środa, 27 sierpnia 2014

Pierwsza noc poza domem

Ten dzień, a właściwie ta noc coraz bliżej. Broniłam się, jak mogłam. Tak, jestem z tych matek, którym rozstanie z dzieckiem to koszmar. Niemniej mam już za sobą dwie delegacje, jakoś przeżyłam. Ale wysłać Tosię na noc, a sama zostać w domu? O, nie, takiej opcji nie dopuszczałam do siebie. Nie mieliśmy też takiej potrzeby, w tygodniu spędzamy we troje bardzo mało czasu, soboty i niedziele są dla naszej trójki. Wśród rodziny i znajomych mamy już niemal wyłącznie małżeństwa, więc wesela, przynajmniej na razie, odeszły w zapomnienie. Wakacje - tylko z dzieckiem, tak robili nasi rodzice, tak samo robimy my. Przede wszystkim jednak nie czuliśmy się gotowi zostawić Tosi na noc w innym domu. I nie było takiej potrzeby. Aż do teraz...
Co wpłynęło na zmianę mojej decyzji? Planowane dla Tosi przyjęcie urodzinowe, chcę zobaczyć w jej oczach totalne zaskoczenie i absolutny zachwyt. Dlatego noc z 19 na 20 września, nasza, już wtedy trzylatka spędzi u dziadków. Mam nadzieję, że dam radę, bo w to, że dla Tosi będzie to świetna przygoda. Zakładam, że nie będę miała czasu myśleć, bo tak pochłoną mnie przygotowania. Grunt to dobrze ją spakować, już sama świadomość tego, że ma wszystko, co może być jej potrzebne powinna mnie uspokoić:)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Pożegnanie lata...

Tegoroczne lato było wyjątkowo intensywne. Świadoma tego, że Tosia jest coraz starsza i coraz więcej rzeczy ją interesuje lub zajmuje jej uwagę, postanowiłam zapewnić jej jak najwięcej atrakcji. Oczywiście na tyle, na ile może to zrobić matka/ojciec pracujący zawodowo. Pogoda dopisywała, choć momentami było nawet zbyt gorąco. Pierwszy tydzień mojego urlopu, a jednocześnie drugi tydzień rekonwalescencji Tosinkowego taty był chyba najintensywniejszym z tych, które do tej pory miałam okazje przeżyć jako mama. W zasadzie w domu tylko spałyśmy, wychodziłyśmy rano, wracałyśmy wieczorem. Czas spędzony nad morzem był równie atrakcyjny dla Tosi. Nie ukrywam, że dodatkowy dzień wolnego, który postanowiłam wziąć był pierwszym, w którym nie musiałam nic robić. Tosia poszła do przedszkola, a ja nadrabiałam zaległości.
Podsumowując - tegoroczne lato było naprawdę udane.
A teraz, choć w kalendarzu nadal lato, pogoda już jesienna, chłodne poranki, słoneczne, ale już nie tak ciepłe dni... Trochę deszczu, poranne dylematy w co się ubrać i w co ubrać dziecko, żeby do 15 nie było jej ani za ciepło, ani za chłodno... Na to jak inni ubierają swoje dzieci staram się nie zwracać uwagi, bo żadna to dla mnie podpowiedź - w piątek widziałam kilkulatki w zimowych kurtkach i czapkach, dziś, przy podobnej aurze - niemowlaka w body z krótkim rękawem. 
Jakie mamy plany na jesień? W najbliższą niedzielę chcemy wybrać się do lasu, który znajduje się tuż obok naszego domu, we wrześniu, po wizycie u alergologa (a ta już 19 września) odwiedzimy pewnie zoo, a jeśli wszystko ułoży się zgodnie z planem, na połowę października zaplanowaliśmy wyjazd do Wrocławia. 
Oby jesień była złota!!!

sobota, 23 sierpnia 2014

Jak to Tosia na świat przychodziła...

Wczoraj wieczorem uzupełniałam album Tosi, który tworzę od dnia jej narodzin, miał wystarczyć do dnia, w którym skończy trzy lata i sądzę, że tak właśnie będzie (zostały już tylko dwie strony). Przeglądałam kolejne fotografie naszej kruszyny i dziwiłam się, jak to się stało, że jest już taaaka duża! A dopiero co ze zdumieniem odkryłam, że właśnie zaczynam rodzić! Tak, ja tym faktem byłam zaskoczona. Tak jakbym wcale nie była w ciąży. Bo niby dlaczego, jako pierwsza ze swoich koleżanek miałam urodzić przed terminem?! I to całe dwa tygodnie?! I, dlaczego, to właśnie ja, jako pierwsza miałam gnać do szpitala z domu, a nie być tam od jakiegoś czasu i spokojnie lub nie oczekiwać narodzin dziecka?! A jednak tak właśnie się stało i w poniedziałek 12 września 2011 roku obudziłam męża i oznajmiłam, że odeszły mi wody i chyba czas jechać. Dopakowałam więc torbę, którą mąż, mający najwidoczniej jakieś przeczucie, kazał mi spakować dzień wcześniej. O, tak! Moja torba do szpitala nie leżała w domu od 30 tc, pojawiła się w 38+1 tc, poleżała kilka godzin w korytarzu i już gnała do szpitala. Na izbie przyjęć wszystko poszło szybko i sprawnie, no, i w drogę na porodówkę. Ruch był tego dnia straszny, trafiliśmy najpierw na godzinę do sali zabiegowej, bo na żadnej porodowej nie było jeszcze/już miejsca. KTG, milion pytań, leżę i czekam, a mąż mi dzielnie towarzyszy. przenieśli nas w końcu na salę słonecznikową (a kto mnie zna, wie, że słoneczniki kocham i na tę właśnie salę chciałam trafić)! Dostałam kroplówkę, żeby wszystko przyspieszyć i tak do 13:10, kiedy to na salę wszedł inny lekarz (do tej pory zajmowała się mną  młoda lekarka), zbadał mnie, zrobił niezadowoloną minę, druga lekarka, która cały czas była z nami zaczęła się tłumaczyć, że ona nic nie widziała... lekarz wyszedł, zostaliśmy z nią i pytamy co się dzieje. usłyszeliśmy tylko, że mała jest owinięta pępowiną i będzie cesarka... Dalej niewiele pamiętam, bo wszystko działo się w zastraszającym tempie, ale mąż pamięta i widzę, że mimo trzech lat, które minęły wszystko w nim siedzi... Na szczęście akcja poród zakończyła się dobrze. 
O 13:58 na świat przyszła Tosia, ważyła 2740 g, mierzyła 50 cm. Kruszynka, najmniejsze dziecko spośród dzieci naszych znajomych i rodziny. To mąż widział ją pierwszy, ja po wybudzeniu z narkozy musiałam jeszcze trochę poczekać i zadowolić się zdjęciem. Na szczęście długo czekać nie musiałam i wreszcie mogłam zobaczyć Tosiaka. Bez najmniejszego problemu dostała się do "bufetu" - jesteśmy najlepszym przykładem tego, że po cc można z powodzeniem karmić piersią. Bo tak jak wiele osób mówi, wszystko siedzi w głowie, my mieliśmy w domu jedną butelkę, tak byłam przekonana, że mm nie będzie nam potrzebne.
Powrót do domu nie był jednak tak prędki jakbym chciała. Następnego dnia dowiedziałam się, że po cc muszę spędzić w szpitalu sześć nocy, dwa dni później okazało się, że Tosia ma żółtaczkę, a w piątek, zdiagnozowano zapalenie płuc i jej pobyt w szpitalu miał się wydłużyć o kolejny tydzień. Wróciłam do domu w niedzielę, zostawiając tam dziecko. I tak zaczęły się dwa niezwykle męczące tygodnie. Spędzałam w szpitalu tyle czasu ile mogłam, wracaliśmy do domu, w którym stało łóżeczko i zastanawialiśmy się jak to będzie, kiedy Tosiek zamieszka z nami. Pierwszy, kontrolny rentgen wykonany tydzień po diagnozie, czyli 23 września, wykazał poprawę, jednak nie w takim stopniu, żebyśmy mogli zabrać ją do domu. W tym momencie mój organizm odmówił posłuszeństwa i kolejny tydzień spędziłam w domu lecząc zapalenie gardła. Niemal tydzień nie widziałam Tosi i tak samo długo jej nie karmiłam, ściągałam mleko w domu i wylewałam do zlewu, bo nie było sensu trzymać takich ilości. Zastanawiałam się, czy po powrocie do domu, Tosia nie będzie wolała butelki. Na szczęście, dziecko wybrało matczyny pokarm, w zasadzie nawet nie zauważyła braku butelki - jedzenie, bez względu na to jak podane, okazało się sensem samo w sobie. Długo wyczekiwany powrót do domu nastąpił 30 września (pięć dni po przewidywanym terminie porodu i dzień przed datą, którą ja przewidywałam, czyli 1 października). Odebraliśmy już całkiem odchowane, niemal trzytygodniowe dziecko - dziwne uczucie, ale najważniejsze, że byliśmy już w domu, wszyscy!

