piątek, 29 kwietnia 2016

Kredką po mapie, czyli Tosia poznaje Polskę!

Alergia zaatakowała, jak zwykle szybko i bezlitośnie, uziemiając nas na kilka dni w domu. Każdego ranka Tosia rozpacza, że nie może iść do przedszkola, w przedszkolu uczą się teraz o Polsce, bo 2 maja obchodzimy Święto Flagi, a dzień później rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja.  Nie wiem, czego dokładnie uczą się w przedszkolu, ale próbując złagodzić jej ból związany z chwilową przerwą w przedszkolu, przeprowadzam w domu edukację patriotyczną.

Z pomocą przyszły jak zwykle książki, a raczej kolorowanka. Dużych rozmiarów! Polska do kolorowania Wydawnictwa Olesiejuk. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy na wystawie księgarni wiedziałam, że muszę ją kupić, bo po pierwsze Tosia uwielbia kolorować, po drugie takiej kolorowanki jeszcze nie widziałam. Kiedy kupiłam pierwszą, kupiłam od razu kilka kolejnych, żeby podarować je dzieciom, które znamy. Na pewno im się spodobają! Tak, jak spodobały się Tosi. 

Jest to kolorowanka, którą można po prostu kolorować i nie zastanawiać się, co przedstawiają poszczególne obrazki. Jeśli dziecko czyta samodzielnie, podpisy nie będą dla niego tajemnicą, młodsze będą potrzebowały pomocy rodzica, ale znajdą się pewnie dzieci, które nie zwrócą uwagi na literki i skupią się na kolorowaniu. 
My zaczęłyśmy od strony z legendami, wyjęłyśmy książkę z polskimi legendami, czytałyśmy jedną z nich, a potem Tosia chwytała z kredki i kolorowała obrazek. W tym czasie zadawałam jej pytania, żeby sprawdzić, czy coś z tej lektury zapamiętała. Mogę ogłosić sukces edukacyjny, bo coś w tej małej główce zostało. 
Legendy to jednak tylko jedna strona tej sporych rozmiarów kolorowanki. Czym kuszą nas inne strony? Mapami poszczególnych województw, na których zaznaczono największe atrakcje regiony. Są, między innymi, tężnie w Ciechocinku, kopalnia soli w Wieliczce, ratusz we Wrocławiu, "Filmówka" w Łodzi i kościół Mariacki. To zabawa na wiele dni, bo trudno będzie w miarę uważnie pokolorować te wszystkie obrazki w pięć minut.

Ta kolorowanka daje szansę na ciekawą zabawę z dzieckiem, u nas od razu w ruch poszła nie tylko książka z polskimi legendami, ale także zdjęcia, które znajdują się w naszym rodzinnym albumie, na których uwieczniliśmy zabytki naszego kraju oraz przewodniki. Tosia słuchała, oglądała, pytała i kolorowała.
I będzie kolorować jeszcze długo, bo to naprawdę zabawa na długi czas, bo przecież nie trzeba kolorować wszystkiego od razu:) Przyjemność można sobie dawkować, zwłaszcza teraz, kiedy w wielu rodzinach rozpoczyna się sezon krótszych i dłuższych wyjazdów po Polsce.
My startujemy w poniedziałek! Dokąd jedziemy zdradzę już niedługo:)

 
 
 
 

środa, 27 kwietnia 2016

Środowe recenzje - Przyjaźń na czterech łapach, czyli "Pies i kot w leśnym zakątku"

Wydawnictwo Adamada wdarło się przebojem na nasze półki i coraz śmielej sobie na nich poczyna, i coraz więcej miejsca zajmuje! Pozwalamy mu na to, bo wydaje książki niezwykłe. Dziś opowiem Wam o jednej z nich.

Początek jest smutny. Pies Burek zostaje wyrzucony z domu, bo przekopał grządkę, na której rósł groszek. Z innego domu zostaje wyrzucony kot Perseusz, który pacnął łapką młodszego kolegę, kiedy ich pani spała. Pies i kot snują się, więc po okolicy i szukają pomysłu na to, co zrobić. Nagle wpadają na siebie i nawiązuje się między nimi nić sympatii. Ruszają razem w świat. Przygód nie zabraknie, już pierwszego dnia na ich drodze staje wilczek Tutek. Nie jest to jednak groźny wilk, jakiego pamiętamy z opowieści o Czerwonym Kapturku. Ten wilk był bardzo strachliwy, nie lubi polować, nie lubi mięsa (Burka i Perseusza częstuje sałatką z mlecza!). Od tej chwili podróżują we troje. Aż do chwili, kiedy na ich drodze staje najprawdziwszy lew! Pierwsze spotkanie nie przebiega w idealnej atmosferze, na szczęście po przełamaniu pierwszych lodów Włochat dołącza do zwierzęcej kompanii. Co więcej, zachęca ich nawet do tego, żeby zamieszkali w jego jaskini! To najlepszy przykład dla małych czytelników, że zaprzyjaźnić można się z każdym i, że można się pięknie różnić, a mimo tego być ze sobą blisko, obdarzyć się zaufaniem, dzielić smutki i radości.

Idą przed siebie, przeżywają różne przygody, razem świętują, cieszą się, bawią i smucą. Spotykają Złotą Rybkę i żubra z Dzikiego Boru. Mnie najbardziej urzekł i wzruszył rozdział poświęcony Bożemu Narodzeniu. Burek i Perseusz, którzy dotąd mieszkali blisko ludzi wspominają dotychczasowe wigilie, świąteczne tradycje, potrawy, zwyczaj obdarowywania bliskich prezentami. Wszyscy udają się do najbliższego domu, gdzie przez okno chcą podglądać świąteczną krzątaninę, a potem wigilijną wieczerzę. W tym momencie następuję bożonarodzeniowy cud, okazuje się bowiem, że w domu, który chcieli obserwować mieszka tylko jedna, samotna starsza pani, która zaprasza ich do siebie. Zwierzęta jedzą z nią kolację, każde z nich dostaje prezent i jest tak, jak powinno być tego dnia, pięknie, ciepło, rodzinnie! Jest rozdział noworoczny, jest rozdział wielkanocny. To wszystko sprawia, że Pies i kot w leśnym zakątku to książka do której chętnie się wraca przy różnych okazjach.  My, na przykład, kończyliśmy czytać tę książkę akurat w czasie Świąt Wielkanocnych, o których opowiada ostatni rozdział, książka wpasowała się idealnie!

Opowieść autorstwa Elżbiety Pałasz urzeka ciepłem i humorem, bohaterowie, choć czworonożni, niewiele różnią się charakterami i temperamentem od czytelników. Rozdziały są krótkie, każdy z nich ma zaledwie dwie strony, nie będą się, więc nudzić dzieci, które za czytaniem nie przepadają, nie będą się również nudzić te, które uwielbiają, kiedy rodzic czyta dużo i długo, łatwo bowiem w trakcie wieczornego czytania poznać niemal całą książkę. Dodatkową atrakcją dla oczu są niesamowite ilustracje Elżbiety Jarząbek. Piękne, kolorowe, doskonale obrazujące wszystkich bohaterów. Pies i kot w leśnym zakątku to wspaniała książka, która przypadnie do gustu przedszkolakom. Jeśli, więc szukacie pomysłu na prezent jakiegoś malucha, to rozwiązałam już Wasz problem!


 
 
 

Pies i kot w leśnym zakątku
Elżbieta Pałasz
ilustracje Elżbieta Jarząbek
Wiek 3+

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

"Dziób w dziób"

Byliśmy w teatrze. Było wspaniale. Dziecko oznajmiło, że teatr jest lepszy od kina, bo w teatrze codziennie grają coś innego. Siedziała w fotelu z otwartą buzią albo z malującym się na tej buzi uśmiechem. Co ją tak zachwyciło? Pięć gołębi, jeden wróbel i jeden kot, czyli bohaterowie spektaklu Dziób w dziób z poznańskiego Teatru Animacji.
Staram się wybierać dla Tosi spektakle oryginalne, które jej nie znudzą, w których dużo będzie się działo, które nie zrażą jej do teatru, które ją zachwycą. Tak trafiłam na zapowiedź przedstawienia Dziób w dziób. Współczesna sztuka, młodej dramatopisarki Maliny Prześlugi, którą tak zapowiadał na swojej stronie Teatr Animacji:
Od zawsze każdym miejskim podwórkiem rządzi jakaś Banda gołębi. Waleczne, odważne, honorowe, co chwila wznoszą dumne okrzyki: "Rządzą gołębie, zawsze gołębie, tylko gołębie!" Przerywają tylko wtedy, gdy ktoś sypnie bułką... Albo gdy na rewir wkroczy ich odwieczny wróg - kot. I właśnie kot rozbił Bandę Zbigniewa: Pożarł gołębia Janusza. Nikt tego nie widział. Nie zostały ślady. Dowodów brak. Ale gołębie nie potrzebują dowodów, by się zemścić. Na szczęście w odpowiednim (a może najmniej odpowiednim?) momencie na podwórko wkracza Przemek, samotny, młody wróbel. Przemek jest dobroduszny i niewinny. Słabeusz bez własnej Zgrai. Nigdzie nie pasuje i nie ma prawa głosu, bo przecież nie jest gołębiem! A jednak jego dobre serce i wiara w ptaki pozwalają mu uchronić Bandę przed katastrofą i dociec prawdy. Przemek raz na zawsze zmieni zasady i udowodni, że warto iść przez życie razem, dziób w dziób. Bo przecież ptak to ptak, a każdy problem da się rozwiązać pokojowo... albo odkryć, że tak naprawdę problemu nie ma!
Premiera odbyła się 17 kwietnia 2016 r., a bilety zamawiałam na tydzień przed nią, nie wiedziałam, więc czy to przedstawienie spodoba się Tosi i, czy na pewno będzie odpowiednie dla dziecka w jej wieku. Zaryzykowałam i dobrze. zrobiłam. Tosia może i nie wyłapywała wszystkich żartów, ale niczego się nie przestraszyła, wiele zrozumiała, teraz chętnie opowiada o tym, co widziała i, co najważniejsze ani razu (w czasie przedstawienia) nie usłyszałam, że się nudzi i chce wyjść. Nie dziwię jej się, bo spektakl był piękny, ciekawy i zabawny.


Wchodząc na widownię widzimy fragmenty scenografii, rozpięty sznur z praniem, pranie oczywiście ubrudzone ptasimi odchodami, czarny mur nieco popisany kredą i stare radio (które niezwykle zachwyciło Tosię). Z tego wynika, że może być mrocznie, czarno, szaro i buro. Nic podobnego, wszystko zmienia się chwili, w której na scenę wkraczają główni bohaterowie!
Gołębie nie wyglądały jak te szare, nieco brudne ptaszyska, które każdego dnia kilka razy stają na mojej drodze (a których panicznie się boję). Były kolorowe, zabawne i wyjątkowo przyjazne (choć charakterne). Do tej zgranej bandy, dołączyć chciał przesympatyczny wróbel Przemek. Samotnik, odrzucony przez swoich, z kompleksami i wyrzutami sumienia (bo wykluwając się z jajka, wypchnął z gniazda swojego brata, tak przynajmniej opowiedziała mu mama). I właśnie ten samotny, ale rezolutny i niezwykle odważny wróbel zapragnął przyłączyć się do gołębiej bandy, która tkwiła właśnie w fazie kryzysu, a jednocześnie gotowała się do walki. Skąd ten kryzys? Ano stąd, że zniknął gołąb Janusz! Ale on nie zniknął tak po prostu, gołębia Janusza pożarł kot! Pożarł tak, że nawet kosteczki nie zostawił, nawet piórka nie wypluł. Nie ma śladów, ale jest zbrodnia. Gołębie nawet nie myślą o tym, żeby przeprowadzić jakiekolwiek śledztwo, Janusza zeżarł kot i koniec. Kot jest winny, na kocie trzeba się zemścić. Emocji i zaskakujących zwrotów akcji nie zabraknie.

Przedstawienie bawi i uczy. Bawią okrzyki wznoszone przez gołębie ("Kto nie skacze, ten nie gołąb" i "Rządzą gołębie, zawsze gołębie, tylko gołębie"), podejrzewam, że dzisiaj zna je już połowa przedszkola, bo Tosia wykrzykuje je często i chętnie, bawią piosenki rapowane przez skrzydlatych bohaterów, bawi ich wygląd. Zachwyca animowanie pacynek, zachwyca wielki czarny kot z pomarańczowymi oczami (jest naprawdę wieli, ale tylko, kiedy występuje razem z ptakami, bo w momencie spotkania ze swoją właścicielką jest malutką kicią). Doceniam również przesłanie spektaklu, podkreślanie wagi przyjaźni, działania zespołowego i unikania wyciągania pochopnych wniosków. Jeśli dodać do tego piękną scenografią, wspaniałych aktorów, cudowne lalki, otrzymujemy spektakl, który każdy powinien zobaczyć. Zobaczyć po to, żeby trochę się pośmiać, trochę się zastanowić, trochę posmucić!
Krótko mówiąc! Polecamy!

 
 
 Zdjęcia pochodzą ze strony Teatru Animacji,
fot. Jakub Wittchen

Dziób w dziób
autor Malina Prześluga
reżyseria Ireneusz Maciejewski
scenografia Robert Romanowicz
muzyka Łukasz Pospieszalski
Obsada: Magdalena Dehr
Aleksandra Leszczyńska
Marcin Chomicki
Marcel Górnicki
Igor Fijałkowski
Artur Romański 

Teatr Animacji w Poznaniu, premiera 17.04.2016 r.
 

piątek, 22 kwietnia 2016

W jaki sposób przechowujemy książki?

Przynajmniej raz w tygodniu do naszego domu trafia nowa książka. A żadne z nas nie potrafi rozstać się z książkami, które już w nim są. Do tej pory wydawało mi się, że to ja szczególnie mocno związuję się w zadrukowanym i połączonym w jedną całość papierem, ale okazuje się, że jest u nas ktoś, kto robi to równie silnie!

Niedawno policzyliśmy księgozbiór Tosi, składa się na niego ponad 200 tytułów! Na początku, czyli na etapie planowania jej pokoju, przygotowaliśmy dla niej cztery półki i byliśmy święcie przekonani, że w zupełności wystarczą. Oj, rodzice małej wiary! Półki zapełniły się błyskawicznie, a nowe książki lądowały na podłodze.

Podjęliśmy decyzję o kupnie regału. Miał on być przeznaczony jedynie na książki, niestety szybko znalazły na nim swoje miejsce gry, puzzle oraz pudełka ciastoliny. Książki dominowały, ale nie w takim stopniu, w jakim chciałam. Poza tym, ze względu na ograniczoną powierzchnię, stały na regale w dwóch rzędach, co utrudniało Tosi sięganie po aktualnie ją interesujące tytuły. Poza tym regał nie dawał szansy na wyeksponowanie szczególnie przez nas lubianych, podziwianych i chętnie czytanych książek. Zamiany rozpoczęłam, więc od dwóch rzeczy, zamówienia szafy do pokoju Tosi, która wypełni pusty dotąd kąt (mąż uświadomił mnie, że kiedyś planowałam w nim zawiesić półki, na książki oczywiście!) oraz bardzo intensywnych poszukiwań półek, które stałyby się miejscem do eksponowania ulubionych lektur oraz prawdziwą ozdobą pokoju Tosi. Na temat szafy rozpisywać się nie będę, ale jestem z niej bardzo zadowolona, stolarze spisali się na medal i mogę ich z czystym sumieniem polecać:) Puzzle i gry trafiły na półki w nowej szafie, na regale ułożyłam książki najlepiej jak umiałam.
(ba! wygospodarowałam nawet jedną wolną półkę, 
żeby móc w najbliższym czasie kupić coś nowego)

Jeśli zaś chodzi o półki... Wybór nie był łatwy, myślałam o drewnianych, zastanawiałam się tylko, które wybrać, jaki ma być kolor, jaki dokładnie wzór. Aż w końcu trafiłam na Instagramie na profil firmy metal-love i przepadłam. Przepadłam tak bardzo, że przez dwa miesiące nie potrafiłam wybrać wzoru, ale wiedziałam, że któraś z ich półek trafi do nas. I w końcu dokonałam wyboru. Co zdecydowało? Czarny kolor (pasuje do łóżka Tosi, pasuje do koloru ścian), oryginalność wzoru oraz jego uniwersalność (kiedy przyjechały przymierzałam je do ściany w salonie, potem do ściany w korytarzu i w kuchni, wszędzie wyglądały pięknie). Wybrałam półki-domki. Niestety, na stronie była możliwość zakupu jedynie dwóch sztuk, a ja potrzebowałam trzech! I tutaj rozpoczęła się korespondencja między mną a sympatyczną panią z metal-love, zamówienie trzeciej półki nie było żadnym problemem. Tym sposobem już po kilku dniach stałam się (wespół z Tosią) szczęśliwą posiadaczką trzech przecudnej urody półek. A Tosinkowy Tata stanął przed wyzwaniem zawieszenia ich na ścianie, próbował się wykręcać, mówiąc że nie ma odpowiednich kołków i najpierw musimy pojechać do sklepu. Tu jednak po raz kolejny zaskoczył nas producent półek, bo z koperty, w której znajdowała się faktura wypadło sześć niezbędnych do zamontowania półek kołków! Montaż okazał się prosty, szybki, a ściany jakby stworzone do zawieszenie na nich tych metalowych cudów.

To był doskonały wybór. Półki zachwycają starannością wykonania, nie ma żadnych odprysków, niedociągnięć. Choć znałam wymiary, byłam zaskoczona ich wielkością (oczywiście in plus, bo dzięki temu zmieści się tam więcej książek, a przecież o to chodziło). Są ciężkie, ale nie są toporne. Mimo czarnego koloru wydają się lekkie i delikatne. I tak, jak napisałam wcześniej, bardzo uniwersalne, będą pasować zarówno do pokoju przedszkolaka, jak i ucznia szkoły podstawowej, a pewnie i starszego. Od chwili, kiedy zobaczyłam je na żywo, zastanawiam się komu sprezentować podobne, bo według mnie to świetna alternatywa dla kolejnej zabawki, a do tego oryginalna ozdoba dziecięcego pokoju.
A do tego firma, która je projektuje ma siedzibę 50 kilometrów od naszego domu, czyli wspieramy rodzime przedsiębiorstwa:)
Koniec pisania, zapraszam do oglądania zdjęć i na stronę http://metal-love.pl/ , spójrzcie jakie cuda mają w swojej ofercie, a półki (w kilku wzorach i kolorach), to nie jest jedyna rzecz, którą oferują!







* ten wpis nie jest sponsorowany, z własnej nieprzymuszonej woli, przez nikogo nie byłam do tego nakłaniana, po prostu dzielę się z Wami produktem, który uważam za dobry! :)


środa, 20 kwietnia 2016

Środowe recenzje: Myszka Chrapiszka, gryzoń, którego polubią wszystkie dzieci!

Długo nosiłam się z zamiarem kupienia tej książki. W końcu Tosia wybrała ją sama w czasie Targów Książki. I bardzo Myszkę Chrapiszkę polubiliśmy. Tej myszki i jej wszystkich przyjaciół nie można nie lubić!

Nikt nie chce, żeby w jego domu zamieszkały myszy, każdy szuka sposobu, żeby pozbyć się niechcianych lokatorów. Z tego też powodu myszom rzadko udaje się spędzić choćby dwie zimy pod tym samym dachem. Rodzinie Myszki Chrapiszki to się jednak udało. Ba! Oni już od kilku lat mieszkali w tym samym domu, a raczej w tym samym kredensie. Jakim cudem? 
Mieszkańcy tego starego domostwa po prostu nic o mysich lokatorach nie wiedzieli.
Byli to bowiem ludzie całkowicie niepraktyczni i niebywale roztargnieni.
przez sąsiadów uważani za nieszkodliwych dziwaków.
Pani Maryla całe dnie spędzała przed lustrem, a jej brat Henryk malował obrazy i grywał na rozstrojonym pianinie. Nic więc dziwnego, że w swoim roztargnieniu, skupieniu na swoich pasjach nie zauważyli, że w ich domu zamieszkały myszy. Mimo tych komfortowych warunków do życia, gryzonie nie zapominały o podstawowych zasadach bezpieczeństwa. Tata-mysz regularnie przypominał swoim pociechom, że muszą na siebie uważać.
Ludzie są mądrzy, ale łatwo ich przechytrzyć. Musimy po prostu uważać, że nas nie ma.
Jeśli się raz dowiedzą, że tu jesteśmy, to nawet nasi mało spostrzegawczy gospodarze
sprowadzą sobie kota, a wtedy koniec z nami.
Pamiętajcie: być cichutko, brać malutko, sprzątać po sobie i rozum mieć w głowie.
Wszystko to na nic, kiedy okazuje się, że największym zagrożeniem może być członek rodziny, a dokładnie mówiąc najmłodsza córka mysich rodziców. Nie, ona nie była nieostrożna, nie zostawiała po sobie bałaganu, nie przemykała tuż obok właścicieli domu. Ona CHRAPAŁA! A to mogło doprowadzić do zagłady mysiej rodziny albo przynajmniej do wygnania ich z dotąd bardzo przyjaznego domu. Rodzina podjęła próbę oduczenia myszki kłopotliwego nawyku, stosowano różne metody, ale żadna nie okazała się skuteczna. Co jakiś czas z kącika dawało się słyszeć cichutkie pochrapywanie. Życie mysiej rodziny było zagrożone. Dodatkowo w domu zaczęły dziać się jakieś dziwne rzeczy, panowało jakieś niespotykane dotąd poruszenie, z kuchni dobiegały nieznane dotąd zapachy. Co się dzieje? Do domu pani Maryli i pana Henryka przybywa gość - panna Kazia. Od progu krzyczy, że w domu śmierdzi myszami. Właściciele stanowczo przeczą i winę za nieprzyjemny zapach zrzucają na farby, których do malowania używa Henryk. Ciotka na szczęście, zupełnie przypadkowo przywiozła ze sobą kota Fufusia! Czy myszkom uda się ujść z życiem? Czy Chrapiszka zdekonspiruje swoich krewnych? Tego dowiecie się z tej sympatycznej książki.

Oprócz wspaniałej, zabawnej historii mamy w tej książce piękne ilustracje. Przypominają te, które znam ze swojego dzieciństwa, więc czytam tę książkę jeszcze chętniej i z jeszcze większą radością (równie chętnie czytania tej książki domaga się również panna Antonina).
A jeśli Myszka Chrapiszka, w co oczywiście nie wątpię polecam dwa kolejne tomy z tej serii  Myszka Chrapiszka i Tarapatka oraz Myszka Tarapatka i Dom pod Kocią Łapką.




Myszka Chrapiszka
Katarzyna Ewa Kozubska
ilustracje Aleksanda Kucharska-Cybuch
Wiek 6+

wtorek, 19 kwietnia 2016

"Mały Książę" - film, który powinien zobaczyć każdy rodzic

Ten film obejrzeliśmy w zeszłym roku w kinie, ale niedawno, przy okazji premiery na DVD trafił również do naszego domu. Wtedy obejrzeliśmy go całą rodziną i emocje towarzyszące oglądaniu go były jeszcze większe, niż w kinie. 





Robimy, co możemy, żeby nasze dzieci czuły się kochane. Robimy też wszystko, żeby nasze dzieci miały jak najlepszy start. Wysyłamy je na angielski, od najmłodszych lat kupujemy im zabawki edukacyjne. Uczymy alfabetu, tabliczki mnożenia i podstaw programowania. Wybieramy najlepsze żłobki, przedszkola i szkoły. Wszystko w porządku. Każdy z nas to robi, każdy z nas chce, żeby jego dziecko było mądre. Mądrym jest łatwiej. Mądrzy odnoszą sukcesy (przynajmniej teoretycznie, bo często zdarza się, że odnoszą je ci, którzy mają znajomości). Musimy tylko pamiętać o jednej rzeczy, żeby w tej całej pogoni za sukcesem nie zapomnieć o dzieciach, żeby szanować ich potrzeby i, żeby poświęcać im czas, żeby być przy nich, kiedy tego potrzebują. Banał.
 
Łzy cisnęły mi się do oczu, kiedy patrzyłam na zapracowaną mamę głównej bohaterki, która w pogoni za pracą i za sukcesem zupełnie nie wsłuchiwała się w potrzeby i pragnienia swojego dziecka. Z jednej strony brzmi to banalnie, z drugiej często się o tym zapomina. Tak, jak w Małym Księciu, mama, córka, marzenia, pragnienia, aspiracje i brak czasu. Bo czy ta dziewczynka naprawdę marzyła o tej super elitarnej szkole? Nie, ona chciała mieć przyjaciela i chciała, żeby rodzice poświęcali jej czas, chciała czuć się potrzebna i kochana. Znowu banały. Wychodzi na to, że to jest potwornie banalny film. A jednak jest w nim coś tak magnetycznego, że oglądaliśmy go kilka razy i, co jakiś czas bardzo chętnie do niego wracamy. Jest tu przyjaźń, jest relacja między dzieckiem i rodzicami, jest niesamowita przygoda, a także opowieść o odpowiedzialności, o dorastaniu, o wierności zasadom. A do tego wszystkiego piękna animacja, wspaniały język.
 
Nawet Tosia, która wydaje się za młoda na poruszoną w nim tematykę, rozumie z niego całkiem sporo. Co więcej, zażyczyła sobie ostatnio maskotkę lisa, która pojawia się w filmie. Życzenie zostało spełnione i teraz lis podróżuje z Tosią przez świat.
Nasza czterolatka polubiła Małego Księcia do tego stopnia, że czytamy już nie tylko książkę opartą na scenariuszu filmowym, równie chętnie słucha oryginalnej opowieści. I choć pewnie wiele jeszcze z tego nie rozumie, to coś w pamięci zostaje. 
 
Czy będzie z niej cudowny dorosły? Nie wiem, ale bardzo bym tego chciała! 
A Wy oglądaliście ten film? 
Jeśli tak, podzielcie się wrażeniami, jeśli nie, koniecznie obejrzyjcie!
 
 

piątek, 15 kwietnia 2016

Czego chcesz nauczyć swoje dzieci?

Chciałbym, żeby Tosia była mądra, żeby potrafiła pomagać, dzielić się z innymi, żeby potrafiła poświęcić im swój wolny czas, swoją uwagę. Chciałabym, żeby otoczenie uznawało ją za osobę dobrze wychowaną, dlatego staramy się dawać jej dobry przykład.


Każdego ranka po wejściu do przedszkola spotykamy innych rodziców i ich dzieci, każdemu z nich mówię: "Dzień dobry", a Tosia naśladując mnie mówi to samo. Niestety, wielu z nich nie odpowiada. Pewnie spieszą się do pracy, w głowie planują już cały dzień, spotkania, rozmowy z szefem. Poganiają dzieci, szybko przebierają i biegną dalej. Jednak tym swoim zachowaniem, ignorowaniem otoczenia, dają im przykład i przyzwolenie na podobne zachowanie. Na szczęście nie robią tak wszyscy, bo są również rodzice mimo tak wczesnej pory uśmiechnięci i cierpliwi, którzy w tym porannym pośpiechu potrafią znaleźć dwie sekundy na powiedzenie dzień dobry, na przytrzymanie drzwi albo otwarcie furtki prowadzącej na przedszkolny plac zabaw.

Przedszkole to jednak, kolokwialnie mówiąc, mały pikuś przy tym, co dzieje się na balecie. Przychodzimy na zajęcia tak, jak nam się uda. Raz dziesięć minut wcześniej, innym razem minutę przed rozpoczęciem zajęć. Korytarz, w którym znajduje się szatnia jest naprawdę maleńki, trudno więc nie zauważyć nowej osoby, która wchodzi do budynku. Wchodzimy i mówimy: "Dzień dobry" i słyszymy odpowiedź jedynie instruktorki (o ile stoi w drzwiach do sali, bo czasem jest już w środku), żadna z matek (bo te najczęściej przyprowadzają dzieci nie odpowiada). Tak samo było w ostatnią środę, wchodzimy, w środku dwie mamy z dziećmi i instruktorka, która jako jedyna odpowiedziała na nasze przywitanie. Przyzwyczajona nie przejęłam się tym specjalnie, pomogłam Tosi się ogarnąć i stanęłam z boku czekając aż zajęcia się zaczną. Nagle weszła inna matka, która jak wynika z moich obserwacji, przyjaźni się z inną mamą, której córka również wchodzi na balet. Mamy wymieniły zdawkowe: "Cześć", nie zauważyły oczywiście, że stoją tam jeszcze inni rodzice (no, i instruktorka). W tym momencie jedna z tych mam podniosła głos i zaczęła pouczać córkę: "Nie wiesz, co się mówi?! Przywitaj się z Anią i jej mamą!" Uśmiechnęłam się tylko pod nosem i zastanawiałam się, skąd ma wiedzieć, skoro nawet mama z witaniem się z innymi ma problem...

Trudno mi zaakceptować tę ignorancję, nie mogę zrozumieć, dlaczego ludziom tak trudno zwrócić uwagę na innych, zdobyć się na minimum życzliwości, a przede wszystkim dać dzieciom dobry przykład. Nauczyć ich patrzeć trochę dalej, niż tylko na czubek własnego nosa. Nie chodzi przecież o to, żeby dziecko biegało po osiedlu albo centrum handlowym i witało się ze wszystkimi napotkanymi osobami, ale o to, żeby bez przypominania potrafiło powiedzieć dzień dobry, kiedy wejdzie do sklepu, żeby potrafiło podziękować ekspedientce, która poda mu kupioną właśnie zabawkę albo wyda resztę. 
Mała rzecz, a od razu robi się milej i cieplej na sercu, prawda?

środa, 13 kwietnia 2016

Środowe recenzje, nietypowo o księżniczkach!

Tę książkę kupiłam trochę na przekór Tosi, która jest w tej chwili w absolutnie księżniczkowej fazie swojego życia. Uwielbia się stroić, przebierać, przymierzać pantofelki, a na głowę zakładać koronę. Taki wiek, pewnie każda mama i każdy tata dziewczynki przez to przechodzi. Z tym większą radością zwróciłam uwagę na książkę A ja nie chcę być księżniczką!, której autorem jest dobrze znany wszystkim miłośnikom dziecięcej literatury Grzegorz Kasdepke. Bo czyż istnieją na świecie panienki, które księżniczkami być nie chcą? Niemożliwe? A jednak...

Taką dziewczynką jest Marysia, główna bohaterka tej przezabawnej książki. Marysia nie chce być księżniczką, woli być smokiem. Dlaczego? Dziewczynka uważa, że jest za brzydka na księżniczkę, rodzice i dziadkowie robią wszystko, żeby przekonać ją, że tak nie jest, ale Marysia zachowawczo woli przebrać się za smoka. Kiedy więc pada z jej ust propozycja zabawy w teatr, księżniczką zostaje mama, tata staje się rycerzem w zbroi, zaś babcia i dziadek leżącymi na dywanie kościotrupami. Dziadkowi w tym miejscu należy poświęcić kilka słów, bowiem dziadek, jak nikt wnuczkę rozumie, wspiera i pozwala w przebraniu smoka chodzić. Chętnie kładzie się na dywanie, żeby udawać kościotrupa i na nic nie narzeka (może poza wyrywającą go ze snu babcią). Imponująca wiara w mądrość wnuczki i zaufanie, którym można obdarzyć najmłodszą członkinię rodu! Tu kończę dygresję o dziadku i wracam do fabuły, bo zabawa trwa w najlepsze. Smok pożera kolejnych rycerzy (połyka ich w całości, ze względu na zbroje, bo nimi mógłby sobie uszkodzić język, a potem wypluwa na dywan kosteczki), księżniczka śmiertelnie nudzi się w wieży, a kościotrupy leżą na dywanie (babcia narzeka, dziadek drzemie). Nagle w ręce Marysi trafia lusterko, dziewczynka przegląda się w nim i stwierdza, że nie jest już taka brzydka, z tego powodu nie może dalej być smokiem. Uśmiech pojawia się na twarzach domowników, w serce wkracza nadzieja, bo wszystko wskazuje na to, że odtąd będzie tak, jak być powinno, czyli Marysia będzie chciała wcielić się w rolę księżniczki! Czy na pewno?

Książka A ja nie chcę być księżniczką! to lektura obowiązkowa nie tylko dla dzieci, ale i dla ich rodziców. Historia Marysi pięknie pokazuje jak ważne jest wspieranie pociechy we wszystkich podejmowanych przez nią decyzjach, że nie warto od razu krytykować, że warto być obok i pomagać. Warto podsunąć tę książkę również dzieciom, które mają problem z poczuciem własnej wartości i tak jak Marysia nie wierzą w siebie. Dziewczynka uważa się za zbyt brzydką na to, żeby być księżniczką. Asekuracyjnie przebiera się za smoka. Czy tak jest w rzeczywistości? Nie, ale każdy z nas zna dzieci, które nie potrafią uwierzyć w siebie, w swoje możliwości. Marysia nie jest brzydka, niczym nie różni się od swoich rówieśniczek, a do tego jest niezwykle kreatywna. Sama zaproponowała zabawę w teatr, rozdzieliła role i pouczała domowników, jak mają grać!

Marysia jest wyjątkowa! Każde dziecko jest wyjątkowe! I wyjątkowa jest ta przekorna 
i zabawna książka, pełna pięknych ilustracji, których autorką jest Emilia Dziubak. Zajrzyjcie do niej koniecznie. Naprawdę warto!





A ja nie chcę być księżniczką!
Grzegorz Kasdepke
ilustracje Emilia Dziubak
Wiek 3+

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Fobie matki

Odkąd zostałam mamą niektóre rzeczy widzę aż nazbyt wyraźnie. Są sytuacje, w których towarzyszy mi irracjonalny lęk, którego nie potrafię się pozbyć...

Pierwsza z nich to wyjazdy bez dziecka. Co się stanie, kiedy zostawimy ją na zajęciach z baletu i pojedziemy do sklepu, a po drodze będziemy mieli wypadek? Przecież instruktorka ma numery telefonu tylko do nas, gdyby coś nam się stało, nasze telefony mogą przestać działać i co wtedy? Kto ją odbierze? Dokąd ją zabiorą? Kiedy trafi do dziadków? Siedzę więc przed salą, w której odbywają się zajęcia i nie ruszam się stamtąd;)

Druga, czyli co mojemu dziecku wpadnie do głowy? Pogoda sprzyja przesiadywaniu na balkonie, Tosia przeniosła się tam z kolorowaniem, grami planszowymi i zabawkami. Siedziałyśmy ostatnio na balkonie, a ja, zła matka, na chwilę wróciłam do domu, zostawiając dziecko na balkonie. Kiedy tylko zorientowałam się, co zrobiłam, już miałam przed oczami Tosię wchodzącą na krzesło, przechylającą się przez barierkę i spadającą wprost na rosnącą pod naszym balkonem, znajdującym się na pierwszym piętrze, trawę!

Trzecia, czyli kto ją odbierze z przedszkola? To moja trauma z dzieciństwa, którą przeniosłam na swoje dorosłe życie, czyli że nikt nie odbierze Tosi z przedszkola. Mojej mamie taka sytuacja zdarzyła się raz, utknęła w drodze między pracą a przedszkolem w tych zamierzchłych czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych. Wszyscy poszli do domu, a ja zostałam razem z opiekunką. Opiekunka mieszkała w tym samym bloku, więc zabrała mnie do siebie i tam czekałyśmy na mamę. Czym się wtedy najbardziej martwiłam? Że mama przyjdzie do przedszkola, zobaczy zamkniętą furtkę i będzie się martwić o to, co się ze mną stało. Mama jednak bez problemu trafiła do domu opiekunki, dziś wydaje mi się, że pani Irka musiała na tej furtce zostawić kartkę, na której informowała mamę dokąd mnie zabrała;)

Do tego mnóstwo wizji związanych z codziennym funkcjonowaniem, przewidywanie upadków, możliwości zakrztuszenia, potrącenia przez samochód, uderzenia o huśtawkę, upadku z karuzeli...

Też tak macie? Wydaje mi się, że nie jestem specjalnym czarnowidzem, po prostu z wiekiem widzę niektóre rzeczy wyraźniej. Gubię gdzieś tę dziecięcą ufność i wiarę w ludzi. Ślizgaliście się w dzieciństwie na zamarzniętych kałużach? Na pewno, ja spędzałam na tym długie godziny, a teraz, kiedy widzę takie naturalne lodowisko omijam je szerokim łukiem... Nawet na rolkach jeżdżę ostrożniej, niż piętnaście lat temu. Czyżby matka-wariatka? 

środa, 6 kwietnia 2016

Środowe recenzje: Ten Wilk nie jest zły!

Znacie ten wierszyk z dzieciństwa: Wilk jest dziki, wilk jest zły. Wilk ma bardzo ostre kły! Tak, wiem, ten wiersz nie był poświęcony wilkowi, tylko dzikowi, ale pasuje tu idealnie! Pozwoliłam sobie na tę przeróbkę, ponieważ chcę Wam dziś przedstawić pewnego przesympatycznego wilka, który stał się bohaterem literackim i, ostatnio, naszym ulubieńcem!

Wydawnictwo ADAMADA poznałam kilka miesięcy temu, wtedy w moje ręce trafiła pierwsza książka z ich oferty. Do gustu przypadła mi historia, ilustracje i staranne wydanie. Potem zapoznałam się z kolejną publikacją (ich recenzje już niedługo przeczytacie na blogu), a niedawno z zapałem buszowałam po ich stoisku na poznańskich Targach Książki (a muszę jeszcze dodać, że obsługa na tym stoisku była wyjątkowo pomocna i chętna do opowiadania o wydanych przez siebie książkach!). Najchętniej kupiłabym po jednym egzemplarzu każdej wydanej przez nich książki, ale (niestety) musiałam się ograniczyć. Z pomocą przyszła Tosia, która wybrała dwie książki. O jeden z nich, której bohaterem jest wspomniany na początku wilk, opowiem Wam dziś (o drugiej za kilka tygodni).


O Wilku, który trafił do Baśniowego Lasu to przezabawna opowieść o zupełnie niegroźnym i łasym na słodycze mieszkańcu lasu. Pewnego dnia obudził się i z radością zauważył, że na dworze świeci słońce i pogoda jest idealna na wiosenne przyjęcie, które tego dnia miało odbyć się w lesie. Na to przyjęcie nasz bohater postanowił upiec szarlotkę. Tu pojawiły się jednak dwa problemy. Pierwszy - Wilk był kiepskim kucharzem, drugi - Wilk nie miał żadnego przepisu na szarlotkę. Nie zniechęcił się jednak i dzierżąc w łapie koszyk ruszył w las, wierząc, że spotka tam kogoś, kto mu pomoże. I nie pomylił się. Najpierw na jego drodze stanęły trzy świnki, z przerażeniem obserwowały nadchodzącego Wilka. Właśnie budowały swoje domki i obawiały się, że Wilk będzie chciał je zdmuchnąć. Wilk szybko wyjawił im prawdziwy powód swojej wizyty, świnki były trochę zdziwione, ale postanowiły mu pomóc. Oczywiście nie ma nic za darmo, więc Wilk musiał najpierw wykazać się umiejętnościami murarskimi i pomóc w stawianiu domów. Ponieważ poradził sobie z tym zadaniem znakomicie, w ramach podziękowania otrzymał przepis ciotki Róży. Teraz wiedział już czego dokładnie potrzebuje, żeby upiec szarlotkę, ruszył więc w dalszą drogę. Marzenia o puszystym cieście pełnym jabłek zaprowadziły go do małego domku, w którym mieszkała mama koza i siedem koźlątek. Wilk miał nadzieję, że dostanie od nich trochę mąki. Łatwo nie było, skończyło się guzem, a nawet chwilową utratą przytomności, na szczęście, kiedy Mama Koza dowiedziała się, że przybysz nic chce zjeść jej dzieci, a jedynie dostać mąkę, podarowała mu ją i szybko wyrzuciła za drzwi! Wilkowi nadal brakowało jeszcze masła, cukru, jajek i, przede wszystkim, jabłek. Ruszył w dalszą drogę, spotkał na niej między innymi Czerwonego Kaptura i Królewnę Śnieżkę. Od razu mówię, że każda spotkana osoba podarowała Wilkowi jeden z potrzebnych produktów. Nie zdradzę jednak, czy udało mu się upiec szarlotkę, bo wiecie jak to bywa z ciastami, czasem mogą nie wyjść;)

Książka O Wilku, który trafił do Baśniowego Lasu zachwyciła nas od pierwszego czytania. Polubiliśmy tego sympatycznego bohatera wszyscy, z Tosią na czele. Piękne, kolorowe ilustracje, wspaniali bohaterowie i ciekawa historia. Do tego oryginalne nawiązania do baśni, które zna (albo powinno znać) każde dziecko. Tropienie tych literackich nawiązań sprawi maluchom na pewno dużą przyjemność i będzie również okazją do poznania (lub przypomnienia sobie) oryginalnych opowieści. W trakcie lektury nabierałam coraz większej ochoty na szarlotkę i marzyłam o tym, żeby jak Wilk zdobyć sławny przepis ciotki Róży. Jakie było moje zdziwienie i jaka radość, kiedy okazało się, że przepis znajduję się na ostatniej stronie!

