piątek, 31 lipca 2015

Kino z dzieckiem, czyli kosztowna rozrywka.

W ostatnim tygodniu czerwca Tosia była w kinie ze swoim przedszkolem, przyniosła stamtąd ulotkę reklamującą film Koko Smoko i co jakiś czas przebąkiwała, że chciałaby na niego pójść. Korzystając z urlopu i szukając pomysłu na to, co robić, kiedy na dworze wiatr urywa głowy postanowiłam, więc spełnić jej prośbę.

Dołączył do nas tata Tosi, na początku miał nas tylko do kina zawieźć, ale stwierdził, że też chce iść z nami na film. Tym sposobem bilety do kina kosztowały nas, uwaga (!) 58,70 zł. Skorzystaliśmy z promocji "Rodzina leci do kina", dzięki której dorosły idąc na seans z dzieckiem płaci za bilet 3 zł mniej. Oferta kusząca tak bardzo, że z trudem znaleźliśmy wolne miejsca obok siebie. Dobrze, że kina tak dbają o dzieci w czasie wakacji. Rodzice mogą bez problemu zabrać całą gromadkę do kina. Do tego jeśli latorośle miałyby ochotę w czasie filmu chrupać popcorn, jest on tak tani, że nie obciąża dodatkowo kieszeni rodzica.

Tak oczywiście nie było. Prawdą jest tylko to, że za bilety zapłaciliśmy 58,70 zł, korzystając oczywiście z promocji. W sali oprócz nas było jeszcze 7 osób, a sala była naprawdę ogromna. Winę można oczywiście zrzucić na fakt, że film nie jest reklamowany, że są wakacje i, że wybraliśmy godzinę 11. Mam jednak wrażenie, że prawda jest zupełnie inna i ludzi po prostu na taką rozrywkę nie stać. A właściciele kin zamiast obniżyć ceny biletów i pokazywać filmy przy pełnej sali wolą robić to dla kilku osób i kasować 17 zł za ulgowy bilet. Nawet grup półkolonijnych nie było... 
Mamy jedno dziecko, więc takie wyjście raz w miesiącu udałoby nam się bez problemu zorganizować, ale co mają zrobić rodzice trójki albo czwórki? Z czego zrezygnować, żeby zabrać dziecko na film? 
Jeszcze kilka słów tych nieszczęsnych, kinowych przekąskach. Mały popcorn - 13,90 zł, butelka soku 6,90 zł (wody mineralnej bez dodatków smakowych nie znalazłam), zestaw dziecięcy 20,90 zł! Jeśli rodzic też chciałby coś chrupać w czasie filmu wydać trzeba drugie tyle. Oczywiście nie są to rzeczy w kinie niezbędne, ale jeśli czytamy przy wejściu informację, że wchodzić można tylko z przekąskami i napojami kupionymi w tamtejszym barze, wypadałoby dziecku butelkę czegoś do picia kupić, a nie konspiracyjnie wyjmować z torby butelkę wody przyniesioną z domu.

Podsumowując, więc - kino z dzieckiem jak najbardziej tak. To w końcu obcowanie z kulturą, wprowadzanie dziecka w magiczny świat filmu. Trzeba jednak pamiętać, że rodziców czeka spory wydatek. 
Kina na pewno na siebie zarabiają, bo nie słyszałam o upadających sieciach, walczą więc o młodego widza i ich rodziców najtaniej, jak się da. A szkoda, bo w czasie wakacji na pewno wiele osób, choćby przy okazji zakupów w galerii handlowej, wybrałoby się na ciekawy film.




środa, 29 lipca 2015

Zoo, Afrykarium i krasnale, czyli byliśmy we Wrocławiu!

Warto było wstać o 5 rano i spędzić nieco ponad dwie godziny w pociągu. Byłam i jestem zachwycona, ale Tosia! To był jeden z bardziej wyjątkowych dni w jej życiu!

Nie ukrywałam przed nią, że jedziemy do zoo, to nie miała być niespodzianka. Może gdybyśmy jechały tam samochodem próbowałabym zachować wszystko w tajemnicy, ale ponieważ czekała nas dłuższa podróż pociągiem chciałam ją uprzedzić i przygotować. 
Droga do Wrocławia minęła szybko i bezproblemowo, jakiś czas podziwiała widoki za oknem, żeby po chwili położyć głowę na moich kolanach i zasnąć. Wyspane i zadowolone dziecko to podstawa!
Do zoo dojechałyśmy autobusem (oprócz nas jechała nim grupa osób podróżująca tym samym pociągiem). Kolejka do kasy już była (ale w porównaniu do tego, co zobaczyłyśmy wychodząc chętnych było niewielu). W poniedziałki we wrocławskim zoo można kupić bilet rodzinny (dla dwójki dorosłych i maksymalnie trójki dzieci) w niższej cenie - 80 zł, z takiego więc skorzystałyśmy. Myślę, że był to nie tylko nasz wybór, bo kasjerki same pilnowały, żeby każdy kto może taki bilet kupić, skorzystał właśnie z tej opcji.

Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od Afrykarium, czyli nowości we wrocławskim ogrodzie zoologicznym, które było głównym motywem naszej wyprawy. Trochę czasu spędziłyśmy w kolejce, bo jak się okazało w poniedziałki budynek otwierany jest o 10:30. Udało nam się wejść do środka w pierwszej grupie zwiedzających. Wrażenia trudno opisać, to coś niesamowitego i wyjątkowego. Moja mama była pod wrażeniem, ja byłam pod wrażeniem, wyobraźcie więc sobie co przeżyła Tosia i jak wielkie emocje to w niej wzbudziło. Zachwycała się rybami, bała rekina, witała się z płaszczkami i, co najważniejsze zobaczyła trzy hipopotamami. Spodobały jej się pingwiny i krokodyle.
Afrykarium robi wrażenie na dzieciach i dorosłych, jestem zadowolona, że udało nam się je zobaczyć. Na pewno przyjemniej będzie zwiedzać się je za rok, czy dwa, kiedy przestanie być nowością i kolejki staną się mniejsze (w tajemnicy powiem, że za rok planujemy pojechać tam z tatą Tosi).

Po wyjściu z Afrykarium rozpoczęłyśmy zwiedzanie właściwego zoo. Emocje Tosi rosły z każdą minutą, z każdym kolejnym zwierzakiem. Odważyła się nakarmić kozy i owce, pierwszy raz w życiu wsiadła na kuca, zobaczyła z bliska lwa, żubra i pływające w wodzie foki. Było pięknie! Zwiedzanie zoo zajęło nam około 4 godzin, zobaczyłyśmy niemal wszystko, Tosia dzielnie chodziła, zaglądając do kolejnych klatek i wypatrując nowych mieszkańców ogrodu. Wszystko było blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, poznańskie Nowe Zoo, które odwiedzamy niemal co roku oferuje zwierzętom dużą przestrzeń. Zwierzęta mogą się ukryć wśród drzew i krzewów, ale dzieci często nie mogą wypatrzyć czworonoga. Na Tosi wrocławskie zoo wywarło ogromne wrażenie i to jest dla mnie najważniejsze, bo to miała być atrakcja przede wszystkim dla niej.

Po opuszczeniu ogrodu zoologicznego zregenerowałyśmy siły podczas obiadu i ruszyłyśmy na rynek, jeszcze w domu opowiadałam jej o wrocławskich krasnalach, ale dopiero, kiedy je zobaczyła zrozumiała o co dokładnie mi chodziło. Wypatrywała kolejnych na okolicznych uliczkach i budynkach.
Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy, podobnie było tego dnia, nadszedł czas powrotu do domu, Wrocław żegnał nas deszczem. Wielu miejsc nie udało się odwiedzić, nieśmiało myślimy o kolejnej wycieczce do tego miasta, zawsze je lubiłam, a dzieckiem lubię je jeszcze bardziej!

 
 
 
 
 

piątek, 24 lipca 2015

Co będziemy robić na wakacjach? Czyli jedziemy z dzieckiem w Karkonosze!

Za 10 dni ruszamy na wakacje. Planów na te siedem dni mamy mnóstwo (czasem boję się, że może zabraknąć nam czasu na zrealizowanie wszystkich). Wiele zależy od pogody, sił, chęci i wytrwałości Tosi.

Atrakcje czekają na nas już w drodze do Karpacza. Po pierwsze - Zamek Bolków, który udało nam się zobaczyć dwa lata temu, ale nie wykluczamy, że i w tym zrobimy sobie przerwę w podróży w jego pobliżu.
Po drugie - oddalony o kilka kilometrów od Bolkowa Zamek Świny, ten podziwialiśmy dotąd jedynie z okien samochodu.
Po trzecie - Zamek Książ, Tosia na zwiedzanie jest jeszcze za mała, ale zastanawiamy się, czy nie pojechać tam, żeby choćby pospacerować po pięknym parku.
Po czwarte - Kościół Pokoju w Jaworze, wyjątkowa budowla z niesamowitą historią, do tej pory podziwialiśmy ją jedynie z zewnątrz, czas najwyższy wejść do środka i zachwycić się pięknem tej świątyni.
A kiedy już dotrzemy na miejsce, plany są następujące:
- Muzeum Zabawek, czyli coś absolutnie dla dzieci, choć gwarantuję, że żaden dorosły nie będzie się tam nudził.
Od kilku lat Muzeum mieści się w odrestaurowanym budynku dawnego dworca, na jego tyłach znaleźć można Salę Tradycji Kolejnictwa - Tosia będzie zachwycona!


- Muzeum Sportu i Turystyki, żeby bliżej poznać historię regionu.
- Lipa Sądowa, Młyn Miłości, zapora na Łomnicy, Dziki Wodospad, Krucze Skały, Kościół Wang - nie będzie czasu na nudę!


A w górach:
- Schronisko nad Łomniczką, w którym nie ma prądu, ale są przepyszne naleśniki z jagodami! Prowadzi do niego łagodnie pnący się w górę szlak wśród drzew - to idealna trasa na rozgrzewkę!
- Schronisko Samotnia - najpiękniejsze w Karkonoszach, a i może w całych polskich górach oraz położona nieco wyżej Strzecha Akademicka, szlak trudniejszy i dłuższy, ale na pewno mój ulubiony!
Dwa lata temu przeszliśmy go z Tosią w nosidle, czy w tym roku da radę na własnych nogach?


- Wodospad Szklarki i  Szrenica, czyli mała wycieczka do Szklarskiej Poręby.
- Zamek Chojnik - zdobyłam na własnych nogach mając cztery lata, zobaczymy czy Tosia odziedziczyła po mnie miłość do gór.
- Śnieżka, jeśli odważymy się na przejazd wyciągiem krzesełkowym, którym moglibyśmy wjechać na Kopę.

A w drodze powrotnej Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska i Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie.
Plany są ambitne, nawet jeśli zrealizujemy 30% z tego co przedstawiłam wyżej będę zadowolona! *Wszystkie zdjęcia pochodzą z naszych dotychczasowych wyjazdów do Karpacza.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Matka smartfonowa

Zostałam mamą trochę za wcześnie... Kiedy zostałam mamą nie miałam jeszcze smartfona, musiałam więc zadowolić się gadaniem do niemowlaka! A ze znajomymi mogłam kontaktować się dopiero po powrocie ze spaceru.

Nieważna jest ani pora, ani dzień. Poniedziałek, czy niedziela, rano albo wieczorem, siedzą na ławkach albo spacerują po okolicznych ławeczkach. MAMY. Od lat ten sam widok, mama pcha wózek, a w nim leży lub siedzi, w zależności od wieku dziecko. Z okna widzę alejkę, na ławeczkach zawsze siadały mamy lub ojcowie, też tam czasem siedzieliśmy, pamiętam nawet, że rzucałam kiedyś mężowi z balkonu książkę, bo Tosia zasnęła w wózku i nie chcieliśmy jeszcze wnosić jej do domu. Ja gotowałam obiad, on czytał. Dziś coraz mniej mam na tych ławeczkach czyta, coraz mniej mam na tych ławeczkach rozmyśla, dziś mamy zanurzają się w świecie wirtualnym. Smartfon, to obok nawilżanych chusteczek i pieluchy tetrowej to nieodłączne wyposażenie matki. Zastanawiam się co można tak długo z tym smartfonem robić, co te mamy z takim zainteresowaniem czytają albo co oglądają. Może ostatni odcinek serialu, który przegapiły, bo maluch miał kolkę albo właśnie się obudził, a może czytają wiadomości, może pytają doświadczone koleżanki czego użyć do sprania plam po marchewce? 
Niech siedzą na tych ławeczkach i robią co chcą, to ich czas, ich urlop macierzyński, ich chwila wytchnienia i odpoczynku. Ale dlaczego nie mogą oderwać się od tych smartfonów idąc?! Pchają te wózki środkiem chodnika, nie zwracając uwagi na to, że maluch zgubił czapkę, wyrzucił z wózka wszystkie zabawki, że inni ludzie idą i przejść nie mogą! Fejs fejsem, ale rozum rozumem i bezpieczeństwo bezpieczeństwem! Potem rozpacz, bo ukochany miś zaginął, bo trzeba nowy sweterek kupić, bo pięć smoczków zginęło w ciągu tygodnia!
Nie chcę nikogo krytykować, każdy żyje jak chce, jego sprawa, ale zwróćmy czasem uwagę na nasze dzieci, bo jesteśmy dla nich wzorem i całym światem. Za kilka lat brzdąc rzuci nam zdawkową odpowiedź i zajmie się własnym smartfonem albo tabletem i co wtedy, my rodzice powiemy?! :)

poniedziałek, 13 lipca 2015

Bilet na pociąg przez Internet (PKP Intercity)

Już niedługo wybieramy się na wycieczkę do Wrocławia. Naszym celem jest zoo, a środkiem transportu - pociąg. A jak pociąg, to i bilet będzie potrzebny!

Pociąg obcy nam nie jest, parowóz, elf, jednostka - te Tosia zna na wyrywki i w środku nocy, siódemę dziadka od spalinówki odróżni. Do tej pory podróżowałyśmy jednak Przewozami Regionalnymi na odcinkach do 60 km, 27 lipca ruszymy w ponad dwugodzinną podróż Intercity. Kilka razy zastanawiałam się nad kupnem biletu przez internet, ale ponieważ nasze podróże nigdy nie były dalekie i tak dokładnie planowane, rezygnowałam i kupowałam bilet na dworcu, a stronę PKP traktowałam jedynie jako źródło rozkładu jazdy. I tym razem niewiele brakowało żebym porzuciła ten pomysł i podreptała do kasy. Co prawda kupując bilet wcześniej można liczyć na zniżkę, ale są kwestie, które do zakupu biletu w ten sposób (zwłaszcza z dzieckiem poniżej 4 lat, które mimo tego, że nie płacą za bilet muszą go posiadać) mogą skutecznie zniechęcić do kupowania w sieci.
 


Cel był następujący - kupić bilety dla trzech osób, dla mnie, dla Tosi oraz dla mojej mamy. Nie było dla mnie zaskoczeniem, że najpierw muszę kupić bilet dla siebie, a potem dokupić bezpłatny dla Tosi zaznaczając, że ma być obok wykupionego wcześniej miejsca dla mnie. Nie było, bo wcześniej o tym wiedziałam, ale wcale się nie dziwię osobom, które w tej chwili zrezygnowałyby z zakupu i poszły do kasy. Kupiłam, więc najpierw bilet dla siebie, chciałam też w ramach jednej płatności kupic bilet dla mamy. Wszystko byłoby łatwe i proste, gdyby nie fakt, że mama jest emerytką i to niestety emerytką kolejową, więc posiada dodatkowe zniżki, których jak się okazało łączyć nie można. 


Kupiłam, więc najpierw bilet dla siebie, potem dla Tosi, bo założyłam, że jej bardziej będzie zależeć na miejscu w tym samym przedziale co ja, niż mojej mamie i na końcu bilet dla mamy. Miejsca są w tym samym wagonie, przedziale, nawet obok siebie ;) Udało się, ale...

Naprawdę nie rozumiem dlaczego musi to tak wyglądać. Kupowałam bilety dwa tygodnie przed wyjazdem, jest więc bardzo duże prawdopodobieństwo, że uda się kupić miejsca obok siebie, ale gdybym miała kupować na ostatnią chwilę wybrałabym pewnie kasę. Wszystko musi się dotrzeć, zniżek do wyboru cały czas przybywa, bo jeszcze kilka miesięcy temu biletu dla mamy nie kupiłabym na stronie internetowej. Wierzę, więc, że już niedługo bezpłatny bilet dla dziecka również będzie można kupić razem ze swoim, taką opcję mają Przewozy Regionalne, więc nie jest to niewykonalne. 



piątek, 10 lipca 2015

10 lipca 2010 - kilka słów po pięciu latach małżeństwa

Minęło jak jeden dzień, dokładnie pięć lat temu wyszłam za mąż... Jak jeden dzień to oczywiście gruba przesada, ale trudno mi uwierzyć, że to już, że dziś obchodzimy pierwszą taką prawie okrągłą rocznicę.

Małżeństwo sobie chwalę, a i w dniu ślubu, z perspektywy tych pięciu lat niczego nie chciałabym zmienić. Wszystko było tak, jak chcieliśmy, kościół, goście, restauracja, suknia, fotograf, kwiaty, makijaż, fryzura, samochód, prezenty, nawet pogoda dopisała. Z przyjemnością wracam do zdjęć z tamtego dnia, oglądam je i wiem, że to był nasz dzień, w pełni zaplanowany i zrealizowany zgodnie z naszymi marzeniami. Nawet po tych pięciu latach, kiedy wspomnienia powoli się zacierają, naszym gościom zdarza się powiedzieć, że na naszym ślubie było naprawdę pięknie. Czego chcieć więcej? Zadowoleni goście i zadowolona młoda para to chyba najlepszy dowód na to, że był to dzień idealny!

Wypadałoby jeszcze napisać jakieś podsumowanie tych pierwszych pięciu lat. Ale co tu napisać? Życie jeszcze przed nami! Pięć lat to dopiero początek, to pierwsze, ale niezwykle ważne wybory, dziecko, mieszkanie (kolejność dowolna, bo wydarzyło się to niemal jednocześnie) to dwie najważniejsze decyzje, które podjęliśmy od 10 lipca 2010 roku. Obie świadome i przemyślane, z żadnej z nich nie chcielibyśmy się wycofać albo podjąć w innym momencie. Oprócz tego mnóstwo małych zmian i wyborów, koloru ścian, idealnego miejsca na wakacje, weekendowej wycieczki albo niedzielnego obiadu. Z jednej strony codzienność nas przytłacza i ogranicza, praca, przedszkole, dom, czasem brakuje chwili wytchnienia, ale maksymalnie staramy się wykorzystywać soboty i niedziele na to, żeby po prostu pobyć ze sobą we dwoje albo we troje. I jest nam dobrze! 
10 lipca 2010 to był piękny dzień, a wszystkie po nim są równie wyjątkowe!!!







 

zdjęcia (najlepszy z najlepszych) Arek Zaremba

piątek, 3 lipca 2015

Mama trochę zmęczona...


Przyszło lato, przyszły upały, a ja ze smutkiem spoglądam za okno i jakoś tak... nic mi się nie chce.

Wyglądam urlopu jak zbawienia. Potrzebuję czasu dla dziecka, od poniedziałku do piątku mam go niewiele, w weekendy jest go znacznie więcej, ale zawsze za mało. Tęsknię i myślę o tym, co mogłybyśmy robić w tej chwili, gdybym tylko była w domu i zazdroszczę mężowi, który codziennie odbiera ją z przedszkola. 
Wracam do domu, jem szybki obiad i gnam z nią na plac zabaw, pół godziny zabawy i trzeba wracać, bo nadchodzi czas kąpieli i zasypiania, a następnego dnia wczesna pobudka, przedszkole i tak dalej... 
Snuję plany na urlop, na tydzień, który spędzimy w domu, snuję plany na kolejne weekendy, chcę wykorzystać piękną pogodę i wolne dni. Spędzimy trochę czasu same, trochę z tatą, a babcię planujemy zabrać na wycieczkę do Wrocławia. Potem tydzień w górach, naładujemy akumulatory, trochę się zmęczymy, zobaczymy dla nas stare, a dla Tosi nowe miejsca (była tam dwa lata temu, ale pewnie nic nie pamięta). Będziemy jeść najpyszniejsze lody świata i frytki w barze "na górce". Takie małe wakacyjne grzeszki.
W czasie czerwcowego długiego weekendu udało nam się odwiedzić poznańskie zoo, było wspaniale, Tosia zaskoczyła nas niesamowicie, bo całe (!) przeszła na własnych nogach, ani przez chwilę nie narzekała, że nie chce jej się iść dalej, że bolą ją nogi, kilka dni później poszliśmy na naprawdę długi spacer po okolicy, wracając mąż zaproponował, że ją poniesie, była na pewno zmęczona, ale odmówiła, twierdząc, że jest już duża i nie trzeba jej nosić. Co będzie w górach? Okaże się... Wierzę jednak, że wakacje będą udane. Nigdzie nie będziemy się spieszyć, na wszystko będziemy mieli czas... To już niedługo, odliczam dni i żyję planami! I wspomnieniami pierwszych prawdziwie letnich dni :)