czwartek, 21 sierpnia 2014

inspiracje urodzinowe

Do tej pory to my decydowaliśmy o tym jak będą wyglądały urodziny Tosi. Wybieraliśmy tort, serwetki i talerzyki. Tort na roczek wyglądał tak: 
Na drugich rządziła ekipa z Klubu Myszki Miki.


Myślałam, że w tym roku przyjęcie zdominuje Peppa, ewentualnie Tomek z przyjaciółmi. Jednak nie. Tosia zażyczyła sobie urodziny z Myszką Minnie. Nasz klient, nasz pan, to jej pierwsze tak świadome urodziny, chcemy więc, żeby były wyjątkowe i wymarzone.

Przeglądam Internet w poszukiwaniu inspiracji i kilka pomysłów już mam.
Przede wszystkim tort


Cały czas zastanawiam się, czy zamawiać go w cukierni, czy robić samodzielnie. Piec umiem i lubię, z dekorowaniem jestem nieco bardziej na bakier. Poza tym do tej pory obiecywałam sobie, że Tosia na urodziny będzie miała kupny tort, dokładnie taki jak sobie wymarzy. Problem tkwi w tym, że cukiernia, w której zamawialiśmy do tej pory, przeniosła się w inne miejsce i nie mamy do niej już tak blisko. Dlatego musimy szukać nowej. 
Do tortu dołączy zapewne domowa szarlotka (w końcu cała Polska je jabłka), jeśli czas pozwoli moja specjalność, czyli sernik i babeczki (w końcu to przyjęcie dla dziecka)

Co roku na przyjęciu urodzinowym nie brakowało balonów, teraz będzie podobnie, z jedną małą różnicą. Tosia marzy o balonie napełnianym helem, męczyła nas o niego cały pobyt nad morzem, ale wiedząc, że będziemy musieli wracać z nim kilkaset kilometrów, obiecaliśmy sobie, że dostanie takowy na urodziny. Najpewniej z Minnie. Do tego tradycyjne i tutaj wybór dość spory, w grochy, z Minnie, z Minnie i Daisy, i gładkie - jest w czym wybierać.







Myślę również nad girlandą do której będzie można przyczepić zdjęcia z dotychczasowych trzydziestu sześciu miesięcy życia Tosi. Planuję zacząć ją robić już niedługo, bo nie wiem ile zajmie mi to czasu i ile czasu tak naprawdę będę mogła na to poświęcić.
Czy zdecydujemy się na papierowe talerzyki i kubki jeszcze nie wiem. Do tej pory papierowe talerzyki były zawsze, w tym roku myśleliśmy o normalnych, ale to jest jeszcze w fazie dyskusji. Będę szukać na pewno tematycznych serwetek, bo tych nigdy za wiele :)

Jest jeszcze jedna rzecz, o której Tosia marzy na swoich urodzinach, czyli urodzinowe czapeczki, tych dopomina się przy każdym wspomnieniu o wielkim dniu.

Te klasyczne przekonują mnie bardziej, więc pewnie przy nich zostanę.

Teraz decyduje Tosia i chcę, żeby zapamiętała te urodziny na minimum 365 następnych dni. Po szybkich obliczeniach, dwa tygodnie urlopu i będzie tak jakbym chciała :)


A jak na wszystko wystarczy czasu, to może pokuszę się jeszcze o sukienkę dla Jubilatki, inspirację czerpiąc stąd Królicza Chata.

środa, 20 sierpnia 2014

Must have na jesień/zimę

Lato jeszcze trwa, ale w sklepach pojawiają się już ubrania z jesienno-zimowych kolekcji. Mam już absolutne hity, które muszę kupić. Ponieważ dużą część rzeczy czeka w szafie, bo kupiona została na wyprzedażach zimą 2014 (są w tej wyprawce między innymi dwie zimowe kurtki - narciarska i taka na wielkie wyjścia, spodnie narciarskie, trochę jeansów, swetry i bluzy oraz koszulki z długim rękawem), teraz mogę pozwolić sobie na kupowanie rzeczy extra. Trzeba będzie również rozejrzeć się za zimowymi butami, ma dwie pary jesiennych (jedną, ze skóry udało się kupić w Smyku za 39 zł). 
Oto te, które chciałabym, żeby znalazły się w Tośkowej szafie:

sukienka H&M, 59,90 zł
sukienka H&M 59,90 zł

sukienka H&M, 59,90 zł
Wybór sukienki/sukienek będzie trudny - wszystkie piękne :)

C&A 37,90 zł, bardzo rzadko kupuję tam ubrania, ale sukienka wydaje się ładna, zobaczymy jak prezentuje się na żywo.



Sukienka Cool Club 69,99 zł. Od jakiegoś czasu to mój/Tosi ulubiony krój sukienek.


Tosia ma w swojej szafie bardzo elegancką sukienkę kupioną rok temu z małym zapasem, więc nadal jest jej dobra, ale tę pewnie też kupimy. Cool Club 79,99 zł
sukienka Zara 59,90 zł
(tylko do rozmiaru 98, więc muszę zobaczyć, czy będzie pasować)

Oto wielkie marzenie Tosi:
kurtka/bluza H&M 69,90 zł, po obejrzeniu w sklepie bluza zniknęła z listy.
Jakość absolutnie nie odpowiada cenie.

 czapka H&M 24,90 zł - kupiona :)

czapka H&M 24,90 zł
Rękawiczki H&M 9,90 zł, ale nie wiem czy Tosia nie ma za małych dłoni,
rok temu nosiła rękawiczki w rozmiarze 74/80.
 botki H&M, 59,90 zł
(może i nieco bardziej chłopięce, ale myślę, że do legginsów i grubych rajstop będą idealne)

 baleriny H&M, 29,90 zł

długa bluza/sweter 5.10.15, 49,90 zł



bluza Reserved 59,99 zł - poczekamy do wyprzedaży/promocji,
ładna, ale nie aż tak, żeby kosztowała 60 zł :)
Koszulka Zara, 35,90 zł
Koszulka Zara 45,90 zł


Koszulka Cool Club, 19,99 zł

Koszulka Cool Club, 24,99 zł
Legginsy C&A, 29,99 zł
 Dwupak rajstop H&M, 39,90 zł
(uwielbiam ich rajstopy, mimo prania, intensywnego użytkowania, nadal wyglądają pięknie)
 Dwupak rajstop H&M 39,90 zł
 Rajstopy H&M, 29,90 zł

Na pewno nie kupię wszystkiego, z wieloma rzeczami wstrzymam się do wyprzedaży, ale coś z tego wybiorę. Sukienkę chciałam kupić na początek jedną, ale po rezygnacji z bluzy może zdecydujemy się na dwie.
Doskonale widać, że choć latem unikałyśmy sukienek, jesienią i zimą stają się podstawowym elementem garderoby. Lubię je przede wszystkim dlatego, że łatwo przy trzaskającym mrozie wciągnąć spodnie na rajstopy i śmignąć na spacer.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Jak go nie kochać, czyli nowe koszulki w Endo...

Czekałam na nową kolekcję Endo. Na razie są tylko koszulki, ale za to jakie!!!



I już mam problem z wyborem, a to dopiero początek nowej kolekcji!
Pozostałe możecie obejrzeć tutaj dla dziewczynki

czwartek, 14 sierpnia 2014

Czy to wstyd kupować dziecku ubrania w Lidlu?

Na jednym z blogów wpadła mi w oko dyskusja dotycząca ubrań z Lidla. Kupować, czy nie? Obciach, czy dobra jakość? W Lidlu/Biedronce kupuje się z braku pieniędzy, czy dlatego, że i tam można trafić na perełki? Akurat w Biedronce zdarzyło mi się kupić jedynie dwie pary rajstop, ale z Lupilu, czyli odzieżą dziecięcą z Lidla mamy stały i intensywny kontakt.
Oto nasza historia:) W grudniu 2013, kiedy już wiedzieliśmy, że Tosia od marca będzie przedszkolakiem rozpoczęliśmy kompletowanie wyprawki. Najważniejszą jej częścią miały stać się legginsy, których dotąd nie było w jej garderobie niemal wcale, oprócz dwóch par, właśnie z Lidla. Kupiłam, więc cztery kolejne pary, w Reserved i 5.10.15. Kosztowały dużo więcej niż te z Lidla, miałam oczywiście dużo większy wybór wzorów i kolorów. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy po pierwszych dwóch praniach spodnie straciły fason, wisiały w kroku, jakby miała się tam zmieścić przepełniona pielucha, a w zakończenia nogawek udałoby się włożyć dwie nogi... Biega teraz w tych firmówkach w domu lub na placu zabaw, do przedszkola założyć się ich nie da. Co innego legginsy z H&M, te trzymają się idealnie (cena dwupaku 29,90 zł, więc jedna para kosztuje ok. 15 zł, ale większe rozmiary to już wydatek ok. 25-40 zł na jedną parę). Wracam jednak do Lidla i dwóch par kupionych we wrześniu, z myślą o jesiennych dniach w żłobku. 

Im nie zaszkodziło pranie, bieganie, brudzenie. Są stylizowane na bryczesy, wykonane z dobrej jakości materiału. Jestem z nich tak zadowolona, że kiedy znowu pojawiły się w Lidlu w tym roku kupiłam dwie kolejne pary, blady róż i czarne (tym razem pakowane pojedynczo). Czekają na zimę, bo na razie są trochę za duże. Mam nadzieję, że będą sprawować się równie dobrze. 
Uwielbiamy również piżamy z Lidla, krótkie - tylko stamtąd, długie ze Smyka i Reserved. Do żadnych nie mam zastrzeżeń, ale te pierwsze są dużo tańsze. 
Pamiętam, że kiedy Tosia była mała miała z Lidla kilka bodziaków, a ja nie miałam do nich zastrzeżeń, trafił się również dresik, sukienka, a razem z pierwszymi legginsami także tunika i kilka koszulek z długim i krótkim rękawem. Nawet bieliznę miała z Lidla ;) Spodnie narciarskie, które nosiła przez dwie ostatnie zimy, również miały metkę Lupilu. Mimo noszenia ubrań z dyskontu rośnie normalnie, rozwija się prawidłowo, jest pogodnym i szczęśliwym dzieckiem. Może nie jest to Next ani Zara, ale stara się nie protestować i uszanować fakt, że mamie akurat bluzka z Lidla się spodobała.
Wiele znajomych mam ubiera swoje dzieci w rzeczy Lupilu, żadna nie widzi w tym nic złego, wszystkie podkreślają doskonałą jakość ubrań za bardzo niską cenę. Niektóre narzekają tylko na fakt, że duża część przedszkola ma takie same ubrania ;)