Plecak dla czwartoklasisty. Znowu stawiamy na TOPGAL!

Trzy lata temu staliśmy przed wyborem plecaka dla Tosi. Przynajmniej rok wcześniej wiedziałam, że wybierzemy plecak lub tornister z firmy Topgal. Opowiedziała mi o niej koleżanka, która robiła rozeznanie rynku przed kupnem plecaka dla swojej córki. Na wielu forach przeczytała, że plecaki tej firmy prędzej się dzieciom znudzą niż zniszczą. Po trzech latach używania mogę potwierdzić te słowa. Tosia ze swojego starego plecaka wyrosła, bo ze względu na niski wzrost wybraliśmy tornister, który sprawdził się znakomicie, ale teraz jest już dla niej nieco zbyt dziecinny. W końcu przed nią czwarta klasa, czyli trzeba było poszukać czegoś poważniejszego, pojemniejszego i nieco inaczej zaprojektowanego.





Nad wyborem producenta plecaków nie musieliśmy się zastanawiać. Wybór był oczywisty. Trudniejszy był wybór modelu. Żeby ułatwić sobie (a przede wszystkim Tosi) podjęcie decyzji, pojechaliśmy do Cieszyna. To tam znajduje się siedziba firmy, w ich showroomie Tosia miała okazję nie tylko zobaczyć na własne oczy wszystkie plecaki, które wypatrzyła w internecie, ale również je przymierzyć. W przypadku wyboru plecaka dla dziecka bardzo ważna sprawa. My pojechaliśmy do Cieszyna przy okazji wakacyjnego wyjazdu w Beskidy, ale plecaki Topgal możecie znaleźć z sklepach partnerskich na terenie całego kraju i nawet jeśli nie będzie tam wymarzonego wzoru, to na pewno znajdziecie model, o którym myślicie, więc przymiarkę można zrobić w sklepie, a plecak marzeń zamówić, w sklepie albo na stronie producenta. Przed wyjazdem na wakacje wybrałam z Tosią dwa modele plecaków. Ja stawiałam na wzór i model MIRA 20007, Tosi bardziej podobał się KIMI 20010. Każdy miał nieco inny układ kieszeni i komór, ale oba były ciekawe i wydawało mi się, że powinny się sprawdzić. Po przymiarce okazało się, że wybór był trafny, bo każdy z nich dobrze prezentował się na plecach Tosi. Żaden nie był ani zbyt duży, ani zbyt ciężki (jeden ważył 1,16 kg, drugi 1,02 kg). Różniły się liczbą komór i schowków. Z doświadczenia wiem, że nie może być ich zbyt wiele, bo dziecko się w nich pogubi. Jedna duża komora również się nie sprawdzi, a zeszyty wysmarowane masłem z kanapek, na pewno nie są tym, co chcieliby widzieć na szkolnych ławkach nauczyciele i rodzice. Nam zależało na kieszeni, w której zmieści się śniadaniówka i takiej, do której można schować chusteczki, drobne pieniądze, a już niedługo klucze (bo czwarta klasa ma być tą, w której Tosia zacznie sama wracać do domu).





Tosia nie poprzestała jednak na przymierzeniu dwóch wybranych w domu modeli. Obejrzała wszystkie dostępne w showroomie i szybko zdecydowała się na kolejny. Tym razem model LYNN 20008. Ten jednak okazał się dla niej za duży (tu po raz kolejny potwierdziło się, jak ważne jest przymierzenie plecaka dziecku). Z trzech plecaków szybko zrobiło się siedem, a wybór wydawał się coraz trudniejszy, a momentami nawet niemożliwy! Właściwie każdy spełniał nasze wymagania. Komór i kieszeni nie brakowało, wielkość była odpowiednia, waga idealna. Wszystkie miały pas piersiowy, który odciąża kręgosłup ucznia i szerokie szelki, które pomagają rozłożyć ciężar. Żadnemu nie brakowało odblasków. To ogromna zaleta plecaków Topgal i ukłon w stronę bezpieczeństwa naszych dzieci. Tosia bardzo często chodziła pieszo do szkoły, więc odblaski są w jej przypadku sprawą niezwykle istotą. Zresztą dotyczy to każdego dziecka. Nie ma czegoś takiego jak za dużo odblasków. Tu odblaski są integralną częścią każdego plecaka, pięknie wkomponowaną w całą konstrukcję. Każdy z plecaków ma również mały uchwyt do zawieszenia go na haczyku przy ławce i większy, obudowany silikonem do przenoszenia w ręce. Ten większy doceniłam nie raz, kiedy po pracy odbierałam Tosię ze szkoły i niosłam jej plecak w ręce. Dla niej to rozwiązanie również było wygodne, choć oczywiście w 9 na 10 przypadków nosiła go na plecach. Każdy plecak ma wzmocnione dno i specjalne nóżki, więc kiedy nie może wisieć na haczyku nic nie powinno mu się stać.




Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Nie pozostaje mi nic innego, jak zdradzić na co ostatecznie zdecydowała się Tosia. Wybór zaskoczył wszystkich. Najbardziej chyba ją samą. Padło na model ALLY 19040, który nawet przez chwilę nie przewinął się w jej myślach wcześniej. Dobrała do niego piórnik (z tym samym wzorem), bidon i śniadaniówkę oraz etui na dokumenty (coś czuję, że planuje jeden przystanek dzielący ją od szkoły przejeżdżać autobusem, więc legitymacja szkolna i bilet mogą okazać się niezbędne). Plecak wygrał wzorem, kolorem, specjalną kieszenią na piórnik i dodatkową zawieszką na klucze w jednej z kieszeni. Nie jest ciężki (waży 1,08 kg), ma wbudowany stelaż (jak każdy plecak Topgal), wymiarami odpowiada niewysokiej Tosi. Topgal kategoryzuje go w grupie 2-5 klasa. Myślę, że Tosi posłuży dłużej i na pewno zbyt szybko się nie znudzi. Plecaki Topgal mają bardzo uniwersalne wzory. Nie znajdziecie na nich bohaterów najpopularniejszych bajek albo sportowców. Znajdziecie plecak dla miłośnika piłki nożnej albo fanki jednorożców, ale nie traficie na konkretnych bohaterów dziecięcej wyobraźni. Czy to źle? Moim zdaniem nie. Dobrze wiecie, jak często zmieniają się zainteresowania naszych pociech. Gdybyście mieli za każdym razem zmieniać im plecak, to czasem musielibyście kupować nowy dwa razy w roku. Tosia wybranym przez siebie, jak sama powiedziała „indiańskim wzorom” będzie wierna dłużej. A jak długo wierna będzie plecakom Topgal. Wychodząc z ich cieszyńskiego showroomu powiedziała, że przyjedzie tu po plecak na studia. Szykuje się, więc naprawdę długa przygoda!




Wpis powstał we współpracy z marką TOPGAL

"Pałac pod Ptasimi Głowami" (Wydawnictwo Zielona Sowa)

Coś takiego zdarzyć się może tylko w mieście z historią. Takim, w którym stoją stare kamienice, w którym nie brakuje tajemniczych zakamarków. W mieście, które wiele widziało, wśród murów, które wiele pamiętają. Takim miastem na pewno jest Łódź. Niegdyś stolica przemysłu, pełna pięknych (choć często zaniedbanych) kamienic. Miasto z historią, miasto, w którym ktoś mógłby ukryć skarb.


Skąd ta pewność? Wszystko przez książkę Agnieszki Płoszaj Pałac pod Ptasimi Głowami. Jego bohaterów zelektryzowała wiadomość o rozpoczętych w Łodzi poszukiwaniach skarbu. Wszystko co się na niego składa należało przed II wojną światową do rodziny Atkinów. Atkinowie opuścili Łódź, ich majątkiem zajął się majordomus. To on zakopał skarb i jako jedyny wiedział, gdzie dokładnie się znajduje. Sekret zapisał w pamiętniku. I właśnie ten pamiętnik trafia w ręce sióstr Brylskich. Dziewczynki dowiedziawszy się o pracach poszukiwawczych rozpoczętych przez angielskich poszukiwaczy skarbów, nie mogą nie pójść pod kamienicę, która podobno skrywa skarb. Szybko okaże się, że właśnie tam rozpocznie się największa i najniebezpieczniejsza przygoda w ich dotychczasowym życiu. Już pierwszego dnia Jagoda i Hania poznają Piotrka i jego psa Julka. Początkowo będą wobec chłopca bardzo podejrzliwe, ale szybko przekonają się, że jeśli chcą znaleźć skarb muszą działać wspólnie. Inaczej złoto należące do Atkinów może trafić w niepowołane ręce. 




Wątków w tej historii jest wiele. Ja zdradziłam Wam tylko ten główny. Choć może lepiej byłoby powiedzieć pierwszy? Ten, od którego wszystko się zaczęło. Przygody Jagody, Hani, Piotrka i Julka zaczynają rozwijać się w bardzo nieoczekiwanym kierunku. Dzieci znajdą się w niebezpieczeństwie. Czy wyjdą z tego bez szwanku? Czy znajdą skarb? Pytania można mnożyć, a odpowiedzi zaskakują! Pałac pod Ptasimi Głowami to książka w starym stylu. Każda strona przypominała mi lektury z mojego dzieciństwa. Emocjonujące, zaskakujące, pełne przygód i przyjaźni. Cieszę się, że nadal powstają takie książki. Dzieci w wieku szkolnym na pewno będą je czytać z zainteresowaniem i uśmiechem na twarzy. Oprócz ciekawych wydarzeń znajdą w tej książce również mnóstwo humoru. Zabawnych sytuacji nie brakuje, dzięki temu czytanie staje się jeszcze przyjemniejsze. Poczucia humoru nie można również odmówić ilustracjom autorstwa Agaty Łukszy. One nie tylko uzupełniają historię, ale stają się jej integralną częścią. Bez nich Pałac pod Ptasimi Głowami nie byłby kompletny. Na koniec wspomnę o jeszcze jednej, ogromnej zalecie tej książki. To naprawdę lektura dla wszystkich. Bohaterami równorzędnymi są dziewczynki i chłopiec, więc i chłopcom, i dziewczynkom ta książka się spodoba. 




Pałac pod Ptasimi Głowami
Agnieszka Płoszaj
ilustracje Agata Łuksza
Zielona Sowa 2020
wiek 9+


"30 znikających trampolin" (Wydawnictwo Albus)

Czy widzicie świat dokładnie tak samo jak ludzie, których mijacie na ulicy? Czy Wasze dzieci o sytuacji, która spotkała je w szkole albo przedszkolu opowiedzą tak samo, jak ich koledzy? Oczywiście, że nie. Każdy z nas widzi świat inaczej. Każdy w inny sposób opowiada o wydarzeniach, które przeżył. 


Książki opisują wydarzenia tylko w jeden sposób i z jednego punktu widzenia. Co prawda są powieści, w których historie opisane z perspektywy dwóch różnych bohaterów, ale trafić na takie jest zdecydowanie trudniej. Książek opisujących to samo wydarzenie na kilka sposobów nie ma chyba w ogóle. Przepraszam! Przynajmniej jedna jest! To 30 znikających trampolin Doroty Kassjanowicz. Autorka opisała w niej pozornie bardzo zwyczajną sytuację. Oto mama i jej dzieci wracają do domu. Dzieci już planują, co będą robić, kiedy w końcu do niego dotrą. Marzą o tym, żeby móc spędzić czas na trampolinie. Dostali ją niedawno i korzystają z niej każdego dnia. Zresztą nie tylko oni, trampolinę pokochały wszystkie dzieci z okolicy, które są częstymi gośćmi w domu (a raczej ogrodzie) Zosi i Łukasza. Niestety, tego dnia ze skakania nici! Trampolina zniknęła! Co się z nią stało? Czy ktoś ją ukradł? Dzieci mają pewne podejrzenia. Jak się wkrótce okazuje całkowicie bezpodstawne. Choć trampolina znajduje się w ogrodzie sąsiadów, to nie oni są złodziejami. Trampolinę porwał wiatr! To on jest winowajcą. 




Historia Zosi i Łukasza nie jest całkiem zwyczajna. O przelatujących między ogródkami trampolinach słyszał chyba każdy. Aż dziw bierze, że to właśnie ona stała się główną materią opowiadania. Fakt ten przestaje dziwić, kiedy czytelnik orientuje się, że zamysł książki Doroty Kassjanowicz jest zupełnie inny. Na kolejnych stronach przeczytamy tę historię jeszcze TRZYDZIEŚCI razy! Jak to możliwe? W każdej z tych trzydziestu wersji opowiedziano ją w innej konwencji. Raz jest napisana w taki sposób, że najbardziej akcentowane są kwestie związane z występującymi w tej historii dźwiękami. Innym razem staje się historią futurystyczną. W kolejnej wersji jest opowieścią grozy. W jeszcze innej zapisano ją w formie wiersza. W innej w formie esmesów! Tych wersji jest trzydzieści, każda opowiada tę samą historię, ale w zupełnie inny sposób.



Można zapytać po co to wszystko? Inspiracją do napisania tej książki były Ćwiczenia stylistyczne Raymonda Queneau. To tam znajdziemy bardzo prozaiczne zajście z autobusu opisane zostało na 99 różnych sposobów. Ta, adresowano do dorosłych książka, zachęciła Dorotę Kassjanowicz, do napisania podobnej historii dla dzieci. Czy jej się to udało? TAK! Teoretycznie, czytanie po raz trzydziesty tej samej historii powinno być nudne. A jednak tak nie jest. Z niecierpliwością przewracałyśmy kartki, żeby poznać kolejną odsłonę opowieści o Zosi i Łukaszu. Każda jest inna, wszystkie są ciekawe. 30 znikających trampolin to świetna propozycja dla dzieci, które marzą o karierze pisarskiej albo o tych, które mają problemy z pisaniem wypracowań. Przyda się również tym, którzy lubią rysować. Paulina Daniluk stworzyła inne ilustracje do każdej odsłony historii o trampolinie. Wszystkie stanowią doskonałe uzupełnienie opisywanych wydarzeń i razem z nimi tworzą książkę, którą przynajmniej raz powinno przeczytać każde dziecko!




30 znikających trampolin
Dorota Kassjanowicz
ilustracje Paulina Daniluk
Wydawnictwo Albus 2020


"Herosi. 20 historii o polskich olimpijczykach" (Znak Emotikon)

Chciałabym nauczyć Tosię wielu rzeczy. Jak każdemu rodzicowi zależy mi na tym, żeby wyrosła na mądrego, wrażliwego człowieka, który będzie zawsze zwracał uwagę na uczucia innych ludzi. Zależy mi również na tym, żeby była odważna w stawianiu sobie nowych wyzwań, konsekwentna i wytrwała. Tego nauczyć nie jest łatwo. W końcu nawet dorosłym zdarza się porzucać zbyt trudne zadania albo rezygnować z rzeczy, które wydają im się nieosiągalne. Jak ją tego nauczyć? Na razie trudno odpowiedzieć mi na to pytanie, podejmuję różne próby i mam nadzieję, że ostatecznie każda z nich zaprocentuje w dorosłym życiu Tosi.


Ostatni pomocną dłoń wyciągnął do mnie Adam Szczepański, autor książki Herosi. Do książki trafiło dwadzieścia historii polskich olimpijczyków. Zaczynając od tych sprzed bardzo wielu lat, na czele z Haliną Konopacką, czyli pierwszą polską złotą medalistką. Po niej przyszli kolejni. Ich sportowymi zmaganiami emocjonowali się Polacy. Na stronach książki znajdziecie opowieści o Jerzym Kuleju, Władysławie Kozakiewiczu i Renacie Mauer. Traficie tam także na historie tych, których zmagania sami oglądaliście i gdyby tegoroczne igrzyska olimpijskie odbyły się w zaplanowanym terminie, obserwowałyby je Wasze dzieci. Wśród nich Natalia Partyka, Maja Włoszczowska i Anita Włodarczyk. 




Każdemu olimpijczykowi poświęcono jedną opowieść. Dwie historie dotyczą więcej niż jednego zawodnika. Tymi wyjątkami są drużyna piłkarska, która zdobyła srebrny medal na igrzyskach w Barcelonie oraz osada wioślarska Robert Sycz i Tomasz Kucharski. W książce znajdziecie nie tylko tych, którzy zdobyli złote medale. Są tam także srebrni i brązowi medaliści. Wszyscy ciężko pracowali. Najpierw, żeby w ogóle pojechać na igrzyska, jak choćby uznawany za "nieznośnego rozrabiakę" Władysław Komar. Borykali się z kontuzjami, jak Józef Szmidt albo jak Janusz Kusociński biegli w za małych butach (dziś taka sytuacja jest nie do pomyślenia, prawda?). Niektórych problemy dopadły dopiero na igrzyskach. Elżbieta Krzesińska startująca w skoku w dal przegrała przez swój warkocz, który dotknął piasku i zgodnie z przepisami skrócił jej skok. Robert Korzeniowski, nasz najsłynniejszy chodziarz, najpierw został zdyskwalifikowany, cztery lata później dotarł na metę jako drugi. Zdobył jednak złoty medal, bo zawodnik, który wygrał złamał przepisy. 




