sobota, 23 sierpnia 2014

Jak to Tosia na świat przychodziła...

Wczoraj wieczorem uzupełniałam album Tosi, który tworzę od dnia jej narodzin, miał wystarczyć do dnia, w którym skończy trzy lata i sądzę, że tak właśnie będzie (zostały już tylko dwie strony). Przeglądałam kolejne fotografie naszej kruszyny i dziwiłam się, jak to się stało, że jest już taaaka duża! A dopiero co ze zdumieniem odkryłam, że właśnie zaczynam rodzić! Tak, ja tym faktem byłam zaskoczona. Tak jakbym wcale nie była w ciąży. Bo niby dlaczego, jako pierwsza ze swoich koleżanek miałam urodzić przed terminem?! I to całe dwa tygodnie?! I, dlaczego, to właśnie ja, jako pierwsza miałam gnać do szpitala z domu, a nie być tam od jakiegoś czasu i spokojnie lub nie oczekiwać narodzin dziecka?! A jednak tak właśnie się stało i w poniedziałek 12 września 2011 roku obudziłam męża i oznajmiłam, że odeszły mi wody i chyba czas jechać. Dopakowałam więc torbę, którą mąż, mający najwidoczniej jakieś przeczucie, kazał mi spakować dzień wcześniej. O, tak! Moja torba do szpitala nie leżała w domu od 30 tc, pojawiła się w 38+1 tc, poleżała kilka godzin w korytarzu i już gnała do szpitala. Na izbie przyjęć wszystko poszło szybko i sprawnie, no, i w drogę na porodówkę. Ruch był tego dnia straszny, trafiliśmy najpierw na godzinę do sali zabiegowej, bo na żadnej porodowej nie było jeszcze/już miejsca. KTG, milion pytań, leżę i czekam, a mąż mi dzielnie towarzyszy. przenieśli nas w końcu na salę słonecznikową (a kto mnie zna, wie, że słoneczniki kocham i na tę właśnie salę chciałam trafić)! Dostałam kroplówkę, żeby wszystko przyspieszyć i tak do 13:10, kiedy to na salę wszedł inny lekarz (do tej pory zajmowała się mną  młoda lekarka), zbadał mnie, zrobił niezadowoloną minę, druga lekarka, która cały czas była z nami zaczęła się tłumaczyć, że ona nic nie widziała... lekarz wyszedł, zostaliśmy z nią i pytamy co się dzieje. usłyszeliśmy tylko, że mała jest owinięta pępowiną i będzie cesarka... Dalej niewiele pamiętam, bo wszystko działo się w zastraszającym tempie, ale mąż pamięta i widzę, że mimo trzech lat, które minęły wszystko w nim siedzi... Na szczęście akcja poród zakończyła się dobrze. 
O 13:58 na świat przyszła Tosia, ważyła 2740 g, mierzyła 50 cm. Kruszynka, najmniejsze dziecko spośród dzieci naszych znajomych i rodziny. To mąż widział ją pierwszy, ja po wybudzeniu z narkozy musiałam jeszcze trochę poczekać i zadowolić się zdjęciem. Na szczęście długo czekać nie musiałam i wreszcie mogłam zobaczyć Tosiaka. Bez najmniejszego problemu dostała się do "bufetu" - jesteśmy najlepszym przykładem tego, że po cc można z powodzeniem karmić piersią. Bo tak jak wiele osób mówi, wszystko siedzi w głowie, my mieliśmy w domu jedną butelkę, tak byłam przekonana, że mm nie będzie nam potrzebne.
Powrót do domu nie był jednak tak prędki jakbym chciała. Następnego dnia dowiedziałam się, że po cc muszę spędzić w szpitalu sześć nocy, dwa dni później okazało się, że Tosia ma żółtaczkę, a w piątek, zdiagnozowano zapalenie płuc i jej pobyt w szpitalu miał się wydłużyć o kolejny tydzień. Wróciłam do domu w niedzielę, zostawiając tam dziecko. I tak zaczęły się dwa niezwykle męczące tygodnie. Spędzałam w szpitalu tyle czasu ile mogłam, wracaliśmy do domu, w którym stało łóżeczko i zastanawialiśmy się jak to będzie, kiedy Tosiek zamieszka z nami. Pierwszy, kontrolny rentgen wykonany tydzień po diagnozie, czyli 23 września, wykazał poprawę, jednak nie w takim stopniu, żebyśmy mogli zabrać ją do domu. W tym momencie mój organizm odmówił posłuszeństwa i kolejny tydzień spędziłam w domu lecząc zapalenie gardła. Niemal tydzień nie widziałam Tosi i tak samo długo jej nie karmiłam, ściągałam mleko w domu i wylewałam do zlewu, bo nie było sensu trzymać takich ilości. Zastanawiałam się, czy po powrocie do domu, Tosia nie będzie wolała butelki. Na szczęście, dziecko wybrało matczyny pokarm, w zasadzie nawet nie zauważyła braku butelki - jedzenie, bez względu na to jak podane, okazało się sensem samo w sobie. Długo wyczekiwany powrót do domu nastąpił 30 września (pięć dni po przewidywanym terminie porodu i dzień przed datą, którą ja przewidywałam, czyli 1 października). Odebraliśmy już całkiem odchowane, niemal trzytygodniowe dziecko - dziwne uczucie, ale najważniejsze, że byliśmy już w domu, wszyscy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz