środa, 29 lipca 2015

Zoo, Afrykarium i krasnale, czyli byliśmy we Wrocławiu!

Warto było wstać o 5 rano i spędzić nieco ponad dwie godziny w pociągu. Byłam i jestem zachwycona, ale Tosia! To był jeden z bardziej wyjątkowych dni w jej życiu!

Nie ukrywałam przed nią, że jedziemy do zoo, to nie miała być niespodzianka. Może gdybyśmy jechały tam samochodem próbowałabym zachować wszystko w tajemnicy, ale ponieważ czekała nas dłuższa podróż pociągiem chciałam ją uprzedzić i przygotować. 
Droga do Wrocławia minęła szybko i bezproblemowo, jakiś czas podziwiała widoki za oknem, żeby po chwili położyć głowę na moich kolanach i zasnąć. Wyspane i zadowolone dziecko to podstawa!
Do zoo dojechałyśmy autobusem (oprócz nas jechała nim grupa osób podróżująca tym samym pociągiem). Kolejka do kasy już była (ale w porównaniu do tego, co zobaczyłyśmy wychodząc chętnych było niewielu). W poniedziałki we wrocławskim zoo można kupić bilet rodzinny (dla dwójki dorosłych i maksymalnie trójki dzieci) w niższej cenie - 80 zł, z takiego więc skorzystałyśmy. Myślę, że był to nie tylko nasz wybór, bo kasjerki same pilnowały, żeby każdy kto może taki bilet kupić, skorzystał właśnie z tej opcji.

Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od Afrykarium, czyli nowości we wrocławskim ogrodzie zoologicznym, które było głównym motywem naszej wyprawy. Trochę czasu spędziłyśmy w kolejce, bo jak się okazało w poniedziałki budynek otwierany jest o 10:30. Udało nam się wejść do środka w pierwszej grupie zwiedzających. Wrażenia trudno opisać, to coś niesamowitego i wyjątkowego. Moja mama była pod wrażeniem, ja byłam pod wrażeniem, wyobraźcie więc sobie co przeżyła Tosia i jak wielkie emocje to w niej wzbudziło. Zachwycała się rybami, bała rekina, witała się z płaszczkami i, co najważniejsze zobaczyła trzy hipopotamami. Spodobały jej się pingwiny i krokodyle.
Afrykarium robi wrażenie na dzieciach i dorosłych, jestem zadowolona, że udało nam się je zobaczyć. Na pewno przyjemniej będzie zwiedzać się je za rok, czy dwa, kiedy przestanie być nowością i kolejki staną się mniejsze (w tajemnicy powiem, że za rok planujemy pojechać tam z tatą Tosi).

Po wyjściu z Afrykarium rozpoczęłyśmy zwiedzanie właściwego zoo. Emocje Tosi rosły z każdą minutą, z każdym kolejnym zwierzakiem. Odważyła się nakarmić kozy i owce, pierwszy raz w życiu wsiadła na kuca, zobaczyła z bliska lwa, żubra i pływające w wodzie foki. Było pięknie! Zwiedzanie zoo zajęło nam około 4 godzin, zobaczyłyśmy niemal wszystko, Tosia dzielnie chodziła, zaglądając do kolejnych klatek i wypatrując nowych mieszkańców ogrodu. Wszystko było blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, poznańskie Nowe Zoo, które odwiedzamy niemal co roku oferuje zwierzętom dużą przestrzeń. Zwierzęta mogą się ukryć wśród drzew i krzewów, ale dzieci często nie mogą wypatrzyć czworonoga. Na Tosi wrocławskie zoo wywarło ogromne wrażenie i to jest dla mnie najważniejsze, bo to miała być atrakcja przede wszystkim dla niej.

Po opuszczeniu ogrodu zoologicznego zregenerowałyśmy siły podczas obiadu i ruszyłyśmy na rynek, jeszcze w domu opowiadałam jej o wrocławskich krasnalach, ale dopiero, kiedy je zobaczyła zrozumiała o co dokładnie mi chodziło. Wypatrywała kolejnych na okolicznych uliczkach i budynkach.
Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy, podobnie było tego dnia, nadszedł czas powrotu do domu, Wrocław żegnał nas deszczem. Wielu miejsc nie udało się odwiedzić, nieśmiało myślimy o kolejnej wycieczce do tego miasta, zawsze je lubiłam, a dzieckiem lubię je jeszcze bardziej!

 
 
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz