środa, 30 marca 2016

Środowe recenzje: Poznajcie Klifkę!

Dziś kolejna książka, którą kupiliśmy na poznańskich Targach Książki. Rzuciła mi się w oczy już w piątek, kiedy byłam tam sama i chciałam ją od razu kupić i podarować jej jako prezent od zająca. W ostatniej chwili powstrzymałam się i odeszłam od stoiska postanawiając, że opowiem Tosi o tej książce i niech sama zdecyduje, że chce ją kupić. A byłam pewna, że będzie chciała mieć ją jak najszybciej. Dlaczego?

Przede wszystkim to pięknie wydana książka z wspaniale opowiedzianą historią i niebanalnymi ilustracjami. Poza tym tematyka idealnie wpasowuje się w zainteresowania Tosi, którą rozczulają małe zwierzęta. Tutaj mamy historię małej foczki, która mimo ostrzeżeń mamy wypłynęła za daleko i zgubiła się. Foczka nie mogła odnaleźć drogi do domu, wyczerpane i ranne zwierzę odnalazł na brzegu morza czarny, kudłaty pies. Pies ma właściciela, który mimo bardzo młodego wieku doskonale wie, co powinien zrobić. Wzywa pomoc i ratuje foczkę z opresji. Zwierzątko trafia do fokarium, najpierw przebywa sama w jakimś dziwnym, małym miejscu, a po kilku dniach zostaje wpuszczona do dużego basenu, w którym pływają dwie inne foki. Szybko rodzi się między nimi przyjaźń, Balbina i Rowek tłumaczą foczce, co ją czeka, jak wygląda życie w fokarium oraz co może się stać, jeśli wróci do morza (choć dwie starsze foki uważają, że maleństwo już nigdy do morza nie wróci). Pobyt w fokarium to nie tylko rozmowy z innymi zwierzętami, ale również (albo przede wszystkim) czas leczenia, bo foczka ma ranę na głowie. To dla niej również czas odkrywania siebie, już pierwszego dnia pobytu w dużym basenie, zostaje zapytana przez współtowarzyszy o imię. A ona imienia nie ma, do tej pory mama nazywała ją po prostu córeczką. W końcu imię wybiera dla niej Ivan, chłopiec, który znalazł ją na plaży, a teraz regularnie odwiedza ją w fokarium. Proponuje, żeby od tej chwili nazywać ją Klifką. Dlaczego? Ponieważ fokę znaleziono właśnie przy klifie. Zwierzątko szybko dochodzi do siebie i zostaje wypuszczone do morza. Od innych fok pływających w Bałtyku odróżnia ją podłużna blizna na głowie i nadajnik, który ma przyczepiony do grzbietu. Dzięki niemu można śledzić dokąd płynie. A płynie daleko, bo chce odnaleźć mamę, znajduje jednak nowego przyjaciela, Bolka. Czy Bolek pomoże jej odnaleźć mamę, za którą tak tęskni? A może wpędzi ją w jeszcze większe kłopoty? I, czy Klifka jeszcze kiedyś spotka czarnego, kudłatego psa i jego właściciela, którzy uratowali jej focze życie? Jeśli chcecie poznać dalsze losy małej i odważnej foczki, koniecznie zajrzyjcie do książki Barbary Gawryluk!

Klifka. Opowieść o foczce, która szukała mamy imponuje swoją mądrością, bo choć jest to opowieść o foczce, to bardzo łatwo przenieść jej przeżycia na grunt dziecięcych doświadczeń. Ile razy mówiliśmy naszym dzieciom, żeby nie oddalały się od nas w parku albo w centrum handlowym? Z tej książki dowiedzą się dlaczego nie powinny tego robić i jakie mogą być konsekwencje takiego zachowania. Klifka to również historia pięknej, ale bardzo nietypowej przyjaźni między fokami, między foką a psem oraz foką i człowiekiem. Nie brakuje w tej książce poważnych, często smutnych wydarzeń, ale autorka zadbała również o warstwę humorystyczną. W pamięć zapadają również piękne, kolorowe ilustracje Iwony Całej. Polecam mniejszym i większym miłośnikom zwierząt! I wszystkim tym, którzy kochają morze, w tej książce słychać szum fal!

Oprócz Klifki nakładem Wydawnictwa Literatura ukazały się dwie inne książki, które podobnie, jak opowieść o rannej foczce opierają się na prawdziwych wydarzeniach, to Dżok (historia niezwykle wiernego psa, który czekał w Krakowie na swojego zmarłego właściciela, a teraz jak symbol psiej wierności ma w Krakowie nawet własny pomnik!) oraz Baltic (przypominający wydarzenia, którymi żyła cała Polska – historię psa, który płynął na krze w stronę Bałtyku). Koniecznie musimy do nich zajrzeć!
 
 
 
 


 Klifka. Opowieść o foczce, która szukała mamy
Barbara Gawryluk
Ilustracje Iwona Cała

sobota, 26 marca 2016

Za co lubię Wielkanoc i dlaczego wolę ją od Bożego Narodzenia?

Święta Wielkanocne to czas, który chłonę całą sobą. Zachwyca mnie jej warstwa religijna, obrzędy Triduum Paschalnego, Niedziela Wielkanocna. Lubię zwyczaj święcenia pokarmów. Budząca się do życia po zimie przyroda wspaniale łączy się z tajemnicą zmartwychwstania. To wszystko sprawia, że na Wielkanoc czekam przez cały rok. 

Święta Wielkanocne są jakby dłuższe, poprzedzające je Triduum Paschalne, to niezwykłe wprowadzenie do świętowania niedzieli zmartwychwstania. Od czterech lat uczestniczymy w Triduum nieregularnie i niestety nie we wszystkie dni, mimo tego czujemy wyjątkowość i tajemniczość tych dni. 

Lubię też Wielkanoc za niesamowity zapach, który jej towarzyszy. Moje pierwsze, zapachowe skojarzenie? Wielkopiątkowa Droga Krzyżowa, kościół pełen ludzi, którzy przyszli na nią prosto z pracy albo zakupów i ten niesamowity, mieszający się zapach bukszpanu, wędlin, ciasta. Z Wielkanocą kojarzy mi się również mój ulubiony kolor, czyli zielony, a także tulipany i żonkile. 

I choć większość osób powie, że dla nich rodzinne i domowe jest Boże Narodzenie, to ja właśnie Świąt Wielkanocnych nie wyobrażam sobie poza domem, poza swoim parafialnym kościołem, nie wyobrażam sobie święconki przygotowywanej w innym miejscu, niż moja własna kuchnia. 
Chłonę te dni, które są już za mną i te, które dopiero nastąpią, muszą mi wystarczyć na kolejny rok!

A Wam, chciałabym jeszcze złożyć życzenia!
Nie pozwólmy, aby codzienność przesłoniła nam niezwykłość tych cudownych dni. Zatrzymajmy się na chwilę i pomyślmy o tej wielkiej TAJEMNICY, o wielkim CUDZIE, którego jesteśmy uczestnikami. A wtedy wspaniałe przepełnione nadzieją święta Zmartwychwstania Pańskiego napełnią Wasze serca optymizmem, radością i bezgraniczną miłością, pozwolą zapomnieć o troskach i problemach, ponieważ Chrystus zmartwychwstał i w Nim pokładamy naszą NADZIEJĘ!!!

środa, 23 marca 2016

Środowe recenzje KICIA KOCIA W LESIE

Poznańskie Targi Książki dla Dzieci, jak zwykle nie zawiodły. Byłam na nich dwa razy, w piątek sama, a w sobotę wybraliśmy się tam całą rodziną. Polecam, jeśli tylko macie możliwość, takie rozwiązanie albo wybranie się właśnie w piątek. 
Było znacznie spokojniej. Ja ten czas poświęciłam na oglądanie i wybieranie książek, które następnego dnia chciałam polecić Tosi oraz na wybranie prezentu wielkanocnego dla niej. Tosia pieniądze na książki wydawała bardzo chętnie, więc jej biblioteczka wzbogaciła się o kilka nowych tytułów. Aktualnie jesteśmy na etapie poznawania tych wszystkich nowości, którymi stopniowo będę się z Wami dzielić.

Na początek, jak nakazuje lokalny patriotyzm, poznańskie wydawnictwo Media Rodzina i nowe przygody dobrze nam znanej Kici Koci.

Kicia Kocia w lesie to druga część (pierwsza opowiadała o Afryce) nowej serii Rysuj z Kicią Kocią. To już nie tylko przygody rezolutnej kotki, tym razem dzieci są zachęcane do rysowania, uzupełniania. Stają się współautorami tej książki, na stronie tytułowej jest nawet specjalne miejsce, w którym mogą wpisać swoje imię! Co będą rysować? Zwierzęta, które mieszkają w polskim lesie, a właściwie w najprawdziwszej puszczy! Bo właśnie na wycieczkę rowerową do puszczy wybrała się nasza bohaterka. Miała wyjątkowe szczęście, bo co chwilę na drodze stawał jej jakiś dziki zwierz. Udało jej się zamienić kilka słów z lisem, pojeździć na grzbiecie żubra, przyjrzeć się małym dzikom, które razem z mamą wybrały się na spacer. Bohaterów nie brakuje, każdy mały miłośnik zwierzą będzie zadowolony. 

