piątek, 24 lutego 2017

Góry nasza miłość. "Na Giewont się patrzy" (Oficyna Wydawnicza Oryginały)

Książki wydawane przez Oficynę Wydawniczą Oryginały zawsze mnie wzruszają. Wynika to z faktu, że opowiadają one o czasach, które bezpowrotnie mijają razem z ludźmi, którzy są tych książek bohaterami. Tym razem autorki znakomitych Zeszytów Bananowych zabierają czytelników w Taty. Nie są to jednak Tatry jakie znamy z wakacyjnych wojaży, ale Tatry sprzed kilkudziesięciu lat, Tatry z pierwszej połowy XX wieku.

Nie było wtedy tłumów na Krupówkach, żyło się inaczej, wolniej. Miejscowi niekoniecznie zajmowali się goszczeniem turystów. Było inaczej, ale równie ciekawie.
Na Skalnym Podhalu, w miejscu magicznym,
gdzie jest wspaniały widok na Giewont,
tradycje są wyjątkowo silne,
a klimat nigdy nie rozpieszczał swoich mieszkańców,
najstarsi górale otworzyli przed nami 
swoje domu i serca.
Tymi słowami zachęcają czytelników do lektury autorki książki Barbara Caillot Dubus i Aleksanda Karkowska. A czytelnik w tej książce się zatraca i całym sobą chłonie niezwykły świat, którego już nie ma. Bo nie ma dzieci, których mamy chodzą do Zakopanego, żeby sprzedać masło, śmietanę, a na plecach niosą dziesięć litrów mleka. Nie ma dzieci, które idą pieszo siedem kilometrów do kościoła, w którym mają przystąpić do Pierwszej Komunii. Nie ma dzieci wyłapujących z nor świstaki, żeby ich tłuszczem leczyć rany i choroby.
Są za to uśmiechnięci starsi ludzie w ciepłych swetrach albo tradycyjnych strojach razem ze swoimi historiami i wspomnieniami. To oni opowiadają czytelnikom o swoim dzieciństwie. Często biednym, ale bardzo szczęśliwym. Po wodę chodzili do studni. Szedł ten, kto akurat nie miał żadnej pracy, bo kiedyś każdy miał jakieś obowiązki i musiał, bez względu na wiek, pomagać w domu. W domach była tylko jedna izba, w której spała cała rodzina, a zimą również zwierzęta. A imiona dzieciom często wybierał ksiądz proboszcz, który miał chrzcić dziecko. Ksiądz był uparty i jak sobie namyślił, tak dziecko chrzcił. Nie chciał Janina, ale Joanna. Gadali mi, że Joasia to pańskie imię. Kiedy przychodziła pora wypasu owiec trzeba było udać się z nimi na halę. Niektórzy w szałasie spędzali całe lato. Tam nie było czasu na odpoczynek i podziwianie górskich widoków, trzeba było doić, paść, a w nocy pilnować, żeby owiec nie zaatakował niedźwiedź. A kiedy kończyło się lato trzeba było wrócić do szkoły, ale nie wszystkie dzieci chodziły tam regularnie.

We wrześniu ławki były puste, bo jak nie na pastwisku byli,
to ziemniaki kopali.

Tyle do szkoły chodziłem, co mnie posyłali. Mama kazała mi zanieść masło czy ziemniaki,
żeby nauczycielka odfajkowała, że chodzę. Zawsze chciałem się uczyć, ale nie miałem możności.
Musiałem poagać. Dopiero po wojnie wyciągałem po kryjomu braciom młodszym 
zeszyty i się uczyłem rachunków.

Podobnych opowieści jest w książce wiele. Czyta się je z ogromnym zainteresowaniem i z rosnącym zachwytem. Ja na początku przeskakiwałam między stronami, czytałam następne historie w zupełnie przypadkowej kolejności. Potem przeczytałam całość "od deski do deski". 

Tatry i Zakopane to dla Tosi kraina mityczna. Co roku obiecujemy sobie, że spędzimy tam wakacje, a potem rezygnujemy na rzecz jakiejś bliższej lokalizacji. Tymczasem każde wakacje spędzają tam dziadkowie Tosi, którzy po powrocie kuszą ją opowieściami o ty, jak wiele atrakcji i pięknych widoków czeka na miejscu. Będziemy musieli (a tak naprawdę bardzo chcemy) tam pojechać. Na Giewont się patrzy tylko wzmogło to pragnienie! Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy kochają Tatry i dla tych, którzy jeszcze nie odkryli ich piękna. Ta książka wzbudza i rozbudza miłość do gór, do ludzi, którzy tam mieszkają i do świata, który znika bezpowrotnie. Na szczęście są tacy, którzy próbują go ocalić i zamknąć w książkach. Doceniamy i chłoniemy podhalańskie piękno. Zachwyćcie się nim razem z nami.








Na Giewont się patrzy
Barbara Caillo Dubus 
Aleksandra Karkowska