piątek, 20 października 2017

Książka do czytania przed snem... "Zaśnij ze mną" (Babaryba)

Jeśli chodzi o kwestie zasypiania rodziców z krótszym i dłuższym stażem można podzielić na dwie grupy. Pierwsi pozwalają dzieciom grandzić do północy albo kłaść się spać codziennie o innej porze. Drudzy ściśle przestrzegają planu dnia i rzadko, żeby nie powiedzieć nigdy, nie pozwalają sobie na jakiekolwiek odstępstwa. Nam zawsze było (i jest nadal) bliżej do tej drugiej grupy. Szczerze? Nie wyobrażam sobie iść na 8 do pracy, kiedy Tosia padła dopiero około północy. Poza tym Tosia wstaje razem z nami, a snu potrzebuje naprawdę sporo, więc dla niej każda minuta jest cenna. I tak niemal od urodzenia zasypiała około 19, teraz godzina się nieco zmieniła i zasypia o 20, ale nie o godzinę tu chodzi. Raczej o rytuał temu towarzyszący. Każda rodzina wymyśla coś swojego, choć schemat jest zazwyczaj podobny. U nas kolacja, kąpiel, od niedawna ostatnie, wieczorne wyjęcie świnki z klatki, potem wieczorna porcja czytania, buziak i spanko. Tosia się nie skarży, nawet latem, kiedy jesteśmy na wakacjach potrafi dociągnąć tylko do swojej stałej pory zasypiania. 

Znam jednak rodziców, którzy mimo najszczerszych chęci rytuałów związanych z zasypianiem nie potrafią wyrobić ani u siebie, ani u swoich dzieci. Wieczory to u nich wieczna bieganina i negocjowanie z dzieckiem, które albo nie chce spać, albo chce zasypiać w zupełnie inny sposób, niż do tej pory. Takim rodzicom mogę poradzić jedno: sięgnijcie po książkę!


Nie mam tu jednak na myśli pierwszej lepszej książki, ale jedną bardzo konkretną pozycję. Zaśnij ze mną to książka, w której wszystko kręci się wokół spania. Oto dzieci trzymają w rękach książkę, która chce iść spać. Mali czytelnicy muszą zapytać ją, czy umyła zęby, czy zrobiła siusiu. Potem będą musieli opowiedzieć jej bajkę na dobranoc, przykryć kocykiem, przytulić, pocałować, zgasić światło. A na koniec? No, właśnie, co będzie ostatnią rzeczą, którą dzieci będą musiały zrobić? Nie zdradzę...

Czy ta książka może pomóc w zasypianiu? Na pewno. Dzieci będą kołysać do snu książkę, a jednocześnie same wyciszać się i uspokajać. Wszystkie pytania, które zadają książce, wszystkie czynności, które muszą wykonać przed położeniem się do łóżka. Może nie rozumieją po co to wszystko robią. Ta książka powinna wiele ułatwić zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom.

Zaśnij ze mną wyróżnia bardzo prosta szata graficzna. W książce pojawiają się tylko cztery kolory niebieski, różowy, biały i czarny. Ilustracje są niesamowicie proste. Widzimy małego, różowego stworka oraz twarz książki. Stworek zadaje pytania, na które książka odpowiada. Prostota tych ilustracji bardzo pozytywnie zaskakuje. Dziecko oglądając je na pewno się wyciszy. A przecież o to przed snem chodzi.

Tosia ma już sześć lat, dla niej czytanie tej książki było świetną zabawą. Podejrzewam, że dla młodszych dzieci, które po raz pierwszy zetkną się z tą pozycją, możliwość ukołysania książki do snu będzie wielką atrakcją. Wcielą się w rolę mamy albo taty i tym razem to one będą kogoś usypiać. Zobaczą, że czasem nie jest to łatwe zadanie. Pytanie tylko kto zaśnie pierwszy, książka? A może dziecko? Bo Zaśnij ze mną naprawdę kołysze do snu.





