nie tylko znakomicie się czyta, ale także z ogromną przyjemnością ogląda. A po ich przeczytaniu ma się ochotę na więcej! Na szczęście Pan Poeta już zapowiada następne książki, pierwsza z nich ukaże się już w lipcu!

A dla Was mam konkurs, w którym możecie wygrać jeden egzemplarz książki Kura, co tyła na diecie
Co trzeba zrobić? 
Opisać dietę marzeń, taką, która i kurze i czytelnikom jej przygód przypadnie do gustu:) 
Macie czas do wtorku 27 czerwca :)

Podróż do przyjaźni
Pan Poeta
ilustracje Jagoda Charkiewicz
Wydawnictwo Most, 2016


Kura, co tyła na diecie
Pan Poeta
ilustracje Joanna Młynarczyk
Prószyński i S-Ka, 2017



środa, 21 czerwca 2017

Środowe recenzje: Przyjaźń, magia, smoki i jeszcze więcej... "Akademia Pennyroyal. Cienie kadetek" (Mamania)

Dziecko mi dorasta. Coraz chętniej sięga po książki, których nie można przeczytać w ciągu 5-10 minut, ale po te, które czytamy przez kilka kolejnych dni. Niedługo zacznie czytać samodzielnie, zacznie korzystać ze szkolnej biblioteki i wtedy wszystko się zmieni.

Podobnie było ze mną, uwielbiałam wyprawy do biblioteki. Poza tym, kiedy byłam chora, rodzice kupowali mi nową książkę, która miała mi umilić czas spędzony w domu. Najbardziej lubiłam powieści obyczajowe, ale równie chętnie czytałam te, w których pojawiała się nutka magii. Dziś czytam przede wszystkim powieści obyczajowe i reportaże. Czytam również mnóstwo książek dla dzieci i młodzieży, i czasem żałuję, że kiedy byłam w grupie docelowej takich lektur nie było.

Ostatnio podobna refleksja naszła mnie w trakcie lektury książki  Akademia Pennyroyal. Cienie kadetek. To drugi tom serii opowiadającej o przygodach Evie. Dziewczynka jest sierotą, która została wychowana przez smoki. Od roku jest uczennicą Akademii Pennyroyal. Tu uczy się, jak być dzielną i odważną księżniczką, która będzie potrafiła stawić czoła złu, które grozi światu. Drugi rok w szkole nie będzie łatwy, kadetki muszą uczyć się obrony przed wiedźmami, które zrobią wszystko, żeby przejąć władzę. Wszystko w tym roku będzie jeszcze trudniejsze i jeszcze bardziej niebezpieczne. Evie będzie świadkiem napadu na trzy kobiety, którego dokonały złe wiedźmy. Otrzyma również listy z pogróżkami. Będzie musiała również podjąć decyzję, co do swojej przyszłości. Właśnie na drugim roku kadetki decydują, kim chcą być, czemu chcą się poświęcić. Co wybierze Evie? W tym roku stanie się coś jeszcze. Evie dowie się wielu rzeczy na temat swojej prawdziwej rodziny. Znajdzie listy pisane przez jej ojca, w których opisuje on dzieciństwo dziewczynki i rozterki po śmierci swojej żony, a matki Evie. Jak rozwinie się cała historia? Czy uczennice Akademii Pennyroyal pokonają wiedźmy?


Mam ponad trzydzieści lat, a czytając tę książkę czułam się znowu, jak nastolatka. Nie przeczytałam jej w ciągu jednego dnia tylko dlatego, że wśród codziennych obowiązków, zwyczajnie zabrakło mi na to czasu. Muszę jeszcze przeczytać pierwszą część przygód Evie, zrobię to pewnie w nieco luźniejszym czasie, więc postaram się "łyknąć" ją w jeden dzień, bo jestem przekonana, że jest to możliwe;)

Ta książka jest dla mnie wyjątkowa również z innego powodu. Akademia Pennyroyal. Cienie kadetek to pierwszy patronat Rady Czytających Wiedźm, czyli grupy bloginek skupionych wokół dwutygodnika Świerszczyk. Celem Rady jest promowanie czytelnictwa wśród najmłodszych. Polecamy tylko dobre książki. Jakie? Znajdziecie je na świerszczykowym fanjpejdżu Czytanie lubi dzieci! Jeśli jeszcze go nie znacie, to musicie koniecznie poznać! Zapraszam na FB


Akademia Pennyroyal. Cienie kadetek
M. A. Larson
tłumaczenie Grażyna Chamielec
Wydawnictwo Mamania, 2017
Wiek 12+

wtorek, 20 czerwca 2017

Czy warto jechać z dzieckiem do Łodzi?

Komu nie powiedziałabym o naszych planach, ten pukał się w czoło i zdziwiony pytał: "Do Łodzi? Po co do Łodzi?! To brzydkie miasto i nic tam nie ma!"


Do tej pory w Łodzi byłam raz, służbowo. Zdążyłam przejść się fragmentem ulicy Piotrkowskiej i zobaczyć miasto z okien samochodu. Trudno powiedzieć, czy Łódź mi się wtedy spodobała. Dzień był deszczowy, ale miasto, o którym w czasie studiów tyle słyszałam, zainteresowało mnie na tyle, że postanowiłam tam wrócić. Udało się dopiero po trzech latach. 


Już rok temu cicho mówiliśmy o wyjeździe do Łodzi. Mieliśmy jednak tak dużo innych wyjazdów, że w końcu z tego zrezygnowaliśmy, przekładając go na ten rok. I udało się! Połączenia kolejowe zostały sprawdzone, bilety kupione, trasa zwiedzania bardzo wstępnie opracowana. Wstępnie, ponieważ wyjazd miał być ogólnym rozeznaniem w topografii miasta, w którym nigdy nie mieliśmy okazji zatrzymać się na dłużej. Postanowiliśmy odwiedzić cztery miejsca, niestety, plany pokrzyżowała nam pogoda i ograniczyliśmy się do trzech. Mamy, więc okazję odwiedzić Łódź ponownie. Bo Łódź ani nie jest tak brzydka, ani tak nieciekawa jak niektórzy twierdzą. 

Piękne kamienice i cerkiew prawosławna zachwyciły nawet Tosię. Która zobaczywszy kilka dni temu w telewizji moskiewski Sobór Wasyla Błogosławionego, stwierdziła, że równie kolorowy kościół widziała w Łodzi (ba! ona użyła nawet słowa cerkiew!). Ale to były atrakcje dodatkowe, chcieliśmy bowiem zobaczyć trzy miejsca:
1) nowo otwarty dworzec Łódź Fabryczna,
2) Se-ma-for,
3) ulicę Piotrkowską,
4) pałac Izraela Poznańskiego

Niestety, nie udało nam się dotrzeć do tego ostatniego. Pogoda postanowiła płatać nam psikusy. Z drugiej strony, gdyby nie ona pewnie nie zdecydowalibyśmy się na zwiedzanie Se-ma-fora, tylko zajrzelibyśmy do budynku i odłożyli podziwianie lalek biorących udział w telewizyjnych produkcjach na inna okazję. A tak, przeczekaliśmy tam największą ulewę, podziwiając bohaterów mojego dzieciństwa i tych, których dziś ogląda Tosia. Był Miś Uszatek, Miś Colargol (naprawdę nie wiedziałam, że ten sympatyczny niedźwiadek pochodzi z Francji), był Parauszek oraz ten, który wzbudził największe zainteresowanie Tosi - pingwin Pik-Pok. Do tej pory nigdy nie widziała bajki o jego przygodach, od wizyty w Łodzi, mogłaby oglądać tylko jego. Wizyta w Se-ma-forze była niesamowitą podróżą w świat bajek. Zobaczyliśmy tam makiety z filmów, które oglądamy w telewizji. Poznaliśmy tajniki budowy lalek grających w popularnych dobranockach. Dowiedziałyśmy się, dlaczego pierwowzorowi Misia Uszatka oklapło zupełnie inne ucho, niż to, które pamiętamy z bajki. A na koniec obejrzałyśmy Mokrą bajeczkę, w której wystąpiły lalki oglądane przez nas przed chwilę kilka pięter wyżej! Film trwał ponad dwadzieścia minut, podczas których rozgadana Tosia nie powiedziała ani słowa, a jedynie siedziała z rozdziawioną buzią i oglądała film. A przed wyjściem zajrzała jeszcze raz do sali, w której stały lalki z Mokrej bajeczki, żeby sprawdzić czy nadal tam są;)

Z Se-ma-fora udaliśmy się na spacer po ulicy Piotrkowskiej. Chcieliśmy przysiąść na ławeczce z Julianem Tuwimem. Nie udało się, bo ławka była mokra, więc Tuwim siedział, a my stałyśmy. Przywitać się z Misiem Uszatkiem. To się udało, ale potem trudno było Tosię od Uszatka oderwać. Przy okazji zajrzałyśmy do Pasażu Róży, którego ściany pokryte są pociętymi fragmentami luster. Stąd również wyciągałam Tosię z trudem. Minęłyśmy pomnik trzech największych łódzkich fabrykantów, czyli Izraela Kalmanowicza Poznańskiego, Karola Wilhelma Scheiblera i Henryka Grohmana. Przeszłyśmy Aleją Gwiazd, natknęłyśmy Rubinsteina i Jaracza. Zatrzymałyśmy się na łódzkim placu Wolności, a potem szukałyśmy miejsca, w którym możemy kupić kartki pocztowe, żeby wysłać je do taty i do przedszkola Tosi. Znalazłyśmy je na poczcie, już dotarły pod właściwy adres, więc łódzka poczta wywiązała się z zadania.

Ostatnim przystankiem naszej łódzkiej wyprawy był dworzec Łódź Fabryczna. Imponuje rozmachem i budzi zazdrość. Zwłaszcza u tych, którzy na co dzień muszą korzystać ze szkaradnego, przepełnionego chlebaka, czyli poznańskiego dworca PKP. Tosia, znana miłośniczka kolei, była usatysfakcjonowana:)








Przed wyjazdem do bardzo dokładnie przeczytałam książkę Spacerkiem po Łodzi (KLIK), którą w bardzo pochlebnych słowach opisywałam na blogu kilka tygodni temu. Dziś, po wyjeździe, mogę o tej książce mówić jeszcze lepiej! Nic nie umknęło mojej uwadze, wytężałam wzrok, żeby dostrzec krasnale (tak, tak, można je znaleźć nie tylko we Wrocławiu, ale o ile na Dolnym Śląsku są ozdobą, o tyle w dawnej Łodzi miały bardziej praktyczne przeznaczenie) w bramach, fontanny, z których można pić wodę (bo podobno Łódź ma najlepszą "kranówkę") i budynki, które autorzy opisali w swojej książce. Polecałam tę książkę przed wyjazdem, po nim polecam jeszcze bardziej!

Jadąc do Łodzi planowałam zakup jeszcze jednego przewodnika. Czy słyszeliście kiedyś o nieMAPACH? Ja znam je od roku. Formą przypominają tradycyjną mapę, ale kiedy je rozłożymy szybko zauważymy, że raczej nie pomoże nam ona w odnalezieniu poszukiwanej ulicy. nieMAPA to tak naprawdę przewodnik po mieście, znajdziemy w nim opisy najciekawszych zabytków, informacje o lokalnych przysmakach, a nawet krótką ściągę z gwarowych powiedzonek. Znalazł się tam między innymi pomnik Misia Uszatka, Księży Młyn i Centralne Muzeum Włókiennictwa. Można się dowiedzieć czym jest krańcówka, kto mieszkał w famułach i z czego robi się zalewajkę. Autorzy zostawili również miejsce na własną twórczość zwiedzających dane miasto. Przechadzając się po Łodzi można na przykład napisać własny przepis na zalewajkę i narysować najdziwniejszą roślinę, którą udało się nam dostrzec w palmiarni. 
Do nieMAPY dołączono pocztówkę, którą można wysłać do rodziny albo przyjaciół. My z każdej krótszej i dłuższej wyprawy wysyłamy kartki, ta może się okazać niezwykle przydatna, gdy nie możemy znaleźć miejsca z widokówkami. A w Łodzi było nam dość trudno. Na szczęście na Piotrkowskiej jest poczta. Wyjazd do Łodzi był naszą pierwszą podróżą z nieMAPĄ, pierwszą, ale nie ostatnią. Wydawnictwo zapowiada już przewodnik po Warszawie, a my do stolicy wybieramy się w lipcu, więc na pewno nam się przyda:)







Tę i inne nieMAPY znajdziecie tutaj

http://niemapa.pl/

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Sport to zdrowie! Dlatego "Świerszczyk" zachęca do ruchu:)

W dzieciństwie dużo jeździłam na rolkach i na rowerze. Lubiłam skakać w gumę i grać w badmintona. Przez rok chodziłam na basen, gdzie miałam nauczyć się pływać. Nie udało się i do dziś utrzymuję się na wodzie jedynie pływając pieskiem. Nie pamiętam, żeby moje koleżanki albo moi koledzy chodzili na jakieś dodatkowe zajęcia sportowe. Były SKSy, gdzie grało się w koszykówkę, siatkówkę albo piłkę nożną. Dziś zapisujemy chłopców na piłkę nożną, dziewczynki na tańce. Kiedyś dzieci bawiły się na podwórkach. Ale dziś podwórek już nie ma, są jedynie place zabaw, z których każdy w pewnym wieku wyrasta. Trzeba, więc szukać alternatywnych rozwiązań.

Nie krytykuję rodziców, którzy zapisują swoje pociechy na zajęcia sportowe. Ba! Sami to zrobiliśmy. Najpierw, przez trzy semestry, Tosia chodziła na balet. Nie planowaliśmy dla niej przyszłości na scenę, bardziej chodziło nam o gimnastykę. Ale gimnastyka w pewnym momencie Tosi się znudziła, a i nam zajęcia wydały się nudne i niezbyt rozwijające. Zrezygnowaliśmy z baletu i postanowiliśmy dać jej pół roku przerwy od jakichkolwiek zajęć dodatkowych. Wtedy narodził się pomysł z basenem. Zapisaliśmy ją pełni obaw, bo na basen chodzimy rzadko, żeby nie powiedzieć, że nie chodzimy w ogóle. Ale Tosia bardzo chciała nauczyć się pływać, w szkole pływania tworzyły się nowe grupy, termin zajęć bardzo nam odpowiadał, więc decyzja została podjęta. 

Pierwsze zajęcia były... Trudno mi znaleźć odpowiednie słowo. Tosia radziła sobie kiepsko, miała problem z wychodzeniem z wody, widać było, że nigdy nie uczyła się pływać i rzadko bywała na basenie. Było jej trudno, ale nie poddawała się, walczyła dzielnie z wodą, wykonywała wszystkie ćwiczenia. Zaraz po opuszczeniu pływalni odliczała dni do kolejnych zajęć. I tak z tygodnia na tydzień było coraz lepiej. Dziś radzi sobie świetnie, nie boi się wody, nie boi się zanurzać, skacze do wody stojąc na krawędzi basenu. Jestem pod wrażeniem tego, jak wiele te kilka miesięcy jej dało. Potrafi samodzielnie przepłynąć krótkie odcinki. Patrząc na jej pierwsze próby nigdy nie pomyślelibyśmy, że za kilka miesięcy wystartuje w zawodach. Oczywiście nie wygrała, ale przepłynęła 25 metrów na prawdziwym sportowym basenie. Dostała pamiątkowy medal i do teraz pęka z dumy. Pękamy również my i bardzo cieszymy się, że zdecydowaliśmy się zapisać ją na naukę pływania. To piękne wprowadzenie w świat sportu, a sport uprawiać warto!


Przypomina o tym nawet najnowszy numer dwutygodnik Świerszczyk. Są tam wygimnastykowane mrówki, ptaki rozgrywające mecz w kurniku (ale zamiast piłki grają piórkiem). Miłośników rysowania czeka bardzo ciekawe zadanie, będą projektować stroje dla pływaczki i dla piłkarza (Tosia zaprojektowała oczywiście koszulkę dla Łukasza Piszczka). Bajetan Hops i jego przyjaciele będą się gimnastykować. A w dziale "Chcę wiedzieć więcej" można poznać wszystkie korzyści płynące z aktywności fizycznej.
Wszystkie zagadki i łamigłówki również są ściśle związane ze sportem. Tosi najbardziej spodobała się krzyżówka, która wymagała znajomości nazw przedmiotów potrzebnych do uprawiania różnych dyscyplin.  Aktualnie szukamy odpowiednich kubeczków jednorazowych, z których według instrukcji opublikowanych w Świerszczyku będziemy mogły zrobić najprawdziwszy puchar! Kwadratowa gra również dotyczy sportu! Najlepsi mają szansę zdobyć między innymi tytuł Mistrza Europy w myciu stopy i Mistrza Świata w łapaniu krawata;)

Lepszego tematu do przedwakacyjnego numeru nie można było sobie wyobrazić. Jak wspominacie Wasze letnie wakacje? Mi kojarzą się one przede wszystkim z czasem spędzonym na podwórku, z wycieczkami rowerowymi, kilometrami przejechanymi na rolkach i obozami jeździeckimi, na które jeździłam w liceum. Dziś bardzo żałuję, że na to wszystko brakuje mi czasu. Mimo najszczerszych chęci nie udaje mi się poświęcić na sport takiej ilości czasu, jaką bym chciała. Może ten numer Świerszczyka nie tylko Tosię zachęci do jeszcze intensywniejszego uprawiania sportu, ale i mnie skłoni do większej regularności w jego uprawianiu? 






piątek, 16 czerwca 2017

Czy Twoje dziecko też chce zostać weterynarzem? "Misia i jej mali pacjenci" (Zielona Sowa)

Marzyliście w dzieciństwie o tym, żeby zostać weterynarzem? Ja, choć nigdy nie miałam zbyt dużego kontaktu ze zwierzętami, nie wyobrażałam sobie, że mogłaby w przyszłości wykonywać inny zawód, niż pomaganie zwierzętom. Życie oczywiście te plany zweryfikowało, robię coś zupełnie innego, ale chętnie wracam myślami do chwil, w których widziałam siebie w roli weterynarza. Dziś te marzenia powiela Tosia, zresztą, czy znacie dziecko, które choć przez chwilę nie marzyło o tym, żeby zostać weterynarzem? Niektóre wcielają je nawet w życie!



