wtorek, 22 września 2015

O soli, cukrze i spacerach

Dyskusja o szkolnych sklepikach, o cukrze i soli w przedszkolnych obiadach trwa, codziennie wpada w moje ręce jakiś artykuł dotyczący tej, bulwersującej rodziców, uczniów i właścicieli sklepików, sprawy. To ja też dorzucę swoje trzy grosze!

Moje dziecko jadło i je. Ma swoje preferencje, ma rzeczy, których absolutnie nie spróbuje, ma takie, które może nie jeść tygodniami, a potem wygłodniała rzuci się na nie i je codziennie przez jakiś czas. Nie bronię jej, to jej kubki smakowe, jej kulinarne zachcianki. Prawie codziennie zjada jakąś małą słodycz.  Jednak o tym, co znajdzie się w lodówce decydujemy my - rodzice. Oczywiście na zakupach dajemy jej jakieś rzeczy do wyboru i kupujemy jej to na co sama się zdecyduje, ale ponieważ nie umie jeszcze czytać i nie ma specjalnej wiedzy dotyczącej chemii ładowanej do jedzenia, to my przeprowadzamy selekcję. Nie chodzi nam nawet o izolowanie jej od rzeczy niezdrowych (bo z nimi i tak, prędzej czy później się spotka), ale o to, żeby nie piła słodzonego soku, jeśli ten jednodniowy smakuje jej tak samo, a jest zdrowszy i ma dużo lepszy skład. Mam nadzieję (a może łudzę się?!), że dzięki temu sama będzie dokonywała trafnych wyborów, kiedy bez naszej asysty przekroczy próg sklepu. Dlatego bez niepokoju przyjmuję to, co napisano w rozporządzeniu ministra zdrowia (które w całości przeczytałam), Tosia z przedszkola głodna nie wraca, nie narzeka również na to, że tamtejsze jedzenie przestało jej smakować. A kiedy pójdzie do szkoły to?

Ostatnio zapytaliśmy ją, co kupiłaby sobie do jedzenia w szkolnym sklepiku, kiedy już przekroczy próg wymarzonej szkoły, pomyślała chwilę i oznajmiła: "Kanapkę". Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam, więc pytałam dalej, bo może z kremem czekoladowym miałaby ochotę tę kanapkę zjeść. I tu kolejne zaskoczenie, ponieważ po kilku sekundach namysłu oznajmiła, że tę kanapkę zjadłaby najchętniej z serem i papryką. Miód na moje matczyne serce! I czoła chylę przed przedszkolem, które raz w tygodniu na podwieczorek, kładzie przed nimi ciemny chleb, ser, sałatę, paprykę, pomidory i ogórki i zachęca małych smakoszy do własnoręcznego przygotowania kanapek. Odnoszę wrażenie, że to ulubiony podwieczorek mojego dziecka i żadne herbatniki, banany i jogurty nie mogą go pokonać. Takie kanapki pozwalaliśmy jej robić na wakacjach i znikały z talerza błyskawicznie, a Tosia cieszyła się z możliwości wyboru i kolorowych śniadań. 
Nie mamy specjalnego problemu z jedzeniem przez nią warzyw w każdej formie, ale wierzę, że są rodzice, którzy muszą walczyć o każdą zjedzoną paprykę albo marchewkę. Z czego to wynika? Nie wiem, może z nawyków, które maluchy wynoszą z domu. My, dorośli, jemy szybko, często nie zwracając uwagi na to, co ląduje na naszych talerzach i w naszych żołądkach. Czytając artykuły poświęcone rozporządzeniu ministra zdrowia trafiałam na wypowiedzi dyrektorów i nauczycieli, którzy wspominali o tym, że ich uczniowie przychodzą do szkoły bez śniadania, bo w domu nikt ich tych śniadań jeść nie nauczył. Oczywiście, można powiedzieć, że nie ma im kto tych kanapek przygotować, bo rodzice spieszą się do pracy, bo nie ma ich w domu, kiedy dzieci wychodzą. Moich rodziców też nigdy nie było, ale na stole stał talerz, a na nim kilka kanapek przygotowanych przez mamę albo tatę, które miałam zjeść przed wyjściem do szkoły. Swojemu dziecku też mogę takie przygotować, skoro teraz przed wyjściem z domu i tak zjada podaną przez któregoś z nas kanapkę. Nie chcemy, żeby wychodziła z domu z pustym żołądkiem i godzinę czekała na przedszkolne śniadanie. Przeraziła mnie, więc wypowiedź licealistki, która powiedziała, że przed wyjściem do szkoły nie je nic, a od kiedy w sklepiku nie ma drożdżówek, to w szkole również nie je i po lekcjach zjada pizzę...

Z tym zdrowym jedzeniem jest jak z czytaniem książek. Wszyscy dziwią się, że Tosia zna wiele słów, mówi długimi i pełnymi zdaniami. Owszem, ale niemal od urodzenia czytaliśmy jej książki, więc miała szansę te słowa i zasady budowania zdań poznać. I tak samo jest z ostatnią kwestią, którą chciałam poruszyć, czyli ze spacerami albo mówiąc szerzej z chodzeniem. Dzieci dziś nie chodzą, na zebraniu w przedszkolu nauczycielka narzekała, że nie mogą chodzić na dłuższe spacery, niż wokół przedszkola, bo dzieci nie chcą chodzić i narzekają na zmęczenie. Rodzice nie byli nawet zdziwieni, więc muszą zdawać sobie z tego sprawę. Nie wiem, czy my chodzimy dużo, ale Tosia na pewno jest wytrwałym piechurem i chodzić lubi, udowodniła to w tym roku wielokrotnie. Okazuje się jednak, że jest wyjątkiem. Od początku września jeździmy do przedszkola autobusem, ale większość dzieci (żeby nie powiedzieć wszystkie) przyjeżdżają samochodem. Trudno tutaj winić rodziców, którzy spieszą się do pracy, ale podejrzewam, że weekendy wyglądają podobnie i na zakupy, na basen, czy do kościoła. A szkoda, bo taki zwykły spacer, to czasem niezwykła przygoda.

7 komentarzy:

  1. Otóż to. Ja przeciw ustawie też nic nie mam, oczy mi czasem rosną jak czytam opinie niektórych rodziców na jej temat.. i niestety, jeśli rodzic sam nie nauczy zdrowych nawyków swojego dziecka to i żadna ustawa tego nie zrobi, którą i tak najbardziej negować będą Ci co sami mają ze zdrowymi nawykami problem. Ja moim dzieciom nie solę jedzenia, sama soli prawie nie używam, słodyczy nie podawaliśmy do 3 roku życia, zastępowały je owoce i choćby surowa, obrana marchewka, za którą przepadają, bakalie - naprawdę można. Największą batalię mieliśmy z babciami, którym żal było naszych dzieci, bo nie jedzą ciast, słodkich bułek itd Ciężki kaliber :) Ale na pytanie, czy nie bardziej byłoby im żal jak ich wnuki zaczęły by się zmierzać z otyłością, nadciśnieniem, problemami krążeniowymi itp nie wiedziały co odpowiedzieć. Taka jest prawda, dobrze to podsumowałaś, że z tym zdrowym jedzeniem jest tak jak z czytaniem książek rozumiem puentę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas batalie o słodycze się nie toczą, bo Tosia zadowala się kostką gorzkiej czekolady, za ciastami nie przepada, mając do wyboru kawałek tortu i miskę owoców, wybierze to drugie. Ale wiem, że są dzieci, które słodkie uwielbiają, a rodzice zamiast podać normalny obiad dają dzieciom ciastka...
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Otóż to. Ja przeciw ustawie też nic nie mam, oczy mi czasem rosną jak czytam opinie niektórych rodziców na jej temat.. i niestety, jeśli rodzic sam nie nauczy zdrowych nawyków swojego dziecka to i żadna ustawa tego nie zrobi, którą i tak najbardziej negować będą Ci co sami mają ze zdrowymi nawykami problem. Ja moim dzieciom nie solę jedzenia, sama soli prawie nie używam, słodyczy nie podawaliśmy do 3 roku życia, zastępowały je owoce i choćby surowa, obrana marchewka, za którą przepadają, bakalie - naprawdę można. Największą batalię mieliśmy z babciami, którym żal było naszych dzieci, bo nie jedzą ciast, słodkich bułek itd Ciężki kaliber :) Ale na pytanie, czy nie bardziej byłoby im żal jak ich wnuki zaczęły by się zmierzać z otyłością, nadciśnieniem, problemami krążeniowymi itp nie wiedziały co odpowiedzieć. Taka jest prawda, dobrze to podsumowałaś, że z tym zdrowym jedzeniem jest tak jak z czytaniem książek rozumiem puentę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moi rodzice też nigdy nie wypuścili mnie bez śniadania z domu. I tego samego nauczyłam swoje dzieci - zawsze coś muszą przekąsić zanim przekroczą próg domu. Nie ważne czy to kanapka czy pół. Coś na brzuszku musi się znaleźć.
    Mogę się podpisać pod każdym zdaniem napisanym przez Ciebie :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi :)
      Myślę, że to najlepszy czas na nauczenie dzieci jedzenia przed wyjściem. Poza tym dzieci często nie przychodzą od razu na śniadanie, ale jeszcze trochę czasu spędzają na zabawie, szkoda byłoby mi Tosi, gdyby siedziała tam z pustym żołądkiem.

      Usuń
  4. Ojj mi ten temat sen z powiek spędza.. Niech tam sobie będą te zmiany - może i dobre. Moje dzieci słodki smak będą znały - bo ja im w domu jeść nie zabronię, raz na jakiś czas. A wszystko po to, zeby się później na słodkości nie rzucali jak im coś wujek czy Ciocia przywiezie..
    Podoba mi się to "narzucanie " zdrowego odżywiania w szkołach i przedszkolach, pomijając pewne ustalenia - na przykład to, że moje dziecko na śniadanie dostanie słodzoną miodem herbatę - jest uczulony. Nie może dostać gorzkiej, bo nie.. a jeśli nie taką, to najwyżej wodę. ZIMNĄ., do śniadania. no czad po prostu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że panie nie biorą pod uwagę uczuleń. Skoro dziecko wypiłoby gorzką herbatę, warto byłoby mu ją podać...

      Usuń