Zaśnij ze mną
Cedric Ramadier
ilustracje Vincent Bourgeau
Babaryba, 2016



 

środa, 18 października 2017

Ulubieni bohaterowie powracją "Operacja Złoto" (Media Rodzina)

Złodzieje zawsze zostawiają ślady. Niektórzy włamywacze mają nawet jakieś znaki rozpoznawcze, które mają pokazać, że kolejne włamanie jest dziełem tej samej osoby. Ale czy ktoś słyszał o włamywaczu, który na miejscu przestępstwa zostawiałby kwiaty?



Okazuje się, że są i tacy. Jeden z nich włamał się do domu Marthe Krogh. Starsza pani zwróciła się o pomoc do Olivera i Tiril. Sprawa, z którą przyszła wydaje się dość dziwna, ponieważ w jej domu był włamywacz, który niczego nie ukradł. Zostawił jedynie kwiat na stole w salonie. Dlaczego? Tego pani Krogh nie wie. Ale dowie się już niedługo, bo do akcji wkraczają specjaliści od tajemniczych spraw, czyli Oliver i Tiril. Śledztwo rozpoczynają od dokładnego przyjrzenia się domowi starszej pani. Śladów włamania nie ma, więc jak udało mu się wejść do domu? Młodzi detektywi szybko znajdują odpowiedź na to pytanie. Kto jak kto, ale oni zawsze mają oczy i uszy szeroko otwarte i nic nie może się przed nimi ukryć. Równie uważni są po wejściu do domu pani Marthy. Dokładnie przyglądają się śladom na podłodze, oglądają podeszwy butów właścicielki domu i szybko dostrzegają, że jedne są zupełnie inne. Czy to ślady włamywacza? Tak podejrzewają, ba! są tego pewni, do momentu, w którym nie okazuje się, że te ślady zostawiła dziennikarka, która kilka dni temu przeprowadzała wywiad z panią Krogh. Dzieci znowu są w punkcie wyjścia...

A może klucz do rozwiązania zagadki tkwi zupełnie gdzie indziej? Może coś wspólnego ma z tym prapradziadek Marthy Krogh, Conrad, sławny kapitan piratów?

Więcej nie zdradzę, bo czy czerpalibyście radość z czytania książki detektywistycznej, której zakończenie już znacie? Podejrzewam, że nie, więc od tej chwili o fabule nie napiszę już ani słowa.

Najnowszy tom przygód założycieli Biura Detektywistycznego nr 2 bardzo różni się od tych, które znaliśmy do tej pory. Przede wszystkim ma inny format. Operacja Złoto jest znacznie większa, ale jest jeszcze jedna znacząca różnica. W tej książce jest mniej tekstu. Są za to zagadki, które kończą każdy rozdział. Czytelnik musi rozwiązać je sam. Trzeba będzie dostrzec coś, czego szukają młodzi detektywi, pomóc im ułożyć zdjęcia w odpowiedniej kolejności albo porównać fotografię z rzeczywistością. Dzieci poczują się współuczestnikami historii i gwarantuję Wam, że będą tym zachwyceni. Tosia na początku bardzo się zdziwiła, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Operację Złoto. Nowa forma lubianej przez nią serii trochę ją zaskoczyła, ale możliwość rozwiązywania zagadek bardzo jej się spodobała. Z zaciekawieniem wpatrywała się w kolejne ilustracje, łączyła fakty i odpowiadała na pytania. Co prawda z tego powodu lektura zajęła nam nieco więcej czasu, ale przecież nie był to czas stracony, tylko pożytecznie spędzony na lekturze bardzo interesującej książki.