Siedmioletnia Misia to naprawdę wyjątkowa dziewczynka. Mieszka pod lasem, razem ze swoimi rodzicami i zajmuje się wszystkim, czym zajmują się dziewczynki w jej wieku. Z jednym wyjątkiem. Misia prowadzi klinikę dla zwierząt. Duża w tym zasługa dziadka Tadzia, który pracuje jako weterynarz. Pomógł również tata, który jakiś czas temu na gałęziach rosnącej w ogrodzie starej lipy zbudował dla dziewczynki domek na drzewie. To właśnie tam trafiają wszystkie zwierzęta, które potrzebują pomocy. Nie przychodzą oczywiście same, Misia i jej czworonożny przyjaciel piesek Popik. W pierwszym tomie przygód małej pani weterynarz jej pomocy potrzebują wróbelek, który skaleczył skrzydło, wiewiórka ze skaleczoną łapką i skrajnie wyczerpany jeż.
W drugim Misia pomaga maleńkiej sowie, źrebakowi i pieskowi swojej koleżanki. Jak to możliwe, że siedmiolatka pomaga zwierzętom? Misia uwielbia czytać o przygodach Doktora Dolittle i tak, jak on potrafi porozumiewać się z czworonożnymi albo skrzydlatymi pacjentami. Niesamowite, prawda? Dla małych czytelników na pewno, bo Tosia, która uwielbia wcielać się w różne postaci i rozmawiać ze swoimi maskotkami, jest tymi książkami zachwycona. Nie będę ukrywać, że i nam, dorosłym przygody małej pani weterynarz przypadły do gustu. 
Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że wyczulają dzieci na potrzeby zwierząt. Już we wrześniu w naszym domu pojawi się czworonóg, o którym bardzo marzy Tosia. I choć nie będzie to ani pies, ani źrebak, dzięki tym książkom Tosia dowiedziała się, że zwierzętami trzeba się opiekować. Dowiedziała się również, że zwierzęta chorują i wtedy trzeba udać się po pomoc do weterynarza. Przygody Misi uświadamiają także dzieciom, że zwierzęta, choć nie potrafią mówić, to sygnalizują swoje potrzeby i, co najważniejsze czują, dlatego nie można ich krzywdzić. Choć mam nadzieję, że o tym wiedziała już wcześniej.

Za nami pierwsza lektura tych książek, ale wiem, że będziemy do nich wracać. Każda z części kryje w sobie trzy opowiadania. Ogromnym atutem przygód Misi są przepiękne, kolorowe ilustracje. Widzimy na nich uśmiechniętą rudowłosą dziewczynkę, jej białego pieska i oczywiście zwierzęta, które potrzebują pomocy. Niektórym dziewczynka pomaga w swojej klinice, innym w miejscu, w którym je znalazła. Tak było na przykład z małą sową, której Misia pomogła w lesie. To bardzo ważny rozdział, bo często nie wiemy, co zrobić, kiedy na naszej drodze spotykamy pisklaka w potrzebie. A takich zwierząt nie możn
a nigdzie zabierać, żeby nie zostały potem odrzucone przez swoje stado. Misia doskonale o tym wie, a teraz uczy tego także swoich czytelników. 

Przygody "Weterynarz z Lipowej Kliniki" spodobają się wszystkim dzieciom, które interesują się zwierzętami. Dla niektórych z nich może będzie to początek wielkich marzeń o własnej klinice weterynaryjnej, może to być również wstęp do rozmów o posiadaniu własnego zwierzaka i związanych z tym obowiązków. Rozmowy, którą każdy powinien odbyć ze swoją pociechą, zanim do domu trafi czworonóg.

 




 





Weterynarz z Lipowej Kliniki
Niespodziewani goście
(seria Misia i jej mali pacjenci)

Aniela Cholewińska-Szkolik
ilustracje Agnieszka Filipowska
Wydawnictwo Zielona Sowa, 2017
Wiek 4+

http://www.zielonasowa.pl/ 
 

środa, 14 czerwca 2017

Środowe recenzje: Chcesz mieć mądre dziecko? Sprezentuj mu ten komiks! "W koronie. Nie ma miejsca jak dąb" (Wydawnictwo TADAM)

Są tacy, którzy twierdzą, że książka do kiepski prezent. Ja do tego grona się nie zaliczam, uwielbiam dostawać książki, równie chętnie daję je innym. Wartościowa książka to moim zdaniem najlepszy prezent, jaki możemy dać bliskiej nam osobie. A co jeśli ktoś nie lubi czytać i męczą go rzędy maleńkich czarnych znaczków wypełniające całe strony. Wtedy można sprezentować mu komiks! Ale nie taki zwyczajny!


Wydawnictwo TADAM staje się specjalistą od wydawania komiksów. Na początku była seria "Mój pierwszy komiks" (KLIK). Jej adresatami byli, ze względu na sztywne kartki, najmłodsi czytelnicy i, ze względu na niewielką ilość treści, dzieci rozpoczynające przygodę z samodzielnym czytaniem. Tym razem TADAM poszedł o krok dalej. Komiks W koronie ma tak głęboki przekaz, że przewracając strony przecierałam oczy ze zdumienia. Tak mądrej opowieści, po komiksie, naprawdę się nie spodziewałam.