Takich historii jest w tej książce dwadzieścia. Wszystkie inspirują, wzbudzają zainteresowanie i pokazują, że wytrwała praca pozwala osiągnąć rzeczy wielkie. (Prawie) każdy zawodnik stanął na olimpijskim podium. Wielu zdobyło złoty medal, ale nie medale są w tej książce najważniejsze. Równie ważne są ich przygotowania, uparte dążenie do celu, codzienne ćwiczenia, które zaprowadziły ich na areny olimpijskie. To doskonały wzór dla dzieci. Wcale nie muszą skakać w dal, biegać albo pływać. Mogą pisać książki, tańczyć, grać na instrumentach, liczyć w pamięci albo malować. Bez względu na to, co robią (lub będą robić) muszą pamiętać, że bez wytrwałej pracy niewiele osiągną. Ta książka to doskonały prezent dla każdego dziecka, które jest dla nas ważne. A przy okazji Herosi koją trochę ból i tęsknotę po odwołaniu (niemal) wszystkich imprez sportowych. Herosi dają nam namiastkę stadionowych emocji, przypominają chwile wielkiej radości. Czyta się ją doskonale! To świetna lektura dla całych rodzin. Doskonały pretekst do rozmowy z dziadkami i rodzicami o sportowcach, których zmagania oni pamiętają. Matteo Ciompallini stworzył do niej zabawne, charakterne ilustracje, które dobrze komponują się ze sportowymi opowieściami. Dla kogo zatem jest ta książka? Czy tylko dla miłośników sportu? Absolutnie nie! Herosi spodobają się fanom sportowych zmagań, miłośnikom biografii i tym, którzy po prostu lubią dobre, ciekawe i niebanalne książki. Ta łączy w sobie wiele elementów. Autor miał ciekawy materiał i doskonale go wykorzystał. Ku uciesze czytelników oczywiście!




Herosi. 20 historii o polskich olimpijczykach
Adam Szczepański
ilustracje Matteo Ciompallini
Znak Emotikon 2020

Wyprawka pierwszoklasisty

W czerwcu tego roku moje dziecko otrzymało trzecie świadectwo szkolne i tym samym ukończyło etap edukacji wczesnoszkolnej. Mogę już czuć się doświadczoną matką i próbować udzielać innym rad w zakresie przygotowania dzieci do szkolnego debiutu. Przeżyliśmy przez te trzy lata wiele wzlotów i upadków. Klasa Tosi miała cztery wychowawczynie (w tym trzy w ciągu ostatniego roku). Szkoła pracowała na dwie zmiany, zdarzało się jej zaczynać zajęcia kilka minut przed 13 i kończyć tuż przed 16:30. Zaprowadzanie i odbieranie jej ze szkoły bywało problematyczne i oprócz nas w sprawę zaangażowani byli dziadkowie (pewnie to przeczytają, więc publicznie im w tym miejscu dziękuję, bo to dzięki ich poświęceniu Tosia nie musiała siedzieć w świetlicy od 7 rano i czekać na rozpoczynające się o 13 lekcje). Ostatni semestr trzeciej klasy, ze względu na epidemię, to była prawdziwa jazda bez trzymanki. Na szczęście szkoła zorganizowała to w taki sposób, że to, co działo się w sieci, bez wahania mogę nazwać lekcjami. Teraz powinniśmy cieszyć się wakacjami. Jednak mimo wszystko myśli uciekają w stronę szkoły, pierwszego dnia września i tego, co będzie. 

Czwarta klasa to diametralna zmiana w życiu ucznia. Pociesza mnie fakt, że budynek szkolny Tosia zna, członków swojej klasy jeszcze pamięta, nauczycieli (nawet tych uczących starsze klasy) może kojarzyć z korytarza. W znacznie gorszej sytuacji są przyszli uczniowie klas pierwszych. Podejrzewam, że większość z nich nie była na drzwiach otwartych, bo takowych nie zorganizowano. Nie widzieli nauczycieli, nie zajrzeli do sal lekcyjnych. Rodzice muszą ich na rozpoczęcie nauki w szkole przygotować całkowicie samodzielnie. Jak to zrobić? Nam pomogły dwie rzeczy. Dobre książki opisujące szkolną rzeczywistość i wspólne wybieranie rzeczy niezbędnych każdemu uczniowi.


