środa, 12 sierpnia 2015

Wakacje w Karkonoszach, cz. 1

Wróciliśmy. Plany były ambitne, ale życie jak to zwykle bywa wszystkie plany weryfikuje. Jak było tym razem?

Wyjazd na wakacje rozpoczął się od płaczu Tosi, która stwierdziła, że nigdzie jechać nie chce i woli zostać w domu. Odwrotu jednak nie było, po przyjemnej podróży dotarliśmy niemal na miejsce. Niemal, ponieważ zdecydowaliśmy, że robimy przerwę w Kowarach, chcieliśmy zobaczyć Park Miniatur Dolnego Śląska. Miejsce nie imponuje rozległością, ale zachwyca młodszych i starszych. Najważniejsze (i najpiękniejsze) budowle Dolnego Śląska odwzorowane zostały w skali 1:25 lub 1:50, twórcy zadbali o każdy, nawet najmniejszy szczegół. Zachwycają kamienie na murach Zamku Książ, drzewa i krzewy wokół Zamku Czocha, a także turyści, których można dostrzec niemal przy każdej budowli. Duży plus za organizację, zaraz po wejściu na teren Parku zostaliśmy skierowani do grupy z przewodnikiem, która rozpoczynała zwiedzanie. Młodzi (niezwykle uśmiechnięci i niezwykle wytrzymali) przewodnicy raczyli zwiedzających ciekawostkami o oglądanych budowlach i historii regionu. A, jeśli ktoś tak, jak my zwiedza ekspozycję z małym dzieckiem i trudno mu słuchać przewodnika albo woli chodzić własnymi ścieżkami, wiedzę o zabytkach możne czerpać z tablic informacyjnych, które umieszczono przy każdym eksponacie.
Spędziliśmy w Parku trochę ponad pół godziny, zwiedzanie z dzieckiem, to jednak nieco skomplikowana sprawa. Poza tym obok skansenu znajdowało się coś, co skutecznie utrudniało Tosi skupienie się na oglądaniu zamków, schronisk i kościołów w miniaturze. Była to pałacowa bawialnia, zagłębie dmuchanych zamków, na których koniecznie chciała się bawić. Ponieważ do rozpoczęcia doby hotelowej mieliśmy jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy ulec prośbom dziecka. Cena za nieograniczony czas zabawy - 10 zł z biletem do Parku lub 20 zł bez biletu - wydaje się niezwykle atrakcyjna, poza tym kiedy dziecko szaleje na dmuchańcach rodzice mogą delektować się kawą, herbatą, pysznym ciastem albo świeżym sokiem. Nie było łatwo wyciągnąć stamtąd Tosię, ale zapewnialiśmy ją, że to dopiero początek atrakcji, uwierzyła i wsiadła z nami do samochodu. 
Polecam to miejsce wszystkim!






 Tym, którzy chcieliby odwiedzić Park, polecam stronę internetową i fb.

Nie kłamaliśmy, ale też nie podejrzewaliśmy, że z tylu rzeczy uda nam się skorzystać, że odwiedzimy tyle miejsc i, że sprawi to Tosi aż taką radość.

Jeszcze w dniu przyjazdu spędziłyśmy niemal dwie godziny na miejskim placu zabaw. Kompanów do zabawy nie brakowało, nie było jednak mowy o staniu w kolejce do huśtawki albo przepychanie przy zjeżdżalni. Tosię zachwyciły bębny i karuzela. Na plac przychodziliśmy niemal codziennie, ponieważ rosły wokół niego drzewa można było tam choć przez chwilę odpocząć od palącego słońca i wysokich temperatur. 
Tego samego dnia wybraliśmy się na tor saneczkowy Kolorowa, uwielbiałam go jako dziecko, miałam jednak trochę więcej lat, niż Tosia, obawiałam się, więc że może wystraszyć się wysokości, prędkości itp. Oczywiście niepotrzebnie. Pędząc w dół słyszałam tylko radosny śmiech córki!

Wieczorem udało nam się jeszcze wybrać na mały spacer po okolicy, a Tosia nadal nie była zmęczona, cieszyło ją oglądanie nowych miejsc, które znała z przewodnika.
Następnego dnia ruszyliśmy w góry. Czy i dokąd udało nam się dotrzeć? O tym napiszę następnym razem, zdradzę tylko, że był to niezwykle intensywny i radosny tydzień!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz