poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Deli Park - idealne miejsce na wycieczkę z dzieckiem

Długo planowaliśmy ten wyjazd, a kiedy już podjęliśmy decyzję, że jedziemy przeszkodziła nam angina Tosi, w końcu udało nam się jednak dotrzeć do DELI PARKU!

Na stronie internetowej czytamy:
 
Witaj w DELI Parku!

Jesteśmy nowym parkiem edukacyjno-rozrywkowym w miejscowości Trzebaw, oddalonym zaledwie 15 minut drogi od Poznania.
DELI Park, to doskonałe miejsce na wypoczynek i zabawę. Na powierzchni 60 000 m2 zgromadziliśmy wiele wspaniałych atrakcji, takich jak: prehistoryczne zwierzęta, gigantyczne owady, interaktywne place zabaw, Park Miniatur, oraz Mini Zoo. Wkrótce powstanie też pierwsza w Polsce Podniebna Eko-Wioska!*
Z myślą o dzieciach i młodzieży uczącej się, w Parku stworzyliśmy trzy sektory tematyczne łączące świetną zabawę z elementami edukacyjnymi.
Park położony jest w urokliwym zakątku Wielkopolski – na skraju Wielkopolskiego Parku Narodowego – co zapewnia wypoczynek wśród cudownego, zielonego krajobrazu. Do dyspozycji naszych gości jest pole piknikowe, wspaniałe miejsce do relaksu, wspólnego posiłku i zabawy, oraz DELI Cafe&Bar, DELI Markecik i kwiaciarnia.
Na terenie DELI Park organizujemy urodziny, imprezy firmowe, wycieczki, zielone szkoły oraz imprezy o charakterze kulinarnym. Planujemy także organizować weekendowe warsztaty dla dzieci i dorosłych.

Zapraszamy do zapoznania się z naszymi wydarzeniami i ofertą!
Dla osób, którym szczególnie spodoba się pobyt u nas zapraszamy do naszego Hotelu i Restauracji Delicjusz.
*wioska już istnieje

Tak, jak czytamy na stronie, w parku nie brakuje rozrywek. Szczerze mówiąc, Tosia nie wiedziała, w którą stronę iść, w każdym zakątku tego miejsca czekały na nią interesujące rzeczy. Zaczęła od placu zabaw, radosnym okrzykom nie było końca, zjeżdżalnie, drabinki, które dziecko tego nie lubi?! Następnie pobiegła w kierunku mini zoo, zachwyciły ją lemury, kozy i antylopy. Idąc dalej minęliśmy figury prehistorycznych zwierząt i gigantycznych owadów żyjących w Wielkopolskim Parku Narodowym. Wśród drzew zaś ukryła się podniebna Eko-Wioska, a tam - drewniane mostki, domki na drzewach. W nich mnóstwo informacji o Wielkopolskim Parku Narodowym, tablice informacyjne, gry, quizy, rebusy, na ziemi figury zwierząt, wypatrzyć można między innymi jelenia, dzika, wiewiórkę.Tosia na wiele rzeczy jest jeszcze za mała, ale zwracała uwagę na tabliczki i chciała, żeby czytać jej to, co zostało na nich napisane. Z Eko-Wioski ruszyliśmy oglądać miniatury znanych budowli z całego świata, Brama Brandenburska, Big Ben, Wieża Eiffla, to tylko niektóre z nich.
Po zwiedzaniu wróciliśmy na plac zabaw, odwiedziliśmy również salę zabaw pod dachem, Tosia szalała w kulkach i na trampolinie.

Zwiedzających w parku nie brakowało, ale nie było tam tłoczno. Widzieliśmy wiele rodzin z dziećmi w wózkach, choć nie wiem, czy dla maluchów młodszych niż 3-4 lata będzie to aż taka atrakcja, jak dla rówieśników Tosi. Planujemy wybrać się tam za rok, podejrzewam, że wtedy zapamięta z tej wyprawy jeszcze więcej.
Wszystkie atrakcje parku zawarte są w cenie biletu, więc kieszenie dorosłych mogą odetchnąć z ulgą, dzieci na pewno nie będą się tam nudzić.
Polecam serdecznie - to świetne miejsce na spędzenie ostatnich letnich dni w tym roku!



















środa, 26 sierpnia 2015

Inspiracje urodzinowe. Frozen/Kraina Lodu

Jeszcze niedawno chciała mieć tort z Gruffalo, ale na początku wakacji priorytety się zmieniły i teraz szukam pomysłów na urodzinowe przyjęcie związane z Krainą Lodu.

Rok temu motywem przewodnim była Myszka Minnie, wszystko wyszło tak, jak sobie wymarzyłam ja i, jak nawet nie mogła sobie wyobrazić, Tosia. Było tak. Przygotowania sprawiły mi olbrzymią frajdę, a radość Tosi była największą nagrodą. Dlatego ze zdwojoną siłą przystępuję do akcji: Czwarte urodziny panny Antoniny. Cel - spełnić marzenia małej fanki przygód Anny i Elsy!

W tym roku wybiorę coś spośród tych zdjęć i pewnie dodam jeszcze coś od siebie...
Tort jest już wybrany, ale jego wygląd pozostanie na razie tajemnicą :) A urodziny już za chwilę...
















poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Mieliśmy buty i mapy - pojechaliśmy na wakacje!

Długo zastanawiałam się, czy kupować Tosi specjalne buty do chodzenia po górach. Z jednej strony wydawały mi się niezbędne, z drugiej nie wiedziałam, czy w ogóle uda nam się gdziekolwiek z nią pójść, więc nie chciałam marnować pieniędzy.

W kalendarzu zapisałam jednak nazwę firmy produkującej buty, którą poleciła mi znajoma. Kilka razy oglądałam je w sklepie, ale w końcu zdecydowałam się na zupełnie inny model znaleziony w Decathlonie 
 Producent na stronie informuje, że buty zapewniają komfort i stabilność w czasie wędrówek. Są wykonane ze skóry, niezwykle miękkie, a obserwując Tosię widziałam, że są bardzo wygodne! A do tego są bardzo ładne! Szczerze mówiąc nie mogę się doczekać jesieni, żeby znowu zobaczyć je na nogach Tosi! 
Buty kupiliśmy dość późno, rozmiar miał być jak najbardziej dostosowany, noga Tosi rośnie powoli, ale zawsze to mógł być ten moment, kiedy jej stopa zaliczy jakiś wielki skok rozwojowy. Sprawę utrudniał fakt, że tego modelu nie udało nam się znaleźć w żadnym sklepie stacjonarnym, nie pozostało więc nic innego jak wymierzyć małą stopę i kupić buty przez internet. W poznańskim Decathlonie znaleźliśmy rozmiar 22, więc ocena dotyczyła tylko ogólnego wyglądu. Na szczęście nie było potrzeby wymiany, pasowały idealnie i od razu przypadły Tosi do gustu (zdecydował o tym delikatny różowy dodatek). Przed wyjazdem chciałam, żeby choć raz poszła w nich na spacer, niestety jakoś nie było okazji, udało się tylko raz, obyło się bez obtarć i narzekania, więc buty wylądowały w walizce. 
(przy okazji ja chciałam wypróbować swoje, bo te również miały debiutować w Karkonoszach)

W Karpaczu nosiła je chętnie i z dumą. A same buty spisały się na medal! Były wygodne, wytrzymałe, łatwe w utrzymaniu (kurzu na szlakach nie brakowało, a do czyszczenia wystarczyła wilgotna ściereczka i buty odzyskiwały dawny blask). Mimo intensywnego tygodnia nie widać na nich śladów górskich wędrówek.

Czy na szlaku widzieliśmy dużo dzieci w, nawet jeśli nie górskim, to dostosowanym do chodzenia po kamienistych szlakach obuwiu? Nie, takich małych piechurów nie było wiele. Większość szła w sandałach, co więksi szczęściarze mieli na nogach trampki. Widać było, że jest im niewygodnie, a kiedy mijaliśmy taką rodzinę, a Tosia dzielnie maszerowała, słyszałam tylko za plecami: "Zobacz, jak ta dziewczynka ładnie idzie, ty tak nie możesz?!" Nie mogło, ponieważ nie jest łatwo pokonywać kolejne metry górskich szlaków w nieodpowiednich butach. Dwa lata temu nie kupowaliśmy Tosi specjalnych butów, miała model, który idealnie nadawał się na takie wycieczki, a poza tym większość czasu i tak spędziła w wózku.
W czasie, kiedy byliśmy w Karkonoszach, moi rodzice chodzili po Bieszczadach, kiedy podjęłam z nimi temat obuwia usłyszałam, że nie spotkali ludzi w klapkach albo sandałach, wszyscy mijani na szlakach turyści (bez względu na wiek, bo opowiadali także o dzieciach) mieli na nogach wysokie buty, a na plecach plecaki. Nasze obserwacje były zupełnie inne, bose turystki na wyciągu trzymające w rękach klapki, mnóstwo osób w sandałach i balerinach, panie z torebkami w ręce. Tak, tak, wiem, może dla niektórych nowe buty do zbyt duży wydatek, ale plecak? Taki przecież można od kogoś pożyczyć i wędrować znacznie wygodniej. Poza tym, chyba niewiele osób zakłada jadąc w góry, że nie wyjdzie na szlak i całe dnie będzie spędzać w hotelu...
Nawet, gdybym nie zdecydowała się na zakup w Decathlonie, zadbałabym o to, żeby Tosia miała buty z grubą podeszwą, taką, pod którą nie wyczuje każdego kamienia. Te buty i specjalne ubrania miały być dla Tosi znakiem czegoś innego, wyjątkowego. Miała, więc strój na chłodniejsze dni...
 i na cieplejsze....

Oczywiście dominowały te drugie... Takie lato mieliśmy w tym roku. 
Ta cała otoczka, którą stworzyłam sprawiła, że dla Tosię góry zaczęły pociągać i fascynować, jeszcze zanim tam dojechaliśmy. Dziś oznajmiła mi, że za rok jedziemy do Zakopanego! Czego chcieć więcej - dziecko pokochało góry tak samo, jak ja!
Apeluję, więc do rodziców, którzy myślą o tym, żeby jeszcze jesienią, a może wiosną albo latem zabrać swoje pociechy w góry, pamiętajcie o odpowiednich butach dla Waszych pociech. 
Dzięki temu dzieciom będzie chodziło się po prostu łatwiej i wygodniej. To naprawdę nie muszą być buty dedykowane do chodzenia po górach, ale warto pomyśleć o tym, żeby sięgały do kostki i miały nieco grubszą podeszwę. Łatwiej będzie dzieciom, łatwiej będzie rodzicom. Łatwiej, czyli przyjemniej, a przecież o to nam wszystkim chodzi!





środa, 19 sierpnia 2015

Pamiątki z wakacji

Co roku wracałam do domu ze słoikiem, w którym był piasek, muszelki, kamienie i morska woda. To był mój prezent dla rodziców, taka namiastka morza, którą chciałam im podarować. Czy Tosia kiedyś przywiezie mi taki słoik nie wiem, na razie sama błądzi wśród straganów z pamiątkami i z jednej strony chciałaby dostać wszystko, co widzi, z drugiej na nic nie może się zdecydować. 

Dwa lata temu była za mała, żeby cokolwiek wybrać, przyglądała się owieczkom, poduszkom i ciupagom. Do domu wróciła z drewnianym aniołkiem i balonem. Tyle było jej potrzebne do szczęścia. Rok temu, nad morzem, zachwyciła ją czapka marynarza, cały pobyt mówiła o niej, a kiedy pojechaliśmy ją kupić, stwierdziła, że jednak czapki nie chce i kupiła muszelkę!
W tym roku z rynkiem pamiątek zetknęłyśmy się dwa razy, we Wrocławiu, a dokładniej mówiąc we wrocławskim zoo i kilka dni później w Karpaczu. 
Wrocław mnie zawiódł, w zoo dominowały maskotki, gumowe węże i plastikowe pająki. Te pierwsze były nawet ładne (jednak podobne, jeśli nie takie same, można kupić w każdym sklepie z zabawkami), ale ceny przyprawiały o zawrót głowy i brakowało im choćby metki z logo wrocławskiego zoo. Tak, żeby mały człowiek za miesiąc, pół roku albo rok pamiętał, skąd ta zabawka pochodzi. Tosia do domu wróciła, więc z mapą i magnesem z logo ogrodu i lwami. 
W Karpaczu jej uwagę zwracały miecze i lalki. Każdy stragan był małym sklepem z zabawkami, kupić tam można było Annę i Elsę, Zosię, Roszpunkę, Minionki, lokomotywy z bajek o Tomku... Wszystko, co dziecku potrzebne do szczęścia... Tosia zatrzymywała się przy każdym stoisku, oglądała wszystkie znajdujące się na nim zabawki. Czasem mówiła, co chciałaby dostać, czasem mówiła tylko, że coś jej się podoba. Co w końcu wybrała? Łatwo nie było, bo Tosię od przybytku głowa rozbolała i sama nie wiedziała, co tak naprawdę chciałaby dostać. Po najdłuższej i najtrudniejszej wyprawie kupiliśmy jej figurki bohaterów z Krainy Lodu. Tak, tak! Wybraliśmy bardzo charakterystyczny dla Karkonoszy produkt. Dziecko oszalało ze szczęścia! Innego dnia w księgarni wybrała (zachęcona przeze mnie) kolorowankę związaną z Karkonoszami i książkę dla dzieci o Dolnym Śląsku. Kupiliśmy oczywiście kolejnego anioła do naszej kolekcji - to w zasadzie najbardziej związana z tym miejscem rzecz, takich aniołów nie kupimy nigdzie indziej, poza tym każdy z nich posiada imienną dedykację. Kolekcja pluszaków wzbogaciła się o owieczkę (choć żadnej owieczki w Karpaczu nie widzieliśmy).
Oprócz tego Tosia przywiozła pieczątki i odznaki ze wszystkich schronisk, które odwiedziła. Najważniejsze są jednak wspomnienia, które ma w głowie i wszystko, co przez te siedem dni przeżyła. 
Smuci jednak zalew chińszczyzny na wakacyjnych deptakach, wszystko wygląda tak samo, ceny nie są przesadnie wygórowane, ale... Czasem lepiej wydać kilka lub kilkanaście złotych więcej i kupić coś naprawdę wyjątkowego, czego nie dostanę w innym miejscu. A tak, od lat na straganach zmieniają się jedynie bajkowi bohaterowie, ciupagi, kubki, korale i inne suweniry są takie same. Jeśli, więc Wasze dzieci rozpaczają, że czegoś zapomniały kupić, możecie im śmiało powiedzieć, że jeśli tylko będą chciały, dostaną to za rok. I na pewno nie skłamiecie!
My, zgodnie z przedślubnym porozumieniem, za rok jedziemy nad morze, więc wrócimy pewnie do sprawy czapki marynarza:)

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Co kupić czterolatce?

Kilka dni temu wpadłam do pokoju Tosi  zamiarem zrobienia tam porządku. Chciałam wyrzucić trochę pomalowanych tylko w części kartek, książeczek z naklejkami, do których już nie wróci, bo naklejki dawno trafiły na właściwe miejsca. Przy okazji spojrzałam na te wszystkie wymarzone zabawki, które dostała na urodziny, Boże Narodzenie i Dzień Dziecka, a którymi się od dawna nie bawi. 

Rok temu numerem jeden były figurki, zebrała całą ekipę Klubu Przyjaciół Myszki Miki, Świnkę Peppę z rodziną i przyjaciółmi, potem przyszedł czas na lokomotywy. Wszystkim bawi się do dzisiaj, ale rzadko. Lokomotywy zabiera zawsze do dziadka i tam bawi się w zawiadowcę, maszynistę itp. Pod choinką znalazła lalkę-bobasa, chodziła z nią wszędzie, ale już się znudziła i od kilku tygodni lalka leży w swoim łóżeczku zawinięta w kocyk. 
Teraz na tapecie jest Kraina Lodu, dostała komplet figurek ze wszystkimi bohaterami, ale marzy o lalkach.  Skłaniam się ku tym, bo są trochę inne i myślę, że Tosi takie lale powinny przypaść do gustu.

Drugą rzeczą, o której marzy już od dłuższego czasu jest kasa fiskalna. Tutaj odwieczny dylemat - drewniana, czy plastikowa. Za 20, czy za 200 zł? Prędzej, czy później i tak wyląduje w kącie, bo się znudzi, więc musimy sprawę dobrze przemyśleć. Skłaniam się ku drewnianej, ale z drugiej strony wiem, że Tosia marzy o takiej z dźwiękiem. 



To te duże zabawki, o których Tosia marzy, mówi, które bardzo chciałaby dostać. I pewnie dostanie, bo dziadkowie/rodzice i wszyscy, którym jest bliska coś na urodziny kupią. Obserwując ją jednak widzę doskonale, że zupełnie inne rzeczy potrafią ją teraz zająć na długi czas.

Na pierwszym miejscu są puzzle - uwielbia je i mogłaby układać godzinami, ma już całkiem sporą kolekcję i chętnie sięga po coraz trudniejsze obrazki.
Na drugim - książki z naklejkami i zadaniami, lubi łamigłówki, wykreślanki, ćwiczenia, w których musi pisać/rysować po śladzie.
Na trzecim - kredki i kolorowanki, koloruje coraz lepiej, chętnie zmienia kolory (bo jeszcze niedawno śmiałam się oglądając jej przedszkolne dzieła, że panie dają jej tylko jedną kredkę). Teraz stara się odwzorować rzeczywiste barwy i nie wyjeżdżać poza linię. Robi to coraz lepiej i coraz dokładniej, co mnie bardzo cieszy, bo nie ukrywam, że powoli traciłam nadzieję... 

Bezsprzecznym liderem były i są książki, uwielbia kiedy jej czytamy. Sama sięga po lektury, które ją interesują, potrafi bardzo długo kartkować, oglądać i nigdy się przy tym nie nudzi. 
Czasem wydaje mi się, że pieniądze wydane na kolejną kolorowankę, czy pudełko kredek to dużo lepsza inwestycja w porównaniu do kolejnej lalki. Na wakacjach zamiast wpadać w histerię przy stoiskach z pamiątkami i tupać nogą, kiedy odmawiamy kupienia jej kolejnego pluszaka, ciągnęła nas do księgarni i tam wybierała nową książkę albo pudełko puzzli. 
I co tu z nią zrobić? A Wy? Jakie macie pomysły na prezent dla małej dziewczynki?

czwartek, 13 sierpnia 2015

Z dzieckiem w Karkonoszach, czyli idziemy w góry!

Plany miałam ambitne, miałam nadzieję, że uda nam się je zrealizować, ale jednocześnie nie znałam możliwości Tosi i nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać.

Wiedzieliśmy, że gdzie będziemy mogli wspomożemy się wyciągami, w mieście miały nam pomóc busy i autobusy. Kto choć raz był w Karpaczu, ten wie, że miasto jest bardzo rozciągnięte i niemal zawsze idzie się tam pod górę. Zwłaszcza jeśli mieszka się w Karpaczu Dolnym, a większość szlaków rozpoczyna się w górnej części miasta. 

Pierwsza wędrówka - "Biały Jar" - Schronisko Nad Łomniczką (1002 m.n.p.m.)
Na początku krótka przejażdżka wyciągiem. Przede wszystkim chcieliśmy sprawdzić, czy Tosia nie będzie się bała. Nasze obawy okazały się bezpodstawne, bo dziecku wysokość niestraszna i mogłaby jeździć w kółko! Na szlaku już tak łatwo nie było, latorośl trochę narzekała, bo chyba niezbyt rozumiała, co dokładnie na tym spacerze może ją spotkać. Wiedziała, że chce moczyć ręce w strumykach (ale tych przy obecnej pogodzie brakowało). Wypatrzyłam na drzewach budki dla ptaków, Tosia chętnie szukała kolejnych, zainteresowały ją również oznaczenia szlaków na drzewach. Denerwowało ją, kiedy inni turyści nas wyprzedzali, spodobała się górska tradycja mówienia "dzień dobry" osobom spotkanym na szlaku. Po drodze zrobiliśmy jeden postój i w końcu dotarliśmy na miejsce. Cała trasa (szlakiem czerwonym) nieco się wydłużyła, ale trzeba brać na to poprawkę wędrując z dzieckiem. 
Największą radość sprawiła Tosi możliwość przystawienia pieczątki na mapie i we własnym przewodniku oraz zakup odznaki, którą przypięła do swojego plecaka. 
Droga powrotna minęła szybko i bezproblemowo, Tosia nie narzekała, rozglądała się za budkami dla ptaków i sprawdzała, czy na pewno idziemy właściwym szlakiem. 



Zdecydowanie polecam tę trasę rodzicom, z łatwością można ją pokonać wózkiem (radzę jednak wybrać ten na pompowanych kołach), a trzylatek powinien bez problemu dotrzeć do Łomniczki na własnych nogach. W schronisku czeka nagroda - pyszne naleśniki z jagodami! Warto spróbować! 
Wędrówka druga - Świątynia Wang - Polana (1067 m.n.p.m) -
- Schronisko Samotnia (1195 m.n.p.m.) - Schronisko Strzecha Akademicka (1298 m.n.p.m)
Pod Wang dojechaliśmy busem, tam czekała na nas pierwsza górka, którą Tosia dzielnie pokonała. Na przykościelnym placu zrobiliśmy krótką przerwę na chwilę refleksji przy grobie Henryka Tomaszewskiego i mojego ulubionego poety - Tadeusza Różewicza i ruszyliśmy w górę. Po pierwszej wycieczce wiedziałam, że Tosia może dojść do celu, a jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że będzie tam kilka podejść pod górę, więc jeśli założyłam, że dotarcie (niebieskim szlakiem) do Polany będzie sukcesem. Szła niezwykle dzielnie, po drodze zatrzymywaliśmy się przy strumykach, w których córka mogła moczyć ręce. Na Polanę dotarliśmy w czasie bardzo zbliżonym do tego, co napisano w przewodniku, czyli w ciągu godziny. Tam Tosia urządziła sobie piknik, jogurt, kanapka, woda, z zapasami nowej energii ruszyła w górę, wiedziała, że chce dotrzeć do schroniska, żeby przystawić kolejną pieczątkę i kupić odznakę. Trasę pokonała bez marudzenia, ale staraliśmy się regularnie proponować jej postoje. Schronisko bardzo jej się spodobało, zachwycił ją Mały Staw, pieczątki trafiły do przewodnika, nie było niestety odznak, więc było jej trochę przykro. Z odwagą spojrzała w górę i zdecydowała, że idziemy dalej! Do Strzechy Akademickiej dotarliśmy błyskawicznie, Tosię zachwyciła niełatwa, kamienista ścieżka, nawet nie chciała robić postoju! Jak widać im trudniej, tym ciekawiej, zwłaszcza dla dziecka. W schronisku zrobiliśmy dłuży postój, Tosia zjadła obiad, przystawiła pieczątkę, kupiła odznakę i chętnie ruszyła w dół. Wybraliśmy inną drogę, żółty szlak prowadzący dawnym torem saneczkowym. Łatwo nie było, droga kamienista i dość stroma, kilka potknięć, jeden upadek, ale i duma na małej buzi, bo udało jej się zobaczyć dwa schroniska. Duma rozpierała również nas - rodziców, byliśmy pod wrażeniem jej wytrzymałości, ani razu nie chciała, żeby wziąć ją na ręce albo na barana, nie płakała, nie narzekała. Dzielna turystka!






 Niebieski szlak od Świątyni Wang do Samotni mogę polecić wszystkim rodzicom, nie próbowaliśmy pokonać go wózkiem (dwa lata temu na tę trasę wybraliśmy nosidło), ale z dużymi, pompowanymi kołami powinno się udać. Szlak jest wygodny, ale z kilkoma podejściami, na trasie największą atrakcją będą na pewno górskie strumyki. Do Strzechy Akademickiej prowadzi kamienisty, stromy szlak, tutaj wózka zdecydowanie nie polecam (można dotrzeć tam omijając Samotnię wygodną, ubitą drogą samochodową). Z chętnie chodzącym trzylatkiem powinno udać się pokonać tę trasę pieszo. Należy jednak pamiętać o wygodnym obuwiu, na szlaku mijaliśmy dzieci w sandałach, trampkach i (o, zgrozo) crocsach! Większość z nich marudziła, niektóre popłakiwały. To naprawdę nie są buty w góry - należy o tym pamiętać! O butach, które wybraliśmy dla Tosi i, które sprawdziły się doskonale, napiszę osobny tekst.

Wędrówka trzecia - Schronisko Szrenica (1362 m.n.p.m.) i Wodospad Szklarki
Słowo "wędrówka" jest w tym przypadku pewnym nadużyciem. Do Szklarskiej Poręby wybraliśmy się odpocząć. Na Szrenicę wjechaliśmy wyciągiem, a droga do Szklarki z parkingu nie jest ani długa, ani trudna. 
Tak, jak napisałam wcześniej, Tosia pokochała wyciągi, więc podróż na Szrenicę była dla niej wielką frajdą. Nie dopisała jednak pogoda, okolica spowita była mgłą, więc nie mogliśmy napawać się widokami. W schronisku przystawiła kolejną pieczątkę i kupiła kolejną odznakę.
Szklarka ją zachwyciła, wodospad, nawet niewielki robi wrażenie na małym człowieku. 



To nie była wymagająca wyprawa, ale od górnej stacji wyciągu do schroniska trzeba jeszcze kawałek podejść, droga jest dość stroma i kamienista, więc warto wybrać wygodne, górskie buty. Do Szklarki bez problemu można dojechać wózkiem, ale nawet dwulatek pokona tę trasę na własnych nogach, nie warto więc wyciągać czterech kółek z samochodu.

Wędrówka czwarta - "Biały Jar" - Kopa (1340 m.n.p.m.) - Schronisko Dom Śląski (1400 m.n.p.m.) - Śnieżka (1602 m.n.p.m.)
Nie wierzyłam, że zdobędziemy Śnieżkę, ale kiedy tylko dotarliśmy do Karpacza, a Tosia zobaczyła górującą nad nim Królową Karkonoszy, stwierdziła, że wejdzie na szczyt i to postanowienie udało jej się zrealizować!
Na Kopę wjechaliśmy wyciągiem. Krzesełka są jednoosobowe (dzieci do 7 lat jeżdżą bezpłatnie) na kolanach dorosłych, Tosia jechała ze mną. Nie bała się, nie wierciła, rozglądała się z zainteresowaniem i wypatrywała miejsc, które wcześniej odwiedziła. Widoki były piękne, niebo bezchmurne, więc mogła udało jej się dostrzec Polanę i  Wielki Staw, którego wcześniej nie widziała, ale znała z naszych opowieści. Z Kopy ruszyliśmy w kierunku Domu Śląskiego, trasa wiodła wśród kosodrzewiny, droga była wygoda i bez żadnych wzniesień. Pokonaliśmy ją bez najmniejszego problemu. W Domu Śląskim przyszedł czas na odpoczynek, pieczątki i zakup nowej odznaki (w sklepiku przy wyciągu udało nam się kupić odznakę z Samotnią, więc plecak Tosi doskonale odwzorowywał odwiedzone przez nią schroniska). Stamtąd ruszyliśmy na Śnieżkę, nie informowaliśmy nawet Tosi o możliwości wejścia po kamieniach. Byliśmy przekonani, że właśnie tę drogę chciałaby pokonać. Wybraliśmy Drogę Jubileuszową, która łagodnie okrąża zbocza Śnieżki. Wspinaczkę utrudniał fakt, że Tosia nie widziała schroniska, czyli celu swojej wędrówki. Kiedy już je dostrzegła, znacząco przyspieszyła i szybko stanęła na szczycie. Tutaj następuje rozczarowanie, większe dla nas, niż dla Tosi. Bo po pierwsze, na Śnieżce tłum, jak nad Morskim Okiem, a po drugie, schronisko nie jest już schroniskiem, ale "Restauracją-kawiarnią. Śnieżka". Można kupić gofry, lody, szaszłyki, golonkę, piwo, kawę mrożoną, ale o pieczątkę na mapie trzeba poprosić (!) A jedyną dostępną pamiątką są dyplomy i medale, o znaczkach można zapomnieć (dobrze, że w Domu Śląskim można kupić odznakę także ze Śnieżki). Tym, którzy chcą uciec od komercji polskiego budynku, polecam czeskie schronisko, taniej i dużo przyjemniej. 




Mijaliśmy rodziny z dziećmi w wózkach, więc w ten sposób można tę drogę pokonać, choć osobiście wydaje mi się, że wygodniejsze byłoby nosidło. Wyciąg oferuje przewóz bagażu, więc i wózek dałoby radę przewieźć, choć chcąc zdobyć Śnieżkę wózkiem wybrałabym raczej drogę przez Strzechę Akademicką i Spaloną Strażnicę. Dziecko będzie miało czas na drzemkę, a rodzice większą satysfakcję z wędrówki.
Warto oczywiście wybrać na tę wyprawę dobre buty, bo choć na Śnieżce, "turystów" w klapkach nie brakuje, nie jest to bezpieczne, a już na pewno nie jest to dobry wzór dla dziecka. Trzeba również pamiętać o cieplejszym ubraniu, bo po pierwsze na wyciągu może być zimno, a po drugie na Śnieżce zazwyczaj wieje i jest dużo chłodniej, niż w mieście.
 

Wędrówka piąta - Kaplica św. Anny (668 m.n.p.m.)

Z kapliczką wiąże się rodzinna historia. Długo nie mogliśmy do niej trafić, widzieliśmy ją na mapie, ale jakoś nigdy nie było nam tam po drodze. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się na wycieczkę, szlak (i sama kaplica) były na tyle zapomniane i opuszczone, że po prostu ominęliśmy ją... A miałam względem niej poważne plany, bo siedmiokrotne obiegnięcie kapliczki z wodą w ustach z pobliskiego źródełka ma zapewnić powodzenie w miłości. Dotarliśmy tam kilka lat później, mąż jest dobry, więc coś w podaniu być musi, bo siedem okrążeń wokół kapliczki zrobiłam.
Z Tosią nie chciałam tam iść, w planach miałam Chojnik. Wiedziałam bowiem, że na Chojniku czeka ją więcej atrakcji, schronisko, ruiny zamku itp. Sama nie byłam przy kapliczce od jakiś 10 lat, więc pamiętałam ją jak przez mgłę. Mąż stwierdził jednak, że skoro prowadzi do niej leśna ścieżka, będzie to dobra okazja do chwili wytchnienia od upału.
Dojechaliśmy busem do Karpacza Górnego. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że od początku towarzyszyły nam w wędrówce dwie inne rodziny. Sprzed 10 lat pamiętałam tę drogę, jako zapomnianą, rzadko uczęszczaną i niezbyt dobrze oznakowaną. Szliśmy żółtym szlakiem, znaki na drzewach i kamieniach pojawiały się regularnie, co jeszcze bardziej dziwiło. Miałam w pamięci tę pierwszą, nieudaną wyprawę.
Im bardziej zbliżaliśmy się do kaplicy, tym ludzi było więcej. Z niedowierzaniem spojrzałam na drogowskaz kierujący turystów do Gospody "Dobre Źródło". Jaka gospoda? Tutaj? Przy tej zapomnianej kapliczce?! Niespodzianka! Teren wokół kapliczki i sama kapliczka pięknieją, źródło jest zadbane i zabezpieczone, a obok miejsce, w którym można się zatrzymać, odpocząć, zjeść coś, czy skorzystać z toalety (co, jak wiadomo, kiedy podróżuje się z dzieckiem jest sprawą ważną).
Tosię zachwyciło źródełko, nieograniczony dostęp do prawdziwie zimnej wody, w tak gorący dzień to było coś!
Mnie zachwyciła Gospoda. Pięknie urządzone, miejsce z duszą. Pełne starych przedmiotów i zdjęć tego miejsca z dawnych lat. Ze wstydem przyznaję się, że nie wiedziałam o tym, że przed wojną przy kapliczce znajdowała się podobny budynek. W gospodzie zatrzymaliśmy się na dłuższy czas, Tosia miała ochotę na lody, ja spróbowałam ciasta marchewkowego i pysznego kompotu wiśniowo-aroniowego. Było niestety zbyt gorąco, żeby skusić się na zupy albo chleb ze smalcem, ale warto pamiętać, że i takie smakołyki tam mają. Jest oczywiście kawa i herbata, ale kompot wyglądał tak zachęcająco, że trudno było raczyć się czymś innym. Gości w gospodzie nie brakowało, w zasadzie drzwi się nie zamykały, na miejsce tych, którzy wyszli, zaraz przychodzili kolejni. Piękne miejsce - polecam wszystkim, którzy mają ochotę w pięknych okolicznościach przyrody i miłej atmosferze wypić kawę i zjeść kawałek ciasta albo obiad.
Do miasta wróciliśmy innym, czerwonym szlakiem, wśród drzew i śpiewu ptaków udało nam się zejść do centrum Karpacza. 




 
Cała wycieczka zajęła nam około 4 godzin, to idealna miejsce na propozycja na spacer. Wózkiem, niestety nie uda tam się dotrzeć, ścieżka jest bardzo kamienista i momentami stroma. Idąc od Karpacza Górnego więcej się schodzi, niż wchodzi, więc maluchy trzeba asekurować i wyposażyć w dobre buty. Nie pamiętałam dokładnie tego szlaku, wydawał mi się przyjazny, więc Tosia poszła w trampkach, ale zdecydowanie lepiej szłoby jej się w butach górskich. Czerwonym szlakiem, którym schodziliśmy rozpoczyna się w mieście, tą drogą również można dotrzeć do kapliczki, ale więcej idzie się pod górę, dlatego wybraliśmy ją na drogę powrotną.

Tyle udało nam się zobaczyć, zwiedzić i zdobyć! Tosia okazała się wspaniałym piechurem. Jesteśmy z niej oboje dumni i nie możemy wyjść z podziwu dla jej wytrzymałości. Widać było, że polubiła góry. My, dzięki niej, odkrywaliśmy je na nowo. Górska wędrówka z dzieckiem to "wyższa szkoła jazdy", trzeba dziecko czymś zainteresować, dla trzy- i czterolatka wędrówka wśród drzew może nie być aż tak atrakcyjna jak wydaje się nam - dorosłym. Jak wspomniałam wcześniej, Tosię interesowały budki dla ptaków i oznaczenia szlaków, wypatrywała również strumyków i ciekawych, dużych kamieni, na których można usiąść. Wydłużało to wędrówkę, ale staraliśmy się pilnować, żeby nie zatrzymywała się co 5 metrów. Tempo staraliśmy się dostosować do niej, ale jednocześnie, w kryzysowych dla Tosi momentach, chwytaliśmy ją za ręce i trochę przyspieszaliśmy.
Tak wygląda jej plecak z odznakami ze wszystkich schronisk, które odwiedziła na swoich małych nogach!