Książek o szkole opisywałam już wiele. Niezmiennie polecam serię "Tornister pełen przygód" (KLIK), serię o Duni (KLIK) i książki o Hedwidze (KLIK). Dziś dołączę do nich kolejną. Od przedszkolaka do pierwszaka. Witaj szkoło to książka ważna uwagi z wielu powodów. Pierwszy i najważniejszy to ten, że została napisana przez nauczycielkę nauczania początkowego. Kto lepiej niż ona może wiedzieć z jakimi problemami borykają się dzieci rozpoczynające naukę w szkole?! Marcinek, Joasia i Miłosz są właśnie na początku tej drogi. Marcinek zamiast iść do szkoły, najchętniej schowałby się w szafie. Joasia podchodzi do sprawy bardziej optymistycznie, ale i ona się denerwuje. W końcu po wakacjach przekroczy próg szkoły, a tata mówi, że wtedy dopiero się zacznie. Na razie dziewczynka nie wie, co dokładnie tata ma na myśli, ale wie, że zmieni się wiele. Wiele zmieniło się w życiu Miłosza, chłopiec nie tylko po raz pierwszy idzie do szkoły, ale zmienia również miejsce zamieszkania. Pierwsze dni w szkole są dla niego trudne. Na moment staje się pośmiewiskiem całej klasy. Na szczęście szybko ktoś wyciągnie do niego pomocną dłoń. A wychowawczyni nie zbagatelizuje całej sprawy, tylko od razu wytłumaczy klasie, dlaczego pewnych rzeczy robić nie wolno. Książka Anny Chabowskiej to opowieść o pierwszym semestrze pierwszej klasy. To chyba najtrudniejszy moment dla każdego dziecka. Tego również bała się grupa przedszkolaków, która wysłuchała opowieści o Marcinku, Joasi i Miłoszu. Im ta historia opowiadana przez panią wychowawczynię w przedszkolu bardzo pomogła. Pomóc może również innym dzieciom, które denerwują się szkolnym debiutem. Znajdą tutaj blaski i cienie szkolnej rzeczywistości. Wydarzenia ważne i przełomowe oraz takie całkowicie codzienne. Wszystkie składają w całość, każde ma ogromne znaczenie, więc jeśli szukacie książki o początkach szkoły, to na tę naprawdę warto zwrócić uwagę.



Dobrze pamiętam nasze przygotowania do rozpoczęcia przez Tosię nauki w szkole. Pamiętam jak trzy lata temu, przy okazji wakacji w Beskidzie Śląskim, odwiedziliśmy showroom firmy TOPGAL. Tosia wybierała wtedy swój pierwszy plecak. Padło na tornister CHI 880 (KLIK). Wybór był strzałem w dziesiątkę. Tornister służył jej całe trzy lata i pewnie służyłby dalej, gdyby nie fakt, że przed nią czwarta klasa i całą rodziną uznaliśmy, że to czas na zmiany. W następnym tygodniu znowu wybieramy się do Cieszyna. Wstępny wybór już się dokonał, ale na co ostatecznie padnie okaże się już niedługo. Trzy lata temu jechaliśmy po zupełnie inny plecak, ale niewysokiej Tosi najbardziej pasowały tornistry (TU znajdziecie relację z naszej wizyty). Nie narzekała na niego nawet przez minutę. Każdego dnia chętnie zabierała go do szkoły i maksymalnie eksploatowała (sama widziałam jak raz stopień po stopniu spadał ze schodów). Z czystym sumieniem polecam go wszystkim rodzicom, którzy szukają dobrych jakościowo plecaków, które są nie tylko ładne, ale również wytrzymałe, to TOPGAL sprawdzi się tu doskonale. Lekki, pakowny, bardzo starannie wykonany i do tego ładny. Bez bohaterów bajek, którzy szybko się dzieciom nudzą, za to z wzorami, które spodobają się zarówno chłopcom i dziewczynkom. Każdy znajdzie przynajmniej jeden, który mu się spodoba (choć w przypadku Tosi i moim o wybór jednego, najładniejszego naprawdę trudno). 



W przypadku naszej rodziny i znajomych, którzy także wybrali plecaki TOPGAL, każde dziecko wybrało inny wzór, żaden jeszcze się nie powtórzył:) Wszyscy, którym my poleciliśmy te plecaki są zadowoleni, nikt nie składał reklamacji. A dla nas najważniejsze jest, że zadowolona była Tosia. Jej ten tornister zdecydowanie ułatwił organizację, nauczył ją układać w odpowiedni sposób książki, był lekki, sprawdził się w pełnym słońcu i (rzadko) padającym śniegu. Umilił etap edukacji wczesnoszkolnej, a dzień jego wybierania był jednym z najważniejszych w trakcie przygotowań do szkolnego debiutu. 


Książkę Od przedszkolaka do pierwszaka. Witaj szkoło!
Anny Chabowskiej znajdziecie na



A plecaki TOPGAL oczywiście na