To doskonała lektura na nadchodzącą wiosnę. Jeśli planujemy wycieczkę do lasu, warto żeby dzieci poznały jego mieszkańców. Oprócz perypetii Kici Koci w książce znalazło się również mnóstwo ciekawostek o wilkach, rysiach i malutkich jeżach. To doskonały sposób na rozbudzenie w najmłodszych zainteresowania zwierzętami, na przekazanie im (w bardzo przystępny sposób) wielu informacji dotyczących zwierząt żyjących w polskich lasach. Dzięki temu każde wyjście do lasu zamieni się w niezwykłą przygodę połączoną z poszukiwaniem śladów na ziemi, zadzieraniem głowy w nadziei, że na drzewie uda się dostrzec dzięcioła albo wiewiórkę.

"Rysuj z Kicią Kocią" to doskonała propozycja dla dzieci, które pokochały przygody sympatycznej kotki, a ich rodzicom wydaje się, że są już na to trochę za duzi, to kolejny poziom wtajemniczenia. Dziecko jako współautor książki jest nakłaniane do aktywności, do rysowania, odgadywania, do towarzyszenia Kici Koci w jej przygodzie. Tosia Kicię Kocię uwielbia, więc z radością kupiła na Targach kolejną opowieść o jej perypetiach. A z katalogu wydawnictwa dowiedziałyśmy się, że za kilka miesięcy ukażą się dwie nowe części, bo Kici Koci urodzi się braciszek, w związku z tym Media Rodzina zaplanowała również nową serię dla najmłodszych czytelników!
Na razie gnajcie do księgarni po Kicię Kocię w lesie.
Świetna książka, nie tylko na wiosnę, polecam Wam serdecznie!






Kicia Kocia w lesie
Anita Głowińska
Wydawnictwo Media Rodzina, 2016

poniedziałek, 21 marca 2016

Czytamy o Świętach Wielkanocnych

Rok temu rozpaczliwie szukałam książek, które mogłyby mi pomóc wytłumaczyć Tosi, czym są święta Wielkanocne. Co wspominamy, dlaczego, co stało się w tych wyjątkowych dniach. Chciałam i musiałam wytłumaczyć to wszystko trzylatce. Rok temu miałam dwie takie książki, dziś jest ich więcej. 

Boże Narodzenie to piękne, ciepłe święta, które łatwo przełożyć na język kilkulatka. Jest rozkoszny bobas w żłóbku, spokojna atmosfera i zwierzęta w szopie. Tę rzeczywistość dziecko bez problemu zrozumie i polubi. Ale Wielkanoc to nie tylko zmartwychwstanie, przed nim była śmierć i męka. Tego przełożyć na język dziecka tak łatwo się nie da, trzeba to przede wszystkim zrobić delikatnie, żeby malucha nie przestraszyć. Tosia po każdej kolejnej informacji dotyczącej Wielkiego Postu mnoży pytania, "A dlaczego umarł?", "Kto go zabił?", "Dlaczego Go zabili?", "A co to znaczy ukrzyżować?". Jest coraz starsza, coraz więcej rozumie, więc książki poświęcone Świętom Wielkanocnym są obecnie na liście naszych domowych bestsellerów.

Chętnie wracamy do zbiorów wierszy i opowiadań księdza Jana Twardowskiego, Opowiadania towarzyszyły nam już rok temu, w prosty, dostosowany do poziomu dzieci sposób ksiądz Jan wyjaśniał najmłodszym tajemnice wiary. Sięgamy również po Opowieści Biblijne. O tych książkach pisałam tu już kilkakrotnie, skupię się więc na nowościach, które pojawiły się w naszej biblioteczce w tym roku.
ks. Jan Twardowski, Wielkanocne idą święta (Wydawnictwo Święty Wojciech)

Kolejna książka autorstwa "księdza od biedronek", piękne wprowadzenie w Wielki Post, Wielki Tydzień i Wielkanoc. Mnóstwo krótszych i dłuższych opowiadań, w które wplecione zostały fragmenty wierszy. Dzieci dowiedzą się po co jest nam tak naprawdę Wielki Post, czym jest Niedziela Palmowa, co stało się w Wielki Piątek i, jak wyglądał wielkanocny poranek. Przeczytamy o świątecznych życzeniach, zastanowimy się nad tym, co dają nam powtarzające się co rok święta i, co powinniśmy z nich zapamiętać. Nie zabrakło tu również opowiadań poświęconych wydarzeniom, które miały miejsce już po wielkanocnej niedzieli. Książka na lata i piękny pomysł na prezent od zajączka;)

Moja pierwsza Biblia. Wielkanoc. Książka z naklejkami  
(Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu)

