środa, 27 lipca 2016

Środowe recenzje: Do Warszawy z książką, czyli przewodniki po stolicy dla dzieci

Kiedy zaplanowaliśmy wakacyjny wyjazd do Warszawy od razu rozpoczęłam poszukiwania przewodników dedykowanych najmłodszym podróżnikom. Czy coś znalazłam? Oczywiście, że tak! Zdecydowałam się na dwa przewodniki i kilka książek uzupełniających naszą wyprawę:)

Pierwszy przewodnik to Warszawa dla młodych podróżników. Jeden z tomów serii wydawanej przez ExpressMap (znajdziecie w niej jeszcze między przewodniki po Krakowie, Lodynie i Barcelonie). Nie znajdziecie w niej zdjęć miejsc, które warto odwiedzić. Nie brakuje w niej za to opowieści o mieście. Pierwszą z nich jest legenda o syrence. Kolejna przenosi nas do czasów Jana III Sobieskiego i mówi o Pani Antosi, która w czasach kiedy nie było eleganckich hoteli miała wątpliwe szczęście mieszkać w okolicy Zamku Królewskiego. W związku z tym musiała często gościć tych, którzy przybywali na przykład na obrady sejmu.  
Wystarczyło zapukać do dowolnego domu w okolicy Zamku Królewskiego i gospodarz musiał ich ugościć, w dodatku za darmo! 
Mimo że dzisiaj pewnie niejeden chciałby przyjmować we własnym domu znanych prezenterów telewizyjnych czy piosenkarzy, 
w praktyce ten obyczaj ciążył gospodyniom. 
Panna Antosia postanowiła się od niego uwolnić, a wykorzystać chciała do tego męża, który pracował na królewskim dworze. Czy jej się udało? Oczywiście, że tak, choć król zagroził mieszkańcom Warszawy, że jeśli będą niegościnni, to przeniesie stolicę z powrotem do Krakowa! 
Kolejne opowiadania przenoszą nas do Wilanowa i Łazienek, czytamy również o uchwaleniu Konstytucji 3 Maja, pierwszym koncercie Fryderyka Chopina, rozwoju talentu małej Marysi Skłodowskiej, która kiedy dorosła dokonała niezwykłych odkryć i jako pierwsza kobieta została uhonorowana Nagrodą Nobla. Dwa ostatnie rozdziały dotyczą odbudowy stolicy i powstawania Pałacu Kultury i Nauki. 
Równie istotne jak opowiadania są wklejki. Na pierwszej znajduje się mapa, na której zaznaczono wszystkie opisywane miejsca. Na drugiej słowniczek, w którym jeszcze raz opisano wydarzenia, osoby i miejsca, którym poświęcone były kolejne rozdziały. 
Zachwyciła mnie ta niewielkich rozmiarów książeczka. To doskonała lektura na podróż do stolicy, autorka stworzyła piękne, klimatyczne opowieści o mieście. Będą one świetnym wstępem do zwiedzania, do rozbudzenia ciekawości, po niej być może dzieci same zdecydują dokąd chciałyby pójść.






Autorką drugiej książki jest Eliza Piotrowska. Znamy ją jako autorkę wielu przewodników po Poznaniu (o jednej z nich pisałam tutaj), jej książka towarzyszyła nam we Wrocławiu (klik), a teraz przyszedł czas na Warszawę. Tak jak we wszystkich innych książkach Elizy Piotrowskiej nie brakuje w niej wiadomości historycznych, ciekawostek związanych ze zwiedzanymi miejscami, całość uzupełniają liczne rebusy, krzyżówki i zagadki. Wszystko zgodnie z podtytułem książki łączy ze sobą zwiedzanie i zabawę. A że jak wiadomo, nauka przed zabawę to świetny pomysł, książka gwarantuje, że wiele miejsc z tej wycieczki zapadnie małym czytelnikom w pamięć. 
Autorka zabiera nas do ponad dwudziestu ważnych i interesujących miejsc, które warto zobaczyć w Warszawie. Na początku jednak krótki i zrozumiały rys historyczny, trochę ciekawostek o mieście i legenda o powstaniu nazwy miasta oraz o syrence. Potem ruszamy na Stare Miasto, gdzie oglądamy Barbakan, Zamek Królewski, Kolumnę Zygmunta III Wazy i Pomnik Małego Powstańca. Stamtąd można ruszyć na Krakowskie Przedmieście, gdzie znajduje się Pałac Prezydencki, dalej do Grobu Nieznanego Żołnierza. Można odwiedzić Zachętę. Eliza Piotrowska nie zapomniała oczywiście o Łazienkach Królewskich i Wilanowie. Opowiada również o Pałacu Kultury i Nauki, Centrum Nauki KOPERNIK, Muzeum Powstania Warszawskiego i Muzeum Kolejnictwa. A to tylko niektóre miejsca, o których czytamy w przewodniku. Wszystkie z nich uzupełniają liczne zdjęcia, zabawne ilustracje. Forma jest bardzo atrakcyjna dla młodszego i starszego czytelnika. Sama lubię go oglądać i czytać;) Na wklejce znajduje się mapa centrum Warszawy, więc nie ma obaw, że ktoś się zgubi.

 




Te dwie książki równie dobrze przydadzą się turystom, jak i mieszkańcom. To dobry pretekst do poznawania nowego miasta, ale również do okrywania miejsc, które mija się w codziennym pośpiechu i zupełnie nie zwraca na nie uwagi. Dobrze, że są takie książki,  dzięki którym dzieci czują się równoprawnymi turystami i zdobywcami miasta. 

Co pakujemy do walizki oprócz nich? Kolorowankę Warszawa. Kolorowy portret miasta, o której pisałam tutaj, paszport podróżnika z książki Kierunek Polska (o niej mogliście czytać tutaj) i Wesołe wycieczki po Polsce (recenzja tutaj) i oczywiście Podróżownik, w którym będziemy zapisywać nazwy odwiedzonych miejsc, wklejać bilety i pamiątki.
Dokąd pójdziemy? Co zobaczymy? O tym już po powrocie!

Warszaw dla młodych podróżników
Marta Spingardi
ilustracje Marianna Oklejak
ExpressMap, 2016
Warszawa zwiedzanie i zabawa
Eliza Piotrowska
Wydawnictwo ARKADY, 2013

poniedziałek, 25 lipca 2016

Jak to było nad morzem, czyli lepiej nic nie planuj, kiedy jedziesz z dzieckiem;)

Dziś nie będzie o książkach, dziś będzie o wakacjach. Wakacjach, które wyglądały nieco inaczej, niż to sobie zaplanowaliśmy. Dlaczego?

Najpierw w realizacji planów przeszkodził nam padający cały czwartek deszcz. Z tego powodu odpuściliśmy park dinozaurów w Malborku, stwierdziliśmy, że po takiej ulewie na pewno będzie tam mnóstwo błota i odkładamy wizytę tam na dzień powrotu. Pomyśleliśmy o Europejskim Centrum Solidarności i kierowaliśmy się od razu na Gdańsk. Gdańsk jednak w ulewie ucierpiał i do miasta ostatecznie nie wjechaliśmy. 

Gdynia przywitała nas umiarkowaną pogodą, nie przeszkodziło nam to jednak wybrać się na spacer na Skwer Kościuszki. Nie ma jednak, co ukrywać, że żaden statek nie zainteresował Tosi tak, jak plac zabaw na plaży. Trudno było ją stamtąd wyciągnąć:)
Następnego dnia odwiedziliśmy Orłowo i tu również największą atrakcją nie było ani molo, ani morze, a plac zabaw. Cóż, takie prawa dzieciństwa!
Droga do Władysławowa upłynęła nam w korkach, umilaliśmy ją lekturą książek, których recenzje ukażą się tu już niedługo. Na miejscu czekał na nas piękny pensjonat oferujący nam nie tylko przytulny pokój, ale także pyszną, domową kuchnię i stale uśmiechniętą obsługę. Sobotnie popołudnie to pierwszy spacer na plażę, pierwsza morska kąpiel Antoniny, gofry, lody i wielka radość dziecka, z każdej małej rzeczy, którą robiła. W niedzielny poranek wybraliśmy się do portu, z którego wypłynęliśmy w krótki rejs statkiem wycieczkowym. Tosia była zachwycona, choć co jakiś czas zdarzało jej się zapytać, czy aby na pewno nie toniemy;)

Naszym celem na poniedziałek było helskie fokarium. Najpierw - przepełniony pociąg, potem gigantyczna kolejka do fokarium, postanowiliśmy więc poszukać miejsca, w którym nie będzie tłumów. I tak trafiliśmy do Domu Morświna. To znajdujące się nieopodal fokarium muzeum

Dedykowane ginącemu na Bałtyku gatunkowi mikro-muzeum ukazuje jak wielki ma on problem z przetrwaniem.

Zamieszczone w budynku statyczne i medialne ekspozycje informują o sekretach biologii morświnów, przedstawiają historię ich egzystencji a także omawiają współczesne dla nich zagrożenia i sposoby ochrony. W ,,morświnowym domu” zagościły także informacje o delfinach i wielorybach, które w ostatnich latach zaobserwowano w polskiej części Morza Bałtyckiego. Takich dokumentalnych filmów nie zobaczy się nigdzie.

Przekraczając jego próg nie wiedzieliśmy, czy spodoba się tam Tosi, czy kwestie związane z ratowaniem zagrożonych gatunków zainteresują ją tak samo mocno, jak pokazowe karmienie fok. Wtedy okazało się, że w Domu Morświna czekają na najmłodszych zwiedzających zagadki i zadania do rozwiązania. Wspólnymi siłami odnaleźliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania, a Tosia opowiedziała o wszystkim pracownikowi muzeum i stała się szczęśliwą posiadaczką nagród;) Stamtąd udaliśmy się na krótki spacer po Helu, a w końcu do fokarium. Mieliśmy szczęście, bo akurat otwarto drugi basen i mogliśmy obserwować wszystko z pierwszego rzędu, zachwyt i radość Tosi - bezcenne. Na pamiątkę kupiła sobie pluszową foczkę i książkę o fokach. W drodze powrotnej czytaliśmy i rozmawialiśmy o fokach i morświnach. Wczoraj podpytywałam ją, czy cokolwiek z tego pamięta i okazało się, że pamięta wszystko! Ciekawa przygoda - polecam wszystkim!

We wtorek ruszyliśmy do Gdańska, naszym celem było zwiedzenie starówki (ECS zostawiliśmy sobie na sobotę) oraz spotkanie z mieszkającym tam znajomym i dziadkami, którzy urządzili sobie jednodniowy wypad do Trójmiasta. Plan udało się zrealizować, ale Tosia z godziny na godzinę coraz gorzej mówiła i coraz bardziej kaszlała. Ziścić miał się, więc najgorszy wakacyjny scenariusz, czyli choroba. Oprócz oglądania zabytków udało nam się odwiedzić Firmin Księgarnię w Teatrze. Miejsce, z którego wychodzić nie chciałam ani ja, ani Tosia. Byłyśmy gotowe wydać tam wszystkie pieniądze, opanowałyśmy jednak nasze żądze i ograniczyłyśmy się do dwóch książek. Do Władysławowa wracaliśmy już z chorym dzieckiem, podwyższona temperatura, chrypa, kaszel...
Środę rozpoczęliśmy od wizyty u lekarza i zakupu inhalatora (ot, taka nieplanowana pamiątka z wakacji za ponad 100 zł). Tak, inhalatora nie było na naszej liście rzeczy do zabrania nad morze. Pewnie powinniśmy go mieć ze sobą, ale Tosia od tak dawna nie miała kaszlu, że zostawiliśmy go w domu. No, to teraz mamy dwa;) Popołudniu, ponieważ nie dostaliśmy zakazu wychodzenia z domu, ale o plażowaniu nie było mowy, wybraliśmy się PKSem do Jastrzębiej Góry i na Przylądek Rozewie. Tosię zachwyciła latarnia morska, weszła na nią dzielnie i bez strachu. A z góry podziwiała panoramę okolicy. 
Kolejny dzień nie przyniósł ani poprawy, ani pogorszenia stanu zdrowia Tosi. Lekki stan podgorączkowy jeszcze się utrzymywał, plażowanie przełożyliśmy na piątek i wybraliśmy się na ruchome wydmy do Łeby. Tośka dzielnie pokonała 5,5 km od parkingu do wydm, roześmiana tarzała się w tej gigantycznej piaskownicy, a na koniec spełniła swoje małe marzenie, czyli przejechała się meleksem (co prawda to strasznie droga "atrakcja", bo przejazd w jedną stronę to koszt 15 zł od osoby i 7,50 zł z dziecko do 7 lat, gdyby była w pełni sił wrócilibyśmy pieszo, ale chcąc jej sprawić przyjemność, wybraliśmy ten środek transportu). W Łebie udowodniła nam po raz kolejny, jak twardy z niej zawodnik, jak wytrwały piechur i, jak ciekawy świata człowiek. Uwielbiamy z nią podróżować!
A w piątek, choć dziecko zdrowiało, zaczął padać deszcz i plażowanie nie doszło do skutku. Tośka biegała po plaży w kaloszach, zbierała kamienie i szukała muszelek. Jadła gofry z posypką i wydawała kolejne dwuzłotówki. Grała z tatą w cymbergaja, jeździła na karuzelach i zajadała się oscypkami (tak, tak, dobrze przeczytaliście). Nadal trochę osłabiona, nadal trochę kaszląca... 

W sobotę ominęliśmy, więc Gdańsk, ominęliśmy Malbork. Przed nami jeszcze kilka letnich weekendów, przed nami jesień, wierzymy, że uda nam się odwiedzić miejsca, z których teraz, ze względu na jej zdrowie ominęliśmy. Pewnie szalelibyśmy bardziej, gdyby nie nasz jutrzejszy wyjazd do Warszawy. Tosia i tak była szczęśliwa i uśmiechnięta. Pewnie nie jest jeszcze świadoma tego, jak wiele ją ominęło, ile godzin mogła spędzić na plaży, ile lodów mogłaby jeszcze zjeść. Wspomina jednak ten wyjazd z uśmiechem na twarzy, opowiada o fokach, morświnach, o kąpieli w morzu, o wydmach, o najdalej wysuniętym na północ punkcie Polski.
Zobaczyła kolejne miejsca, uzupełniła swój Podróżownik, kupiła kilka nowych magnesów i zebrała garść muszelek. Znowu poznała jakiś zakątek Polski. Było pięknie, rodzinnie, trochę leniwie, trochę aktywnie, choć inaczej, niż planowaliśmy. Ona doświadczyła czegoś nowego, my odnaleźliśmy się w nowej sytuacji. Wakacje z chorującym dzieckiem - tego nikt nie mógł przewidzieć, ale udało się je przeżyć, a Tosia zapytana o to, czy jej się podobało bez wahania odpowiada, że tak!
 

 

 


  
 
 




środa, 20 lipca 2016

Środowe recenzje: "Zosia, Ernest i ktoś jeszcze" (Adamada)

Zosia nie ma łatwego życia z Ernestem, Ernest nie ma łatwego życia z Zosią. A tu cała sprawa dodatkowo się skomplikuje, bo rodzice oznajmiają, że ich rodzina powiększy się o jeszcze jedną osobę. Na początku nie wiedzą, kto przyjdzie na świat. W końcu okazuje się, że nowym członkiem rodziny będzie chłopiec. 

Narodziny brata wiążą się jednak z rozłąką z mamą, dzieci bardzo za nią tęsknią i odliczają dni do jej powrotu. Pierwsze spotkanie z bratem ma miejsce już w szpitalu, dzieci są zaciekawione maleńkim chłopczykiem w kocyku, a co się dzieje, kiedy mama i Jaś wracają do domu? Jest przede wszystkim wielka radość, transparenty, serduszka dla mamy (i jedno dla brata, ale to narysowała babcia, bo Zosia i Ernest zapomnieli). A kiedy Jaś zaczyna płakać, Zosia gra dla niego na piszczałce, a Ernest rysuje serduszko. Maleństwo się uspokaja, a rodzeństwo je ze siebie bardzo dumne! Później jest nieco trudniej, mama cały czas zajmuje się Jasiem, ciągle przychodzą goście, poza tym trzeba zachowywać się cicho, żeby nie obudzić braciszka. Poza tym Jaś nie mówi, więc trudno się z nim porozumieć! Na szczęście chłopiec szybko rośnie i coraz bardziej uczestniczy w życiu starszego rodzeństwa. Od tego momentu jest jeszcze weselej, bo to kolejna osoba, z którą można się nie tylko pokłócić i, na którą można się dąsać, to przede wszystkim nowy kompan do zabaw i psot! Rodzice na pewno nie będą się nudzić!

Zosia, Ernest i ktoś jeszcze to książka Elżbiety Pałasz, która trafiła do naszej biblioteczki. Pierwsza, czyli Pies i kot (recenzję znajdziecie tutaj klik) była piękną i mądra opowieścią o zwierzętach, ta to ciepła i zabawna historia pewnej rodziny, w której życiu zaszły bardzo poważne zmiany. Książka spodoba się wszystkim przedszkolakom, nie tylko tym, które czekają na rodzeństwo. Zosia i Ernest przeżywają przygody podobne do tych, które spotykają ich rówieśników, tak jak inne dzieci czekają na Boże Narodzenie, przygotowują prezenty dla mamy w dniu jej święta, kłócą się jak każde inne rodzeństwo. Walczą z ospą wietrzną i jeżdżą na wycieczki. Zosi, Ernesta, ich małego brata oraz rodziców nie można nie lubić. Wszystko w tej książce jest po prostu jak w życiu:)







Zosia, Ernest i ktoś jeszcze
Elżbieta Pałasz 
ilustracje Zuzanna Dominiak
Wiek 3+
 Wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką 

piątek, 15 lipca 2016

Z dzieckiem nad morze, czyli co będziemy robić na wakacjach? ("Podróżownik. Wybrzeże Polski")

Kiedy czytacie ten post, jesteśmy już w drodze nad morze. Pada? A może świeci słońce? Trudno powiedzieć, pogoda jest niezwykle ważna, kiedy planuje się tylko plażowanie, my w planach mamy jeszcze wycieczki!

Na początek Malbork, ale tym razem nie zamek (bo ten odwiedziliśmy dwa lata temu). Tosia od dłuższego czasu mówiła, że chciałaby odwiedzić park dinozaurów. Mówisz masz! Myśleliśmy o Rogowie, które znajduje się na naszej trasie nad morze, jednak jakiś czas temu przeczytałam recenzję u Matki Wariatki (klik), w którym autorka zachwalała dinopark w Malborku. Zrobiła to tak skutecznie, że postanowiliśmy pojechać właśnie tam.