Wszystko rozpoczyna się dość leniwie i spokojnie. Trudno, żeby było inaczej, kiedy bohaterami historii są żółwie. Co prawda w żółwim świecie ma miejsce wydarzenie dość wyjątkowe, bo właśnie odbyły się wybory prezydenckie i mają oni pierwszego żółwiego prezydenta. Ów prezydent zapewniał na swoich plakatach, że marzy o tym, żeby zostać przyjacielem każdego żółwia. Jutro ma się on spotkać ze wszystkimi przedstawicielami swojego gatunku, więc pewnie wtedy lepiej się poznają (zaprzyjaźnią) i wszystkiego, co dla żółwi ważne, się od niego dowiedzą. Nie wiedzą jeszcze, że dla jednego z nich to spotkanie będzie bardzo nieprzyjemne.

Tudo, główny bohater komiksu, postanawia się (za radą przyjaciela) przed spotkaniem z głową państwa wykąpać w jeziorze. Nawet nie podejrzewa, jakie konsekwencje będzie mieć ta pozornie zwyczajna kąpiel. Kiedy Tudo wychodzi na brzeg dostrzega, że jego skorupa zniknęła. Tudo nie wie, co mogło się z nią stać, nie może jej nigdzie znaleźć. Dlatego na spotkanie z prezydentem idzie bez skorupy i zostaje przez niego odrzucony. Według przywódcy, Tudo nie jest żółwiem, bo nie ma skorupy. A skoro nie ma skorupy to jest wroną! Nie ma dla niego miejsca wśród żółwi... Dlatego Tudo odchodzi, idzie przez siebie z nadzieją, że znajdzie kraj, w którym żyją żółwie bez skorup. Nie udaje mu się jednak ich znaleźć, trafia za to na kreta, spotyka również niedźwiedzia i przedstawicieli innych gatunków zwierząt. Czy staną się jego nowymi przyjaciółmi i zastąpią mu spotkania z rodziną? Na pewno skłonią do rozmyślań, a nawet do wymyślenia czegoś zupełnie nowego. 

Komiks W koronie. Nie ma miejsca jak dąb bardzo mnie zaskoczył. Spodziewałam się prostej, błahej historii. A tu niespodzianka - historia żółwiego państwa to niemal opowieść filozoficzna. Pojawiają się wątki związane z przyjaźnią, odrzuceniem, brakiem akceptacji dla inności. Czasem nie wiemy, jak rozpocząć rozmowy na te tematy z dziećmi, tu mamy gotowy wstęp. Książka sama prowokuje do rozmowy na temat opisanych w niej wydarzeń i zachowań. Obecne są tu również (a może przede wszystkim) sprawy związane z ustrojem demokratycznym. Coś, jakby lekcja WOSu dla najmłodszych. Może po przeczytaniu tej książki będziemy mieli mądrzejsze społeczeństwo? Bo zdajcie sobie sprawę z tego, że te dziś rozkoszne przedszkolaki, za jakieś trzydzieści lat będą rządzić tym krajem, leczyć nas i uczyć nasze wnuki?! Niewiarygodne? A jednak! Tak właśnie będzie, więc musimy zadbać o to, żeby to nowe pokolenie było mądre, inteligentne i wyczulone na potrzeby drugiego człowieka. Z takimi książkami powinno być łatwiej, ta jest świetnie napisana, doskonale zilustrowana, uczy i bawi jednocześnie. I jest początkiem nowej serii! Ja już czekam na kolejne tomy:)







W koronie. Nie ma miejsca jak dąb
scenariusz Bartosz Sztybor 
rysunek Piotr Nowacki
kolor Łukasz Mazur
Wydawnictwo TADAM, 2017