Niewielkich rozmiarów książeczka o wielkich sprawach. Jedna z ulubionych serii Tosi (mamy już taką książkę o Bożym Narodzeniu, a niedawno dowiedziałam się, że są jeszcze inne). Opowieść rozpoczyna się w Niedzielę Palmową, kończy w wielkanocny poranek. Niewiele słów, duże ilustracje, no i naklejki (znacie dziecko, które ich nie lubi?). Pięknie i prosto opisane wydarzenia Wielkiego Tygodnia i Triduum Paschalnego. W Tosi ten opis nie budzi strachu,czytamy ją często, bardzo dużo zapamiętała, więc cel został osiągnięty. Warto sięgnąć po tę malutką książeczkę, która doskonale realizuje zasadę nauki przez zabawę. Dzieci uzupełniają ilustracje naklejkami, a przy okazji poznają Wielkanoc.

Andrzej Sochacki, Dzieci odkrywają Wielkanoc (Wydawnictwo WAM)

Tę książkę odkryłam dzięki innemu blogowi, niestety kupienie jej nie było łatwym zadaniem, ma niestety wyczerpany nakład, udało mi się kupić ją w antykwariacie internetowym (razem z inną częścią serii poświęconej uroczystości Bożego Ciała). Bohaterami tej książki jest rodzeństwo, które rozmawia z mamą o nadchodzących świętach. Mama cierpliwie tłumaczy im istotę Świąt Wielkanocnych. Lektura będzie dobrym pretekstem do odbycia takiej rozmowy w każdym domu. Jeśli traficie na nią w jakimś antykwariacie albo na pchlim targu, kupcie koniecznie!

Takie właśnie książki towarzyszą nam w tym wyjątkowym czasie. Znacie jakieś inne tytuły poświęcone religijnej warstwie nadchodzących Świąt? Jeśli znacie, koniecznie podzielcie się nimi z nami!



 



środa, 16 marca 2016

Środowe recenzje - ile zwierząt zmieści się na jednej miotle?

Książki mądre i pięknie ilustrowane, to książki, których poszukujemy. A jeśli dodać do tego sporą dawkę humoru, otrzymujemy książkę, którą możemy czytać niemal bez przerwy! Taką książką jest Miejsce na miotle Julii Donaldson, której integralną częścią są niebanalne ilustracje autorstwa Alexa Schefflera. Na język polski tę historię przełożył Michał Rusinek. Co tu dużo mówić, powstała historia od której trudno się oderwać i którą trudno będzie się nie zachwycić.

Główną bohaterką Miejsca na miotle jest przesympatyczna czarownica, właścicielka kota, kapelusza, rudego warkocza i oczywiście tytułowej miotły. Z takim ekwipunkiem i wiernym towarzyszem u boku, czarownica wyrusza na podbój świata. Niestety nie jest łatwo, silny wiatr bardzo utrudnia podróżowanie. Najpierw zwiewa kapelusz, więc czarownica i kot lądują, zsiadają z miotły i rozpoczynają poszukiwania. Niestety bezskutecznie.
Nagle zza jakiegoś krzaczka
wybiegł do nich piesek mały,
który w zębach niósł kapelusz
i był z tego dumny cały. 
Czworonóg oddaje czarownicy nakrycie głowy i pyta, czy znalazłoby się dla niego miejsce na miotle. Wiedźma bez wahania się zgadza, więc wzbijają się w górę już we troje. Niestety silny wiatr zrywa kokardkę z warkocza czarownicy, którą szczęśliwie odnajduje zielony ptaszek. I podobnie jak piesek, także prosi o zabranie na miotłę. Znowu wzbijają się w górę.
Czarownica pilnowała,
by nie zwiała wiatru siła
kapelusza i kokardki -
i wtem różdżkę upuściła.
Różdżkę odnajduje przesympatyczna żabka, dla niej również czarownica znajduje miejsce na miotle.  Żaba jest zachwycona niespodziewaną podróżą i możliwością podziwiania świata z góry.
Hen, pod nimi, góry, bagna -
ale żabka się nie zlękła,
lecz z radości tak skakała...
ŻE SIĘ MIOTŁA 
W PÓŁ ROZPĘKŁA!
Zwierzęta spadają na ziemię, a czarownica trzymając w rękach resztkę kija, leci wprost w burzowe chmury. Tam czeka na nią niebezpieczeństwo. W chmurach czai się ogromny i bardzo głodny smok! 

Co będzie dalej? Czy smok zje naszą bohaterkę? I co stanie się z jej przyjaciółmi? Emocji nie zabraknie, takie sytuacje to prawdziwy sprawdzian dla przyjaźni, ale także dla kreatywności zwierzaków, które wraz z czarownicą podróżowały na miotle. Czy uda im się jej pomóc, co wymyślą? Będziecie zaskoczeni, gwarantuję!

Miejsce na miotle to piękna, rymowana opowieść o nietypowej przyjaźni. O działaniu zespołowym, o otwarciu na innych. Kiedy kilka miesięcy wybierałam książkę, którą miałam przeczytać dzieciom z przedszkolnej grupy Tosi, zdecydowałam się właśnie na Miejsce na miotle. Miałam nadzieję, że przedszkolakom przypadnie do gustu ta opowieść. Nie pomyliłam się, dzieci słuchały z zainteresowaniem, a później pięknie odpowiadali na moje pytania dotyczące tej historii. Czy od tego czasu chętniej działają zespołowo? Mam nadzieję, że tak! 
Jeśli więc nie znacie Miejsca na miotle, poszukajcie tej książki jak najszybciej. Na pewno Wam i Waszym dzieciom się spodoba ta zabawna, a przede wszystkim bardzo mądra historia. 
 
 
 
 
 
Miejsce na miotle
Julia Donaldson
ilustracje Alex Scheffler
tłumaczenie Michał Rusinek 
(Polecam Wam dokładnie zapoznać z ofertą tego wydawnictwa, 
bo moim zdaniem jest jednym z najciekawszych na rynku.
My regularnie uzupełniamy naszą biblioteczkę o ich publikacje,
a kolejne planujemy kupić w tę sobotę na Targach Książki w Poznaniu.
Już nie mogę się doczekać!)

niedziela, 13 marca 2016

Co zrobić, kiedy dziecko jest chore?

Sezon grypowy trwa nadal, w przedszkolu Tosi do piątku dotrwało dwoje dzieci. Tośka odpadła już w niedzielę, cały tydzień spędziłyśmy w domu. W poniedziałek został z nią tata, od wtorku miałam opiekę. Dlaczego?

Mamy babcię-emerytkę, która mogłaby poświęcić swój czas i spędzić te kilka dni z wnuczką, ale prosimy ją o to w sytuacjach wyjątkowych. Tosia nie choruje często, ale kiedy naprawdę źle się czuje, ma gorączkę, boli ją gardło i kaszle, staje się marudna, chce się dużo przytulać i chce spędzać czas ze mną. Nie ma w tym chyba nic dziwnego. Tak zachowuje się pewnie większość dzieci. Jeśli więc nie mam w pracy awaryjnej sytuacji, ważnych spraw do rozwiązania albo zakończenia, biorę opiekę i zostaję z nią w domu (w 2015 roku wykorzystałam 8 z przysługujących mi 60 dni). 
Znam mamy, które nigdy nie biorą opieki, które zostawiają dzieci z babcią albo mają nianię, która może pojawić się w awaryjnej sytuacji. Ich decyzja - rozumiem, może mają pracę, w której nikt nie może ich zastąpić, może prowadzą własną działalność i opieka nad dzieckiem wiązałaby się z dużymi stratami finansowymi, a może po prostu lubią swoją pracę. Znam mamy, które biorą opiekę, kiedy dziecko ma tylko katar albo takie, które biorą opiekę, kiedy chcą odpocząć od pracy i spędzić trochę czasu z dzieckiem. Słyszałam o lekarzach, którzy nie chcą wypisywać opieki...

Chore dziecko (jak każdy chory człowiek) ma swoje fanaberie, swoje humory i zachcianki. Trzeba mieć niebywałą cierpliwość, żeby znieść te wszystkie piski, jęki i napady płaczu. Tym razem Tosia była raczej wyciszona, spokojna, dużo czasu spędziła leżąc, codziennie przesypiała około godziny po obiedzie, spokojnie zasypiała wieczorem. Każdy dałby sobie z nią radę, ona jednak chciała, żebym z nią była. A i ja wolę z nią być, kiedy musi dostawać jakieś leki trzy razy dziennie, bo wtedy pilnuję każdej dawki, wiem że połknęła wszystkie trzy. I rozumiem mamy, które nie zostawiają dzieci z nianią, kiedy maluch ma przepisany antybiotyk, bo chcą kontrolować przyjmowanie lekarstw. Poza tym chory maluch często oznacza niespokojne i nieprzespane noce, trudno po nich iść do pracy i całkowicie oderwać się o problemów, które zostawiło się w domu.

Dlatego wściekam się, kiedy ktoś powie mi (albo jednej z mam na opiece): "O, znowu ci dziecko zachorowało. Ono coś często choruje". Tak, dobijaj nas, czy myślisz, że specjalnie wystawiamy dzieci na mróz w samej bieliźnie?! Nie! Dzieci po prostu czasem chorują. Chorują tak samo jak dorośli. A dzieci, które chodzą do przedszkola lub żłobka są bardziej narażone na infekcje (choć chorują nie tylko one). Martwimy się o swoje dzieci, chcemy im ulżyć w chorobie. Często choruje? 
Zastanów się dobrze, zanim powiesz takie słowa, może jednak zachorowało pierwszy raz w tym roku, może padło właśnie w okresie grypowym, kiedy całe przedszkolne grupy chorują, kiedy jedno dziecko zaraża drugie, a my możemy stawać na rzęsach, podawać tran, witaminę C, ubierać malucha odpowiednio do pogody, a dziecko i tak zachoruje. Zastanów się, więc dobrze, SZANOWNA MATKO DZIECKA, KTÓRE NIGDY NIE CHORUJE (choć dobrze wiesz, że takie nie istnieją) i zastanów się dobrze, SZANOWNA PANI BEZDZIETNA, takie słowa naprawdę mogą sprawić nam przykrość (i sprawić, że zaczniemy myśleć o sobie jak o złej matce, która nie dba o swoją pociechę), zwłaszcza w czasie, kiedy dziecko wyje drugą godzinę, a my nie możemy zbić rosnącej temperatury. Bo nie bierzemy opieki, żeby iść do fryzjera albo kosmetyczki, nie jedziemy w tym czasie na wakacje, chcemy po prostu być przy chorym dziecku. Jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia, może lepiej milcz...


środa, 9 marca 2016

Środowe recenzje ŻEGNAJ SKARPETKO

To ostatnio jedna z naszych ulubionych książek. Prosta, ale niezwykle mocna  w swojej wymowie i mądra historia trudnej przyjaźni. Bo jak tu się przyjaźnić z królikiem, który nie zna się na kowbojach, który wolno biega i ma mało rozumne spojrzenie?


Główny bohater książki Żegnaj Skarpetko długo tolerował zachowanie swojego pupila, ale w końcu miarka się przebrała i decyzja została podjęta. Królika trzeba się pozbyć! W jaki sposób? Najlepiej będzie zostawić go w lesie, Skarpetka jest taką gapą, że na pewno nie uda mu się samodzielnie wrócić do domu i odnaleźć opiekuna, który w tym czasie zdąży już nawiązać prawdziwą przyjaźń ze swoimi rówieśnikami. Wychodzi więc z królikiem-niezdarą na spacer do lasu, a uszaty towarzysz nawet nie podejrzewa, co go czeka, nie jest świadomy, że zostanie porzucony w najdalszym zakątku lasu. Chłopiec jest jednak twardy, chce to zrobić, musi zostawić królika. 

Tak będzie najlepiej dla nas obu. Króliki są szczęśliwsze w lesie,
a ja powinienem mieć kolegów, tak jak inne dzieci.

Skarpetka, jak przystało na niezbyt bystrego królika, nic sobie z tego nie robi, nie rozumie, co chce zrobić jego opiekun.
Mówię mu: "Idź, Skarpetko, jesteś wolny!", ale on się nie rusza.
Patrzy na mnie tymi swoimi maślanymi oczkami, próbując mnie rozczulić.

Chłopiec decyduje się na rozwiązanie ostateczne, urywa kawałek nitki, który wystaje z jego swetra i przywiązuje królika do drzewa. A potem, najszybciej jak potrafi, ucieka z polany, na której porzucił Skarpetkę. Co dzieje się dalej? Czy Skarpetka poradzi sobie w lesie? A może wróci do domu? I co wspólnego z tym wszystkim ma dziewczynka z psem, którą chłopiec dostrzegł między drzewami? Tego zdradzać nie będę, ale serdecznie polecam Wam tę książkę. 

Żegnaj Skarpetko! piękna opowieść o przyjaźni, o odpowiedzialności, o podejmowaniu decyzji, o uczuciach. Warto po nią sięgnąć nie tylko wtedy, kiedy nasze dziecko prosi nas o zwierzątko, to ważna lektura. Skarpetką może być przecież nie tylko królik, to może być również młodsze rodzeństwo, porzucony miś, ktoś lub coś, co naszemu dziecku się znudziło albo co zostało porzucone i nie jest kochane. Lektura tej książki na pewno stanie się pretekstem do rozmowy o przyjaźni i odpowiedzialności, w książce nie ma jasno wyłożonego morału, dziecko samo musi ocenić zachowanie swojego rówieśnika. 
Tosia bardzo polubiła tego niepozornego królika, a zachowania chłopca zrozumieć nie potrafiła, bo cóż z tego, że trochę jest z królika gapa, przyjaciel to przecież przyjaciel! Trzeba go kochać i nie wolno go opuścić. Takie refleksje pojawiły się w głowie czterolatki!
Jeśli więc szukacie mądrej, świetnie zilustrowanej i pięknie wydanej książki, sięgnijcie po przygody królika Skarpetki!