Kiedy już dotrzemy nad morze (czyli do Władysławowa) miejsc do odwiedzenia jest wiele. Po pierwsze i najważniejsze Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku. Dwa lata temu, kiedy po raz ostatni byliśmy w Trójmieście, budowa Centrum właśnie się kończyła. Teraz jest już gotowe i od niemal dwóch lat przyjmuje turystów. Od wszystkich, którzy tam byli słyszałam same pozytywne opinie, czas więc przekonać się osobiście, czy jest tam tak ciekawie, jak mówią na mieście! Obowiązkowy jest również spacer po Gdańsku, Tosia jest szczęśliwą posiadaczką kolorowanki Gdańsk. Kolorowy portret miasta (o serii pisałam tutaj klik), czas sprawdzić, czy wszystko dobrze pokolorowała;) 
Pierwszy dzień spędzimy w całości w Gdyni, tam wybierzemy się na Skwer Kościuszki i (taki jest nasz, rodziców, plan) zwiedzimy albo ORP Błyskawica, albo "Dar Pomorza". Jeśli pogoda nie dopisze myślimy jeszcze o Gdyńskim Akwarium lub Centrum Nauki Experyment (choć o tym mniej chętnie, bo kilka dni później wybieramy się do Warszawy i chcemy odwiedzić Centrum Nauki Kopernik). 

Oczywiście mieszkając we Władysławowie nie będziemy codziennie jeździć do Trójmiasta, mamy przecież nadzieję, że pogoda pozwoli na kilkukrotne plażowanie. W samym Władysławowie odwiedzić możemy Ocean Park. W nim czekają modele zwierząt oceanicznych w skali 1:1, wystawa rzeźbionych ryb, żywy rekin i płaszczka oraz możliwość pogawędki z interaktywnym, wygadanym wielorybkiem. Tosia byłaby zachwycona, ale o tym, czy tam się wybierzemy zdecyduje pogoda. 
Z Władysławowa wybierzemy się na pewno na Przylądek Rozewie, gdzie Tosia będzie miała okazję zobaczyć latarnię morską, no i stanąć na najbardziej wysuniętym na północ fragmencie polskiej ziemi.
Obowiązkowo odwiedzimy port, może nawet, jeśli Tosia nie będzie się bała, wybierzemy się w niedługi rejs statkiem wycieczkowym. We Władysławowie znajduje się również wieża widokowa, kto wie może się na nią wespniemy, żeby podziwiać morze z góry.

Będąc we Władysławowie wypadałoby jeszcze odwiedzić Hel. Pamiętacie historię Klifki, o której pisałam jakiś czas temu (jeśli nie, przypominam recenzję klik), warto byłoby zobaczyć miejsce, w którym ludzie robią wszystko, żeby w Bałtyku udało się odtworzyć kolonię fok. Myślę, że Tosia byłaby zachwycona fokarium, jest więc ono na naszej liście must visit.

W drodze powrotnej mamy chrapkę na Żnin i tamtejsze muzeum kolejek wąskotorowych. Tosia, jak wiecie pociągi uwielbia, a te jeżdżą po najwęższych torach w Europie! Ze Żnina możemy wybrać się do Wenecji, a stamtąd do Biskupina i Gąsawy.
A jeśli całe dnie będzie padać, wybierzemy się do kina. Cały czas odwlekamy wspólne wyjście, więc może nad morzem? Choć nie ukrywam, że Tosia tak bardzo lubi siedzenie w piaskownicy, że wielka piaskownica jaką jest nadmorska plaża, byłaby dla niej miejscem idealnym i doskonałym.
Plany, jak widać mamy napięte, czy uda nam się je zrealizować? Część na pewno tak, dużo zależy od pogody i zainteresowań Tosi, w końcu te wakacje (jak każde inne) są przede wszystkim dla niej!

Każdego dnia będzie nam towarzyszył Podróżownik. Wybrzeże Polski, wspólnie będziemy zapisywać w nim nazwy odwiedzonych miejsc, potrawy, których udało nam się spróbować, ciekawe wydarzenia, które miały miejsce podczas wakacji. Z Podróżownikiem Tosia będzie również pakować swoją walizkę, a potem uczyć się dokumentować swoje wspomnienia. Pomysłów na ich utrwalanie nie brakuje, będzie mogła stworzyć obrazek z piasku, pokolorować latarnię morską, opisać najciekawszą wakacyjną przygodę. Nie będziemy się z Podróżownikiem nudzić, bo oprócz miejsca na rysunki, notatki, opowiadania jest w nim mnóstwo do czytania. A, kiedy wszystko przeczytamy i opiszemy, możemy zagrać w nadmorską grę. Pionki zrobimy z muszelek albo kamyków, zorganizujemy jakąś oryginalną i nowatorską kostkę.
Wiecie, że jestem fanką tej serii, prawda? Do tej pory testowałam ją "na sucho", teraz po raz pierwszy, zabieramy Podróżownik na wakacje! Co w nim zapiszemy? Jak będzie wyglądał po powrocie? O tym już niedługo!






 Podróżownik. Wybrzeże Polski

Anna i Krzysztof Kobusowie
ilustracje Patricija Biluj-Stodulska/Podpunkt

środa, 13 lipca 2016

Środowe recenzje: "Prawie się nie boję..." (Wydawnictwo EZOP)

Dzieci często boją się rzeczy, które nie istnieją albo nie mają prawa zaistnieć. Przerażają je potwory w szafie, duchy za oknem albo marchewki wychodzące z lodówki. Cień na ścianie wydaje im się ogromnym smokiem, hałas za drzwiami przypomina im dźwięk przechadzającego się krokodyla. To żaden wstyd, bo nawet bohaterom literackim zdarza się umierać ze strachu!


Bulbes, bohater książki Prawie się nie boję... umiera ze strachu, kiedy mama spóźnia się po niego do szkoły. Przychodzą mu wtedy do głowy najrozmaitsze myśli, boi się na przykład, że mama została porwana. Kto mógł to zrobić? Oczywiście gangsterzy, a to oznacza, że Bulbes będzie musiał zapłacić okup. Wszystkie dzieci wyszły już ze szkoły, chłopiec zostaje sam z panią i zastanawia się ile pieniędzy ma w skarbonce. Czy to wystarczy na okup? W końcu mama przyjeżdża do szkoły, dlaczego się spóźniła? Utknęła w korku. Wychodzą razem ze szkoły, mama proponuje lody, ale Bulbes nie ma ochoty. Za to wchodzi do kałuży, będzie miał mokre buty, może się przeziębi i zachoruje, wtedy mama będzie z nim w domu, wtedy niczego nie będzie się bał. 
Ale boi się nie tylko Bulbes, boi się również mama. Cały dzień martwi się tym, że za mało czasu spędza z synkiem, że codziennie tkwi w korkach i z tego powodu spóźnia się do szkoły. Boi się również obrażonej miny Bulbesa.
Ze swoimi lękami próbuje sobie radzić Hania Papierek. Bała się swojej mamy, która krzyczała na nią, na jej tatę, na panią w sklepie, teraz nie musi się jej już bać, bo mieszka razem z tatą i Helenką. Teraz boi się potwora, który mieszka na działce. Hania zaprzyjaźnia się z Bulbesem. Dzieci szybko stają się obiektem drwin koleżanek i kolegów, jednak nie przejmują się tym, bawią się razem i cieszą swoim towarzystwem. Od tej pory, Bulbesa odbiera Helenka, która przychodzi po Hanię. Nie zostaje już w szkole jako jedyne dziecko. To jednak nie koniec lęków i obaw, z którymi mierzą się dzieci...

Prawie się nie boję... to książka niemal poetycka, to opowieść, która zachwyca językiem, która urzeka ilustracjami. I choć mówi o sprawach niełatwych, bo jak udowodniła autorka każdy z nas czegoś się boi, trudno się od niej oderwać. Warto ją przeczytać po pierwsze ze względu na samą opowieść, po drugie ze względu na przesłanie. Jej lektura na pewno nie sprawi, że dzieci nagle przestaną się bać, ale na pewno przestaną się swoich lęków wstydzić. W końcu mama i tata także się boją, bo strach towarzyszy nam przez całe życie i tylko od nas zależy w co go przekujemy!




Prawie się nie boję...
Anna Onichimowska
ilustracje Aleksandra Woldańska-Płocińska
Wiek 6+