My polubiliśmy Wilka tak bardzo, że już następnego dnia po zakupie, zamówiliśmy trzy kolejne części. Każdą z nich przeczytaliśmy już kilkanaście razy, na każdy dłuższy i krótszy wyjazd zabieramy Wilka ze sobą, doskonale nadaje się do czytania w trakcie podróży, na ławce w parku, przed snem, a nawet rano przed śniadaniem! Czytamy te książki często i chętnie, Tosia już spore fragmenty zna na pamięć:) A niedawno, poszukując oryginalnego wydania w języku francuskim, dowiedziałam się, że są kolejne części przygód Wilka. Czekam niecierpliwie na polskie tłumaczenie!

 
 

 

O Wilku, który trafił do Baśniowego Lasu
Orianne Lallemand
ilustracje Eléonore Thuillier 
tłumaczenie Iwona Janczy
Wiek 3+ 
 

wtorek, 5 kwietnia 2016

Robiłam to będąc mamą niemowlaka, a teraz się z tego śmieję!

Kiedy na świat przychodzi dziecko, życie jego rodziców zmienia się o 180 stopni. To banalne, ale jednocześnie niezwykle prawdziwe stwierdzenie. Najbardziej rozsądne małżeństwa, wpadają na coraz dziwniejsze pomysły. Potem potrzebują kilku miesięcy (albo nawet lat), żeby życie ponownie skierować na właściwe tory;) Dziś śmiejemy się z tego zaćmienia umysłu, które dopadło nas na przełomie września i października 2011 roku. Co takiego robiliśmy?

ŚWIATŁO
Tosia po urodzeniu spędziła w szpitalu trzy godziny. Do niektórych zasad rządzących szpitalną rzeczywistością zdążyła się pewnie przyzwyczaić. Z tego właśnie powodu spała przy włączonej nocnej lampce. Jak długo? Długo;) Długo zasypiała przy włączonej nocnej lampce, choć sama nigdy o jej włączenie się nie upomniała. Pierwszą noc w całości spędziliśmy przy pełnym świetle! Wariaci! Po przeprowadzce do własnego pokoju lampę zostawialiśmy na podłodze w korytarzu, żeby w razie nocnej pobudki, szybko do niej trafić. Nie wiem po co to robiliśmy, przecież ona nie budziła się w nocy!
JEDZENIE
O ile ogarniałam temat gotowania obiadów, o tyle nie radziłam sobie z robieniem kanapek. I kanapki przed wyjściem do pracy musiał przygotowywać mi mąż. A mama, która przez pierwsze pięć dni przyjeżdżała do mnie po swojej pracy, obierała mi jabłka! To był przykład nieogarnięcia nr 1! Do dziś z uśmiechem wspominam chwile, kiedy siedziałam na kanapie, a mama w kuchni obierała mi jabłuszko;)

KĄPIEL
Kiedy na świat przyszła Tosia mieszkaliśmy w kawalerce, kawalerka miała malutką i ciepłą łazienkę. A mimo tego dwa albo trzy razy zdarzyło nam się taszczyć wanienkę pełną wody do pokoju i tam kąpać dziecko! Szybko zaprzestaliśmy tego procederu i przenieśliśmy kąpielowy rytuał do łazienki. Dziecko nie zapadło na zapalenie płuc, nie miało z tego powodu kataru, nie przyszła do nas pomoc społeczna. Jeśli więc nie chce Wam się taszczyć wanienki pełnej wody z łazienki do pokoju albo biegać między pokojem a łazienką z garnkami wypełnionymi ciepłą wodą, informuję Was, że dziecko w łazience też można kąpać;)

Przypomina mi się jeszcze sterylizowanie butelek, choć Tosia ich prawie nie używała i wymienianie smoczka co miesiąc, choć Tosia z niego niemal nie korzystała. Raz nawet zdarzyło nam się po kąpieli założyć Tosi czapeczkę... Młodzi byliśmy i szaleni!

Takich dziwactw mieliśmy pewnie jeszcze więcej,
ale nie były chyba aż tak dziwaczne,
skoro wymazaliśmy je z pamięci.
A Wy? Co dziwnego robiliście przy swoich niemowlakach?
 

sobota, 2 kwietnia 2016

Ja miałabym nie lubić książek dla dzieci?!

Dziś Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci, dziś swoje urodziny obchodziłby Hans Christian Andersen, dziś urodziny obchodzę ja!

Tak, tak, dziś kończę 31 lat i przeżywam to dużo bardziej, niż urodziny trzydzieste. Trzydziestych urodzin tak nie przeżywałam, ponieważ przypadały w Wielki Czwartek, nie było więc czasu na świętowanie, a teraz będzie! Dziś i jutro świętujemy we troje, za tydzień zapraszamy gości. Tak, w tym roku urodziny będę obchodzić cały tydzień:)
Czego życzę sobie na te 31. urodziny? Jestem szczęśliwa i zadowolona ze swojego życia, więc życzę sobie, żeby nic się nie zmieniło, a jeśli miałoby się zmienić, to tylko na lepsze!

Fajnie obchodzić urodziny w dniu, w którym cały świat świętuje dzień czegoś, co tak bardzo się lubi. Ja z zachwytu nad literaturą dziecięcą nie wyrosłam nigdy, a teraz, kiedy sama jestem mamą kocham ją jeszcze bardziej i mogę oglądać i kupować zupełnie bezkarnie. Z tej okazji prezenty dziś dostawałam nie tylko ja, również Tosia mogła z radością rozpakowywać paczki, a znalazła w nich między innymi Rok w lesie, na spacery do znajdującego się obok naszego domu lasu na pewno się przyda :) Zmykam do książek, poświętujemy razem!