 

Żegnaj Skarpetko!
Benjamin Chaud
Tłumaczenie Katarzyna Skalska



wtorek, 8 marca 2016

Kobieca dusza w czteroletnim ciele

Dziś Dzień Kobiet, więc tekst idealnie wpasuje się w tę uroczystość. Tosia, jak wiadomo, jest dziewczynką, ale długo w kręgu jej zainteresowań były wyłącznie lokomotywy, a lalki nie wzbudzały w niej entuzjazmu. Potem przyszedł moment, w którym zdecydowała, że od tego dnia będzie nosić sukienki, a w kąt poszły wszystkie spodnie i spódniczki. Potem w jej życiu pojawiły się lalki, księżniczki, kucyki...

Często, obserwując jej zabawy, zastanawialiśmy się, kiedy stanie się małą kobietką, kiedy będzie chciała mieć długie włosy, kiedy będzie nosić falbaniaste sukienki i zacznie się bawić lalkami. No, to to wszystko nastąpiło. Włosy są coraz dłuższe, sukienki stanowią podstawę jej garderoby, a lalki potrafią skupić jej uwagę na bardzo długi czas. Jest prawdziwą, małą dziewczynką! Obserwuje swoje koleżanki i czasem zapyta, czy mogłaby mieć pomalowane paznokcie. Od jednej z koleżanek otrzymała kiedyś zabawkowy zestaw do makijażu (zdecydowanie nie jestem jego fanką, Tosia robi to dość nieumiejętnie, a cienie schodzą wyjątkowo trudno, na szczęście przypomina sobie o jego istnieniu bardzo rzadko). Nie bronimy jej tego, traktujemy jako niewinną zabawę (choć malowanie paznokci zostawiamy na lato i wakacyjny wyjazd, a Tosia się na to godzi).
Jest dziewczynką, której gust kształtuje się na podstawie tego, co widzi wokół siebie. A co widzi?
Po rozmowie z mamami innych dziewczynek wiem, że podstawą są długie włosy. Dziewczynki, z których włosów nie można zrobić kitki albo upleść warkocza, nie mają łatwo, więc mamy robią im mini-kitki, żeby przypadkiem żadna nie usłyszała, że ma włosy jak chłopak. Podpytywałam Tosię, czy ona zrobiła kiedyś przykrość koleżankom, które mają krótkie włosy, twierdzi, że nie, ale swoich obciąć nie pozwala. Coś może więc być na rzeczy.
Druga sprawa - sukienki i zdecydowany protest przeciwko szortom, leginsom i jeansom, bo te są dla chłopaków. Wyjątkowo zgadza się na szorty w piątki, kiedy w przedszkolu mają gimnastykę i przebierają się w strój sportowy. Szorty łatwiej zdjąć, niż sukienkę z wszytym zamkiem albo rzędem guzików na plecach. Spodnie przechodzą również przy okazji wizyty u lekarza i ewentualnie wyjścia na plac zabaw (choć to wyjątkowo rzadko, nauczyła się już korzystać ze wszystkich sprzętów w sukienkach).
Trzecia - zabawki, czyli lalki i księżniczki w każdej formie. Kolekcja Barbie regularnie się powiększa, a zabawa figurkami księżniczek to jedna z ulubionych form spędzania czasu. Z dziadkiem, z którym dotąd bawiła się w małego kolejarza, teraz bawi się w Kopciuszka. Staje się mamą dla swoich lalek, karmi je, przewija, przebiera. Jedynie w książkach istnieje różnorodność, ma swoje ulubione, uniwersalne, idealne dla każdego kilkulatka, bez względu na płeć, choć nie gardzi również i z radością przyjmuje lektury typowo dziewczyńskie.

Nie ukrywam, że z zachwytem obserwuję ten różowy, dziewczęcy okres jej życia. Jest tak samo piękny, jak każdy inny. Tosia jest uroczą małą księżniczką:) Pewnie z tego wyrośnie, cieszę się więc tym czasem, póki trwa.

A Wam, drogie Panie, 
w dniu naszego Święta
życzymy dużo radości, uśmiechu 
i satysfakcji w każdej sferze życia!


piątek, 4 marca 2016

Dajemy na to przyzwolenie!

Od kilku dni internet huczy o właścicielu drukarni, który poproszony o rabat na wydruk ulotek przez matkę niepełnosprawnego dziecka, nie tylko tego rabatu nie udzielił (do czego miał oczywiście pełne prawo i nikt o to nie ma do niego pretensji), ale posunął się o krok dalej, pytając o sens płodzenia takich dzieci. Trudno przejść obok tej sprawy obojętnie, bo trudno zgodzić się na panujący w każdej sferze naszego życia brak kultury osobistej. A jednak się na to godzimy.

Pozwalamy, żeby młodzież i studenci siedzieli w środkach komunikacji miejskiej, kiedy stoją obok nich ludzie starsi, kobiety w ciąży, matki z dziećmi i niepełnosprawni. Pozwalamy ludziom, żeby w komunikacji miejskiej zajmowali dwa miejsca siedzące, na jednym siedzi człowiek, na drugim torba. Dajemy przyzwolenie, żeby kobiety w ciąży stały w kolejce, jak każdy normalny klient, nie proponujemy im, żeby przeszły na początek kolejki, a kiedy zaproponuje to kasjerka, cały sklep popada w święte oburzenie. Gapimy się w te swoje smartfony, zamiast rozejrzeć się wokół i być może zaproponować komuś pomoc. Nie zwracamy uwagi dzieciom, żeby nie trzymały brudnych butów na siedzeniach w pociągu. W sklepie zdejmujemy produkty z półek i wkładamy do koszyków, a kiedy rezygnujemy z zakupu, zostawiamy je w dowolnie wybranym miejscu. Jest więc czekolada w ziemniakach i mięso w podpaskach. My się na to wszystko zgadzamy. Pozwalamy chamstwu panoszyć się wśród nas. A, kiedy ktoś zwróci uwagę naszemu dziecku, popadamy w święte oburzenie, bo to przecież dziecko, bo dziecku wolno. A potem takie dziecko rośnie, dojrzewa, dorasta i staje się aspołeczną, egoistyczną istotą, która w nosie ma wszystko i wszystkich. Działajmy, póki nie jest za późno, żeby ten nasz obecny przedszkolak, za dziesięć lat pomógł starszej pani wnieść zakupy, ustąpił miejsca kobiecie w ciąży i dbał o coś więcej, niż tylko o siebie!

środa, 2 marca 2016

Środowe recenzje - "Fach, że ach!", czyli kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz

Tosia w przyszłości chciałaby zostać księżniczką. Tą, jak wiadomo zostać może dopiero po zaślubinach z księciem, a o księcia niełatwo, musi więc mieć jakiś plan awaryjny. Wspomina o sklepie z zabawkami, w którym chciałaby pracować, kiedy będzie dorosła, ale ma w tej kwestii wątpliwości. Szukamy więc dalej. Od tygodnia inspiracją dla Tosi jest książka czeskich autorów Fach, że ach!, która w niezwykle ciekawy sposób przedstawia najmłodszym świat ludzi wykonujących różne profesje.

Duże ilustracje przedstawiają siedemnaście różnych miejsc pracy. Jest tutaj między innymi teatr, statek, galeria handlowa, szpital, budowa, muzeum, a nawet kosmodrom. Inspiracji do snucia planów na przyszłość nie brakuje. I dobrze, bo kto z nas nie marzył w dzieciństwie o wykonywaniu jakiegoś niezwykłego zawodu? Kto z nas, dorosłych, dziś w drodze do pracy, nie myślał o tym, co byłoby gdyby zamiast do biura w urzędzie skarbowym jechał na przykład na plan filmowy? Gdyby nie pracował jako motorniczy, ale był na przykład astronautą? Za marzenia nikt nie będzie nas karać, więc marzmy z naszymi dziećmi. Opowiadajmy im o tych niezwykłych miejscach, w którym każdego dnia dzieją się rzeczy zwykłe i niezwykłe. O szpitalu, w którym lekarze ratują ludzkie życie, o muzeach pełnych cennych dzieł sztuki, o pracy osób, które zajmują się ratowaniem innych. Będzie to nie tylko nauka o różnych profesjach, ale także o życiu codziennym. O tym, jak zachować się w sklepie, jak w bibliotece, co wolno, a czego nie wolno robić w hotelu. Zastanówmy się, co dzieje się po drugiej stronie sceny w operze i balecie, jak przygotowuje się wystawę w galerii i co to tak naprawdę jest performance.

Fach, że ach! to kopalnia wiedzy, coś na kształt encyklopedii zawodów dla najmłodszych. To nie jest lektura na jeden wieczór, to książka, do której każdy czytelnik będzie chętnie wracał. Po pierwsze - ze względu na regularne zmiany planów na przyszłość, po drugie - ze względu na zabawne ilustracje i po trzecie - ze względu na jej różnorodność, zajrzeć można do niej przy okazji wizyty u lekarza, nauki astronomii albo wyjścia do teatru. Okazji nie zabraknie, jestem tego pewna! My tę książkę czytamy, oglądamy, wyszukujemy szczegóły, opowiadamy o przedstawicielach różnych zawodów. Na razie się nie znudziłyśmy, więc jesteśmy najlepszym dowodem na to, że to naprawdę świetna książka. Sięgnijcie po nią koniecznie!

 
Fach, że ach!
Silvie Sanža
ilustracje Milan Starý
tłumaczenie Bogumiła Nawrot