O serii "Operacje" pisałam już wiele razy. I zawsze w samych pozytywach. Tym razem nie będzie inaczej. Dzieci znowu mają do rozwikłania tajemniczą sprawę, radzą sobie z tym wyśmienicie. Czytelnik z zainteresowaniem śledzi ich perypetie. Młodszym książkę przeczytają rodzice, a starsi? Ci poradzą sobie sami. Duże litery, niedługie rozdziały i wartka akcja. To wszystko sprawia, że o przygodach Olivera i Tiril czyta się znakomicie. I nawet ci, którzy czytać nie lubią przeczytają Operację Złoto z zainteresowaniem. A my? My czekamy na kolejny tom!
 






Operacja Złoto
Jørn Lier Horst
Ilustracje Hans Jørgen Sandnes
Tłumaczenie Katarzyna Tunkiel
Media Rodzina, 2017
Wiek 6+
 

wtorek, 17 października 2017

A gdyby tak dostać (albo podarować) "Gwiazdkę z nieba"?

Są takie książki, od których nie mogę się oderwać. Chcę je nie tylko czytać, ale także oglądać, mieć przy sobie i podziwiać. Są to albo książki, z różnych powodów, wyjątkowo dla mnie ważne, albo takie, które zostały pięknie wydane. Do tego zacnego grona właśnie dołączyła nowa pozycja. Wydawnictwo TADAM podarowało czytelnikom najprawdziwszą Gwiazdkę z nieba.


Ta książka od razu mnie zaskoczyła. Zupełnie nie wiem dlaczego myślałam, że będzie miała mniejszy format. Ale bardzo dobrze, że jest taka duża, bo dzięki temu jeszcze bardziej cieszy oczy! Ładnie wydanych książek jest w księgarniach sporo, ale tak dopieszczone są tylko niektóre. Piękny papier, ogromne ilustracje, niesamowita gwiaździsta wyklejka i dbałość o każdy, nawet najmniejszy szczegół. Oto ta książka.

Wszystko dzieje się w nocy, bohaterka tej książki, mała Orzesznica, poznajemy ją, kiedy bawi się ze świetlikami. Na niebie świeci księżyc, słychać cykanie świerszczy i pohukiwanie sów. Potraficie to sobie wyobrazić? Ja bez problemu, Tosia również nie musiała się długo zastanawiać. Jest pięknie, cicho, spokojnie, las żyje swoim życiem. Orzesznica znudzona zabawą ze świetlikami biegnie w głąb las i dociera nad jezioro. Jeszcze zanim się tam znajdzie dostrzeże tajemniczy blask. Cóż to może być? Tak, dobrze podejrzewacie, to Gwiazdka, tytułowa bohaterka książki. Przed chwilą spadła z nieba... Orzesznica i Gwiazdka szybko nawiązują znajomość. Przed nimi wyjątkowa noc, pełna niezwykłych wydarzeń, nowych odkryć i tajemnic. Tańczą, biegają, cieszą się czasem, który mogą spędzić razem. I mogłyby bawić się do rana, niestety, z każdą chwilą Gwiazdka traci swój blask. Rozpoczyna się walka z czasem, Gwiazdka musi jak najszybciej wrócić na niebo i tam rozbłysnąć...

Gwiazdka z nieba to jedna z najbardziej klimatycznych książek jakie miałam okazję czytać. Doskonale kołysze do snu, świetnie pobudza wyobraźnię... Historia Orzesznicy i Gwiazdki oczaruje i zaczaruje każdego. Przemysław Wechterowicz stworzył piękną, oniryczną historię, która doskonale nadaje się do czytania w parku wśród spadających jesiennych liści i, którą świetnie będzie się czytać zimą przy kominku. My od dnia, w którym Gwiazdka z nieba trafiła do naszego domu czytamy ją codziennie i ciągle nam mało... Chcemy ją czytać i czytać.

Chcemy ją również oglądać. Bo jak już napisałam tekst jest magiczny, a ilustracje... Te trudno mi opisać słowami. Marcin Minor stworzył prawdziwe dzieła sztuki. Patrząc na nie mam wrażenie, że widzę żywe obrazy, które mienią się różnymi kolorami. Patrząc na nie czuję jakbym sama w tę niezwykłą noc była w lesie i z bliska przyglądała się temu, co robią Orzesznica i Gwiazdka. Gwiazdka z nieba to jedna z najpiękniejszych książek wydanych w tym roku. Wydawnictwu TADAM należą ogromne brawa, bo wydało książkę absolutnie wyjątkową! My straciłyśmy dla niej głowę. Ale było warto, w takich książkach trzeba się zakochiwać!

I na koniec pytanie. Myślicie już o prezentach na Boże Narodzenie? Tak? To koniecznie pamiętajcie o tej książce. Podarujcie ją swoim bliskim, dzieciom i dorosłym. Tym, których lubicie i kochacie. Najbliższym trzeba dawać rzeczy wyjątkowe, ta taka jest.






 Gwiazdka z nieba
Przemysław Wechterowicz
ilustracje Marcin Minor
Wydawnictwo TADAM, 2017




poniedziałek, 16 października 2017

Powrót do dzieciństwa, czyli "101 dalmatyńczyków" w nowej odsłonie (Mamania)

Nie ma co ukrywać, historia 101 dalmatyńczyków to opowieść mojego dzieciństwa. Doskonale pamiętam, w której księgarni ją kupiłam. I pamiętam, jak czytała mi ją mama. Mam tę książkę do dzisiaj i zdarzało mi się czytać ją Tosi. Ale była dla niej trochę za długa i mimo wielokrotnie podejmowanych prób nigdy nie udało nam się przeczytać jej do końca. Dlatego, kiedy zobaczyłam w zapowiedziach tę książkę, wiedziałam, że musimy ją mieć.


To był strzał w dziesiątkę. Skrócona wersja 101 dalmatyńczyków zachwyciła Tosię do tego stopnia, że znaczną część tej książki przeczytała sama. Matka, czyli ja, puchła z dumy, a dziecko, czyli Tosia miało na twarzy coraz szerszy uśmiech. Czy potrzeba lepszej rekomendacji?

Nie, ale mimo to napiszę coś jeszcze, bo według nas tę książkę naprawdę warto poznać. Historię 101 dalmatyńczyków najczęściej zna się z filmu. Książek ukazało się kilka, ale jak sprawdziłam, przed napisaniem tej recenzji, większość z nich ma wyczerpany nakład. Pozostają publiczne albo prywatne biblioteki. Teraz może się to zmienić, bo świetnie napisaną i doskonale zilustrowaną książkę przygotowało dla czytelników wydawnictwo Mamania. Historia przenosi czytelników do Londynu, gdzie w domu państwa Dearly mieszkają dwa dalmatyńczyki Pongo i Missis. Wszyscy czworo wiodą szczęśliwe życie, a pewnego dnia okazuje się, że szczęścia w domu będzie jeszcze więcej, bo Missis spodziewa się dzieci. Wkrótce na świat przychodzi piętnaście łaciatych szczeniąt. Wtedy pojawia się czarny charakter, miłośniczka prawdziwych futer, czyli Cruella. Widząc piętnaście dalmatyńczyków wie jedno, musi je mieć! Jak potoczyła się ta historia? To wie chyba każdy dorosły, ale jestem pewna, że każdy chętnie przeczyta o dalmatyńczykach swojemu dziecku. Bo to historia ponadczasowa, jedna z piękniejszych opowieści jakie do tej pory powstały.

Jest jeszcze jedna rzecz, która wydane przez Mamanię 101 dalmatyńczyków wyróżnia. To ilustracje! Prawie wszystkie, książki, które ukazały się do tej pory zostały wydane na licencji Disneya. A ta nie. I na tym polega jej wyjątkowość. Ilustracje, których autorem jest Steven Lenton zachwycają! Są niebanalne, kolorowe, zabawne, a przy tym bardzo subtelne. Dalmatyńczyki są odpowiednio piękne, ich opiekunowie odpowiednio sympatyczni, a Cruela odpowiednio demoniczna. Czyli wszystko jest tak, jak być powinno! Po co? Po to, żeby przygodami łaciatych piesków zachwyciło się kolejne pokolenie czytelników.








101 dalmatyńczyków
Dodie Smith
adaptacja Peter Bently
ilustracje Steven Lenton
tłumaczenie Marta Panek
Wydawnictwo Mamania, 2017
Wiek 3+





piątek, 13 października 2017

Czytamy z Ninjago

Wielu osobom czytanie wydaje się czynnością bardzo kobiecą. Mężczyźni oglądają mecze albo inne zawody sportowe. W tym samym czasie ich żony i partnerki mogą zatracić się w lekturze. 

Stereotypy? Trochę, ale...

Ileż to razy Tosia mówiła, że chciałaby wziąć jakąś książkę do przedszkola, ale chłopcy prosili ją, żeby ich nie przynosiła, bo wtedy zamiast się bawić, będą musieli słuchać, jak pani czyta. Przypadek? Być może, choć często odnoszę wrażenie, że dziewczynkom czyta się więcej. A potem ci sami rodzice, którzy wcześniej stawiali u swoich synów na aktywność fizyczną, rozpaczają, że ich dzieci nie chcą czytać ani lektur szkolnych, ani żadnych innych.

Kolejny stereotyp? Być może, ale...

Bardzo często rodzice chłopców pytają mnie, jakie książki poleciłabym ich synom. Narzekają również, że dla chłopców pisze się mniej, że większość książek w założeniu pisana jest dla dziewczynek. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Moim zdaniem większość książek jest uniwersalna, bez względu na płeć, żyjemy przecież w tym samym świecie i kierujemy się tymi samymi wartościami. Książek odwołujące się do popularnych bajek telewizyjnych lub hitów kinowych jest tyle samo. Bohaterowie chłopięcy i dziewczęcy zajmują na księgarnianych półkach tyle samo miejsca. Nie ma więc miejsca na wymówki. Każda wymówka jest dobra, żeby nie czytać ani dziecku, ani sobie. A bez czytania życie jest, jak wiadomo, smutne i jałowe. Trzeba czytać. Ale jak tych chłopców do czytania zachęcić?

Wszystkim rodzicom, których dzieci omijają książki szerokim łukiem, zawsze polecam sięgnąć po lektury z ulubionymi bohaterami. Dzieci znają ich z bajek, używają związanych z nimi gadżetów, noszą ubrania, na których widnieją ich wizerunki. Dlaczego miałyby nie chcieć słuchać książek opowiadających o ich przygodach, a w przyszłości może nawet spróbować przeczytać je samodzielnie?

Nie ma takich powodów!

Wiem od Tosi, że chłopcy z jej przedszkola, a teraz także i szkoły uwielbiają LEGO NINJAGO. Dla mnie to czarna magia, ale Tosia coś tam kojarzy i na każdą wzmiankę o NINJAGO reaguje bardzo entuzjastycznie. Nie układa co prawda klocków, w których ci bohaterowie występują, ale książki z wydawnictwa AMEET właśnie o NINJAGO wzbudziły jej zainteresowanie;) A jeśli tak spodobały się dziewczynce, która woli zupełnie inne zestawy klocków, to jaki efekt musi być u chłopców, którzy NINJAGO uwielbiają!


W jej ręce trafiły cztery książki, każda z nich była zupełnie inna. Była Opowieść filmowa, dla fanów animacji będzie to świetna przygoda. Teraz przeczytają opowieść o tym, co do tej pory oglądali na ekranie. Powinien im się ten eksperyment bardzo spodobać;) W książce nie ma ilustracji, więc jest to albo lektura dla sprawnie czytających, albo książka do przeczytania razem z rodzicami. Każde rozwiązanie będzie dobre, bo przecież chodzi nam o to, żeby dzieci czytały!





Dla tych, którzy aż tyle czasu na czytanie nie mają albo próbują czytać samodzielnie, doskonałym wyborem będzie książka Złodzieje czasu. Duża czcionka, niewielka ilość tekstu na stronie i duże ilustracje, w miarę prostu język. Dzięki temu książkę czyta się dobrze i szybko. Nikt się nie zniechęci, co więcej, każdy czytelnik będzie dumny, kiedy okaże się, że całą książkę przeczytał samodzielnie!





Moją uwagę zwróciła Księga Spinijtzu. Jest pięknie wydana i na pewno będzie stanowić ozdobę dziecięcej biblioteczki. Ale nie tylko o ozdabianie tu chodzi. Ta książka to kompendium wiedzy o stylu walki Spinjitzu. Czytelników wita Mistrz Wu, który obiecuje im, że obcując z tą książka poznają wiedzę tajemną. Będą mogli z niej korzystać, ale muszą to robić rozważnie i odpowiedzialnie. Tylko w ten sposób będą mogli stać się bohaterami Wyspy Ninjago. A gdyby ci bohaterowie poczuli się spragnieni, będą mogli napić się mrożonej herbaty. Przepis na nią również znajdą w tej książce.





Ale największe piski radości pojawiły się, kiedy Tosia zauważyła, że do jednej z książek dołączone klocki. Wokół tej chodziła najdłużej i o tę dopytywała się najczęściej. Zestaw klocków dołączono do Księgi Tajemnic, w niej nie ma za wiele do czytania, tu wymagana jest kreatywność. Trzeba będzie zaprojektować własnych strój Mistrza Spinjitzu i stworzyć kodeks dla ninja. Tę książkę się współtworzy. I to na pewno się chłopcom (a może i dziewczynkom) spodoba.





Książki, o których dziś napisałam to tylko niewielka część serii LEGO NINJAGO, którą ma w swojej ofercie AMEET. Można uzbierać całkiem sporą kolekcję i na pewno nie zabraknie książek do czytania na długie jesienne i zimowe wieczory.

Mówią, że cel uświęca środki. Można to stwierdzenie odnieść do tych książek, ale... seria książek LEGO NINJAGO to nie jest seria źle wydanych książek. Wydane są bardzo starannie, niczego nie można im zarzucić. Ktoś powie, że nie jest to ambitna lektura. Że dzieciom trzeba czytać książki artystyczne, z głębokim przesłaniem. Tak, ja też lubię takie książki, ale powiedzcie z ręką na sercu, czy Wy, ludzie dorośli czytacie tylko ambitną literaturę? Czy na Waszych półkach piętrzą się książki kolejnych laureatów Nagrody Literackiej Nike i Nagrody Nobla? Nie lubicie na plaży wyjąć z torby jakiegoś lekkiego romansidła? No, właśnie! Pozwólcie swoim dzieciom na to samo. Nie wybierajcie za nich książek, niech same zadecydują, co będą czytać (albo co Wy będziecie im czytać). Tak rozpoczyna się miłość do książek. Od tego, żeby nikogo do nich nie zmuszać, a jedynie pokazywać, że świat literatury jest piękny i wyjątkowy!

A te i inne książki z serii LEGO NINJAGO znajdziecie tutaj

środa, 11 października 2017

O owcach, kocie i łabędziu. "Misia i jej mali pacjenci. Deszczowy pacjent" (Zielona Sowa)

Pierwsze spotkanie z tą książką było pełne okrzyków zachwytu. Serię znamy od maja (KLIK), bardzo ją lubimy i niecierpliwie wypatrywałyśmy nowego tomu. Na pierwsze czytanie trzeba było trochę poczekać. Kiedy w końcu nadszedł ten dzień, Tosia specjalnie nie protestowała, ale również nie piszczała ze szczęścia. Ba! Była nawet trochę smutna, bo tuż przed wieczorną sesją czytelniczą nie mogłyśmy znaleźć aktualnie czytanej przez nas książki. Szukając zastępstwa sięgnęłyśmy po tę i...


z każdym kolejnym zadaniem smutek ustępował ogromnej radości. Bo lubiana przez Tosię bohaterka powróciła z trzema nowymi przygodami. Pierwszą z nich przeżyła w górach. Misia, mała pani weterynarz, wyjechała z rodzicami na wakacje. Dokąd? W góry. Sądząc po rysunkach musiały być to Tatry, bo to one kojarzą nam się z pięknymi halami, na których wypasa się owce. To nie pierwsze wakacje Misi w tym miejscu, dlatego zaraz po dotarciu do celu, dziewczynka chce iść w góry. A tak naprawdę chce odwiedzić swoich dobrych znajomych. Bacę i jego dzieci, Marylkę i Staszka. Radości ze spotkania nie ma końca. Ale nie potrwa ona długo, bo kiedy następnego dnia, Misia znowu odwiedzi swoich przyjaciół, okaże się, że jedna z owiec zniknęła. Nikt nie wie gdzie mogła podziać się najmniejsza członkini stada, owieczka Śnieżynka. Misia, Marylka i Staszek ruszają na poszukiwania. Odnajdzie ją Misia, ale owieczka będzie potrzebowała fachowej pomocy. Mała pani weterynarz poradzi sobie świetnie, opatrzy owieczkę, wyjmie kolce, które wbiły się w jej pyszczek i odniesie do mamy. Jak widać Misia, jak prawdziwy weterynarz, nawet latem nie zapomina o swoich obowiązkach i w każdej chwili jest gotowa nieść pomoc.

Zagubiona Śnieżynka to pierwsze z trzech opowiadań o przygodach sympatycznej siedmiolatki, która posiada własną klinikę weterynaryjną. Kolejne są równie interesujące, w drugim pojawia się maleńki, przeziębiony kotek (to ten tytułowy Deszczowy pacjent), w trzecim łabędź, który postanowił spędzić zimę w parkowym stawie. Lektura każdego z nich sprawiła nam ogromną przyjemność. A kiedy skończyłyśmy czytać padło to najważniejsze pytanie: "Mamo, kiedy będzie nowa część? I o jakich zwierzętach będzie opowiadać?"

Uwielbiam tę serię za ciepłe, mądre i świetnie napisane historie. Sama Misia od razu budzi sympatię. Dziewczynka jest mądra, czuła, gotowa do niesienia pomocy. Jej przygody w interesujący i niebanalny sposób przybliżają dzieciom świat zwierząt. Takim historiom mówimy zdecydowane TAK! Książki Anieli Cholewińskiej-Szkolik wyczulają małych czytelników na potrzeby zwierząt i pokazują im zasady rządzące życiem naszych mniejszych braci. Ale nie tylko zwierzęta są w tej książce ważne, równie istotne są relacje międzyludzkie. Misia pomaga wszystkim, którzy tego potrzebują. Przygotowuje herbatę dla chorej mamy, dodaje otuchy chłopcu, który martwi się o przeziębionego kota.

Zachwyt budzą w nas baśniowe ilustracje autorstwa Agnieszki Filipowskiej. Tosia ma do nich ogromną słabość, a i ja nie umiem przejść obok nich obojętnie. Są niesamowite! I od razu wywołują uśmiech! Nawet w najbardziej deszczowym dniu, kiedy zajrzy się do tej książki, człowiek poczuje się lepiej:)

Czy Wasze dzieci (pewnie raczej córki, niż synowie) znają już tę sympatyczną, małą panią weterynarz? Nie? To koniecznie musi ją poznać, a ja gwarantuję, że się polubią!








Misia i jej mali pacjenci. Deszczowy pacjent
Aniela Cholewińska-Szkolik
ilustracje Agnieszka Filipowska
Zielona Sowa, 2017