poniedziałek, 11 lipca 2016

Nawet do zoo zabieramy książki (Nowe Zoo w Poznaniu)

Tegoroczna wyprawa do zoo jakoś nie mogła dojść do skutku. Czas nagli, wrocławski ogród zoologiczny odwiedziliśmy, a do poznańskiego jakoś zawsze nie było po drodze. I może nawet odłożylibyśmy wyjście na następny rok, gdyby nie Cisna, mała niedźwiedzica, która kilka miesięcy temu zamieszkała w poznańskim azylu. Trzeba było ją zobaczyć, póki mała, słodka i zwariowana. No, i poszliśmy!

Wyprawę tradycyjnie zaplanowaliśmy na 9 rano i ten plan udało się wykonać, bramę zoo przekroczyliśmy z dwudziestoma innymi osobami. Część z nich kupowała bilety w kasie, część (w tym my) kupiła je wcześniej w internecie. Na 9:30 zaplanowane było spotkanie z Cisną i Barim (czyli mieszkającym z nią mastifem tybetańskim), więc dziarskim krokiem ruszyliśmy w kierunku niedźwiedziarni. Zwierzęta były na wybiegu już wcześniej i, co tu dużo mówić, szalały. Zwłaszcza Cisna. Dzielna, mała niedźwiedzica wspinała się na drzewa, wskakiwała do basenu, rozlewała wodę, zaczepiała Bariego, a potem dawała się głaskać opiekunce. Po drugiej stronie wybiegu w cieniu drzew kryły się pozostałe, dorosłe już niedźwiedzie. Kiedy Tosia nacieszyła oczy widokiem temperamentnej niedźwiedzicy ruszyliśmy w stronę wybiegu dla tygrysów, a stamtąd do słoniarni. To chyba trzy najbardziej atrakcyjne dla młodszych i starszych części poznańskiego zoo. W tym roku do zdjęć wyjątkowo chętnie pozowały słonie.
Tak wczesne przyjście do zoo ma jeden zasadniczy plus. Większość zwierząt ma wtedy porę karmienia, często znajdują się, więc przy ogrodzeniu i można im się bardzo dokładnie przyjrzeć. Zwierzęta, choć mają duże wybiegi, zdają się być jakby na wyciągnięcie ręki. Często słyszę opinie, że komuś nie udało się zobaczyć tego albo tamtego zwierzęcia (najczęściej mowa tu o zebrach i żyrafach). Nigdy czegoś takiego nie doświadczyliśmy, Tosia widziała wszystkie zwierzęta, które mijaliśmy po drodze. Ale wiadomo, co człowiek, to opinia. Nas widok żyrafy wśród drzew satysfakcjonuje, inni muszą mieć ją na wyciągnięcie ręki. Jedni powiedzą, że poznańskie zoo to doskonałe miejsce na długi spacer, inni że odległości między klatkami są zbyt długie, dzieci się nudą, a dorośli męczą. Nam to nie przeszkadza, Tosia o własnych siłach pokonuje cały ogród, nie narzeka, cieszy ją każdy napotkany zwierz. Na szczęście dla tych, którzy dużo chodzić nie mogą lub nie lubią zoo kilka lat temu wprowadziło kolejkę, która jeździ wokół ogrodu zatrzymując się na pięciu stacjach, to doskonałe punkty wypadowe, żeby zobaczyć kolejne zwierzęta. My przejażdżkę kolejką zostawiliśmy sobie na koniec. Taka już nasza tradycja, że najpierw obchodzimy całe zoo, a potem wsiadamy do kolejki i jeszcze raz cało ogród objeżdżamy, podziwiając zwierzęta i utrwalając to, co już widzieliśmy.
Tym, którzy nie znają poznańskiego zoo informuję, że nie jest to jedyna kolejka, która wiąże się z tym miejscem. Do Nowego Zoo dojeżdża prawdziwa kolejka wąskotorowa, której trasa wiedzie wzdłuż jeziora Malta (klik). Przejażdżka nią to olbrzymia atrakcja dla dzieci (ale nie tylko, bo ja sama lubię nią jeździć).

W tym roku serce Tosi skradły karakale, czyli drapieżne ssaki z rodziny kotowatych. Trudno było ją odciągnąć od wybiegu i przez cały dzień wyrażała swój zachwyt nimi. Duży entuzjazm wzbudziło w niej oczywiście małe zoo i koziołek Tadzik. Rozpaczała jedynie, że nie może go nakarmić, tak jak karmiła małe kozy we Wrocławiu. Nie zmieniło to jednak jej ogólnej oceny wyprawy do zoo, w drodze powrotnej kilkukrotnie dziękowała nam za wycieczkę, która (tradycyjnie) była dla niej niespodzianką, bo wsadziliśmy ją do samochodu i podaliśmy zupełnie inny (znacznie mniej ciekawy cel wycieczki).

 
 
Podczas wyprawy towarzyszyła nam książka autorstwa Elizy Piotrowskiej Nowe Zoo. Nie jest to nowa pozycja w naszej biblioteczce, mamy tę książkę już od dłuższego czasu, ale cały czas Tosia chętnie do niej wraca, a w tym roku bardzo chętnie sprawdzała, czy już odwiedziliśmy wszystkie zwierzęta. W domu była wyraźnie rozczarowana, że nie widziała nietoperzy, ale kiedy uświadomiłam jej, że mieszkają one w pawilonie zwierząt nocnych, do którego nie chciała wejść, przestała ubolewać na tą stratą. Z wiekiem też coraz lepiej tę książkę poznaje, a jestem pewna, że dziecko, które potrafi czytać ma z lektury jeszcze większą frajdę.
Za co Tosia tak tę książkę lubi? Przede wszystkim za krótkie wierszyki o zwierzętach. Wierszyki pełne ciekawostek i żartów, każdy z nich przybliża jeden gatunek zamieszkujący ogród zoologiczny. Oprócz tego w książeczce znaleźć można mapę zoo, mnóstwo zagadek, quizów i krzyżówek. To ciekawe przygotowanie do zwiedzania, pomoc w czasie wycieczki, jak również materiał do wspominania.
Polecam Wam serdecznie, po pierwsze wizytę poznańskim Nowym Zoo i, po drugie książkę Elizy Piotrowskiej. A gdybyście do zoo jechali Maltanką, spieszę donieść, że jest również książka o niej!





Nowe Zoo
Eliza Piotrowska
ilustracje


9 komentarzy:

  1. Widziałam kilka razy tę ksiażkę :) My do zoo tez pojechaliśmy z książką :) Może następnym razem zrobimy jakiś zlot blogujących mam?
    Do Wrocławia my z kolei wybieramy sie jak sójki za morze :))))

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że jak moja córeczka będzie większa to pokażę jej tą książeczkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie, na pewno jej się spodoba:)

      Usuń
  3. O ! Super !
    My mieliśmy tylko Malatankę, podczas naszego weeekendu w Poznaniu. Ale i zabrakło czasu na ZOO, więc na następny raz będzie jak znalazł ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Też się nie możemy wybrać do naszego ZOO :/ Może w przyszłym tygodniu nam się uda. Książeczka jest super, będę musiała się w taką zaopatrzyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie:) Ja mam ochotę na jeszcze jedno wyjście w tym roku, zobaczymy czy się uda :)

      Usuń